Czyli ściany tekstu i relatywnie rudymentarna oprawa graficzna... Czyli ostatni kontakt z hobby statkującego się mężczyzny.


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fandom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fandom. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 listopada 2021

Notka archiwalna - marzec...

 Kontynuując wyzwanie z fanpage „Mistrzowanie po Sznurku” w marcu poprowadziłem jednostrzał „Beszamelu” (wersję na „Adventurers!”). Hasło przyświecające bieżące mu miesiącowi brzmiało „gra z twojej kupki wstydu". „Beszamel” leżał na mojej półce jeszcze od czasu mojego „okresu krakowskiego”, czekając cierpliwie na swój czas. I czas nadszedł, spodziewam się, że długo na tej półce już nie poleży.


Mimo że rekrutacja wisiała na Fejsie przez niemal dwa tygodnie, zgłosiło się jedynie dwóch graczy. Już oswoiłem się z myślą o prowadzeniu dla osłabionego składu, aż niespodziewanie w ostatniej chwili zgłosiły się dwie kolejne osoby. Dosłownie – ostatni gracz zgłosił się za piętnaście druga w nocy z soboty na niedzielę... Sesja miała się odbyć w niedzielę o ósmej rano.


„Beszamel” to gra autorstwa Marka Starosty. Choć może „gra” to dużo powiedziane, biorąc pod uwagę wykorzystanie uniwersalnej mechaniki. Obecnie dostępne są dwie wersje – „Adventurers!” (głównie poprzez sklepy internetowe, lub jako PDF na DriveThruRPG) oraz „Savage Worlds” (jak się zdaje –­­ jedynie w zbiórce społecznościowej).  Setting ten pozwala na rozgrywanie klasycznych przygód w stylu heroicznego fantasy... z drobnym twistem – w tym świecie wszystko kręci się wokół jedzenia. Groźna puszcza jest tak naprawdę lasem brokułów, na gryfa polujesz nie dlatego, że zagraża lokalnej ludności, lecz by zdobyć składniki do egzotycznych skrzydełek w glazurze z grilla, bogactwo i magiczne przedmioty znaczą mniej niż rzadki, powalająco aromatyczny kawałek sera, a najważniejszymi  punktami na mapie świata są ulubione zajazdy i karczmy.


Nasza przygoda rozpoczęła się – jakżeby inaczej – w karczmie. Korzystając z generatora losowego zamieszczonego w podręczniku wylosowałem: dobry lokal, kiepskie żarcie, specjalizuje się w mięsach. Jakim cudem karczma, która nie potrafi ogarnąć swojego menu, Jest uznawana za dobry lokal jest dla mnie tajemnicą, ale nie większą niż to, jak można zepsuć mięso? Wewnętrzny mięsożerca we mnie kwestionuje logikę świata przedstawionego...


Ciekawym zabiegiem jest wskazanie na karcie postaci ulubionego i znienawidzonego dania każdego z bohaterów. Tym sposobem karczmarz był w stanie podać drużynie absolutną zbrodnię kulinarną uderzająca w najgłębsze obrzydzenie każdego zasiadającego przy stole – zaprawianą kawą zupę mięsną z kaszą zabielaną mlekiem – skomponowanie czegoś tak bluźnierczego to talent sam sobie. Gospodarz widząc reakcję bohaterów na jego danie rozpłakał się i uciekł na zaplecze.


Nagle do karczmy wpadł oddział elfich muszkieterów poszukujących dzielnych poszukiwaczy przygód, którzy podjęliby się zadania dla Lorda Sandwicha XVI. Bohaterowie zgłosili się na ochotnika metodą „naprzód wystąp”... Nie do końca, po prostu wszyