...takie słowa wypowiedział nasz MG w trakcie sesji Dungeons and Dragons 5e w trakcie morderczego encountera, którego nijak nie mieliśmy szans pokonać.
Parę dni wcześniej w naszej grupie (gdzie każdy w pewnym momencie życia prowadził mniej lub więcej sesji) dyskutowaliśmy, kto jako MG zaliczył więcej TPK w życiu. Żeby nie było - jesteśmy po trzydziestce, a nie w gimnazjum. "Kamienie spadają, wszyscy giniecie, hehe, TPK" nikogo nie bawi, więc dyskusja była raczej w żartobliwym tonie. Mając ten kontekst, łatwo sobie wyobrazić że w trakcie sesji, kiedy siły wroga przygwoździły nas swą liczebnością, uszczypliwie zapytaliśmy MG, czy nie chce sobie sztucznie nabijać licznika i aby na pewno nas nie zabije...
...powiedział żebyśmy mu zaufali. Chwilę później wszyscy leżeliśmy na glebie z niezdanymi rzutami obronnymi na śmierć.
Ale może od początku... Czwórce starych dziadów przygniecionych zobowiązaniami względem życia i rodzin udało się w końcu ustalić wspólny termin do gry. Drużyna na trzecim poziomie w składzie:
- Wojtek jako Enheduanna – niebianka (aasimar) kapłanka Lathandera
- Rudie jako L33f 5p34k – zbrojnokuty (warforged) druid Kręgu Pasterza
- Gracjan jako Ulfgar Holderhek – krasnolud barbarzyńca (Totem Niedźwiedzia)
- Arek jako MG
Ta całkiem naturalnie uformowana ekipa została najęta przez pewnego poborcę podatkowego w miejscowości Brost (przynależącej do terytorium Tethyru) celem udania się do niewielkiej wioski Dunwich, bo spóźniają się z płaceniem podatków. Poborca sprawiał wrażenie człowieka, któremu normalnie byłby wszystko jedno i co to jest kwartał spóźnienia, ale trząsł portkami, bo idzie audyt. Udaliśmy się zatem w podróż. Po drodze minęliśmy jakiś złowieszczy drogowskaz, który ostrzegał, przed wchodzeniem do wsi nocą. Zignorowaliśmy go, bo tego wymagała fabuła.
I wtedy zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Wioska bowiem wyglądała na opuszczoną i zdewastowaną. I nie mówimy tu o "nie płacą podatków od trzech miesięcy" tylko lata zaniedbania i niszczenia - na wpół zrujnowane chaty, dziury w dachach, wilki grasujące pomiędzy zabudowaniami i bardzo zdezorientowane myszy, które po przesłuchaniu przez druida zaklinały się, że jak żyją nie widziały tu żywych ludzi. I jakby nie jest to może najbardziej druzgoczący dowód w sprawie mając na uwadze przeciętną długość życia myszy, ale wciąż to co obserwowaliśmy nijak się nie kleiło z wersją poborcy.
Dokładnie badając karczmę pomieszczenie po pomieszczeniu znajdowaliśmy zasuszone zwłoki w łóżkach i warstwy kurzu. W ostatnim pomieszczeniu spotkaliśmy małą niewinnie wyglądającą dziewczynkę. To powinno nam dać do myślenia, że dziewczynka siedząca sobie z uśmiechem pośród zasuszonych trupów to nic dobrego, i trzeba brać nogi za pas, ale zamiast tego wpadliśmy na genialny pomysł żeby z nią porozmawiać...
...chwilę później otoczyły nas hordy nieumarłych, które zdawały się nie mieć końca i padły tytułowe słowa tej notki. Wszystkie postaci zginęły.
Po czym obudziły się w Dunwich tętniącym życiem. Ani śladu nieumarłych, czy śladów zaniedbania. Wioska była pełna uśmiechniętych twarzy, dzieci ganiały po ulicach a stare bezzębne baby podejrzliwie przyglądały się przybyszom. Dziadyga z fajką zaczepił nas, mówiąc że to nie pierwszy raz jak zawitaliśmy w wiosce. Nasze twarze były inne, rasy i profesje inne, ale oczy mieliśmy zawsze takie same. Było to około pięć różnych ekip. Wojtek zażartował, że Arek podstępnie próbuje sobie nabić licznik TPK naszymi rzekomymi wcześniejszymi drużynami.
Wioska, mimo że pełna życia, nie była pozbawiona niepokojących elementów. Kowal wykuwał jakiś przeklęty przedmiot (maskę w stylu żelaznej damy, która powodowała aurę ciszy w sporym promieniu), którą Ulfgar założył i potem nie mógł zdjąć. Była też chata w której zamurowano kobietę, która w przypływie szaleństwa i podszeptów demona zabiła własne dziecko. Był podejrzany kapłan Ilmatera, który w podziemiach świątyni trzymał mroczne artefakty sączące aurę zła.
Rozmawiając z kilkoma NPC udało się nam ustalić, że w lesie nieopodal znajduje się dom wariatów. Znaczy... "rezydencja dla osób szlachetnego urodzenia, których nie można bezkarnie usunąć, lecz dla dobra całej rodziny byłoby wskazane móc powiedzieć, że została wysłana do letniej rezydencji celem podreperowania zdrowia". Rezydencja zwana "Domem Ciszy". Słowem - miejsce gdzie możni Faerunu chowali przed światem wstydliwe sekrety w postaci swoich niezrównoważonych krewnych. Plotka głosiła, że jakiś czarodziej robił na nich dziwne eksperymenty (w tym poszukiwania pewnego artefaktu, który zaburzał rzeczywistość).
Wyruszyliśmy zatem w drogę. W lesie zaczęły do nas gadać kruki, po czym urządziły nam sceny jak z filmów Hitchcocka.
W końcu dotarliśmy na miejsce do otoczonej wysokim murem okazałej, kilkupiętrowej rezydencji. Na jej terenie znajdowało się też kilka pomniejszych budynków gospodarczych i domek kogoś ważnego - może lekarza, bądź zarządcy tego całego majdanu. Sforsowaliśmy tylną bramę i dostaliśmy się do środka. W domku zarządcy znaleźliśmy kawałek lustra i drobne klucze. Jakaś zjawa snuła się po terenach wymieniając imiona. Podobnie wewnętrzna strona murów pokryta była niezliczoną ilością imion.
Włamaliśmy się do rezydencji przez okno na parterze. Nasze postrzeganie rzeczywistości zdawało się przeskakiwać pomiędzy czasem świetności tego obiektu (stół zastawiony jedzeniem) a obecną ruiną (gruba warstwa kurzu). Ulfgar się skusił i zapełnił usta czymś co wyglądało smakowicie, dopóki synchronizacja rzeczywistości nie powróciła na miejsce i nie okazało się, że naładował sobie do gęby kłębów kurzu. Następnie natrafiliśmy na pomieszczenie, gdzie terapeuta prowadził sesję pacjentom. Wszyscy byli dawno martwi. L33f 5p34k sięgnął po notatki terapeuty i nagle wszyscy wstali i zaczęli atakować. W rezydencji roiło się od nieumarłych. W jednym z pomieszczeń lustra pokazywały coś innego niż to co powinno się w nich odbijać. Znaleźliśmy też kilka skarbów (zegarek w pozłacanej kopercie, srebrną tabakierę z wyrzeźbionym okiem, złote sztućce, magiczny pierścień, fiolkę z błękitnym płynem i szklaną kulę) i kilka wskazówek.
Z tego co udało nam się ustalić ośrodek funkcjonował bez zakłóceń do momentu w którym przybył pewien czarodziej. Pozwolono mu zająć strych, w którym urządził swoje laboratorium. Wkrótce pacjenci zaczęli zgłaszać niepokojące zdarzenia - widzieli rzeczy, których nie powinno być, jakieś cienie. W notatkach lekarza też widać było pewną zmianę tonu, jakby popadał w służalczą uległość. Podobno czarodziej pracował nad czymś co miało "zapętlać czas". Na strychu znaleźliśmy pęknięte lustro. Uzupełniliśmy taflę o znalezione odłamki i otworzył się magiczny portal.
Ponieważ najwyraźniej nie mamy instynktu samozachowawczego - przeszliśmy na drugą stronę.
Powyższe stanowi podsumowanie pierwszych trzech sesji kampanii pod nazwą "Quantomiconum".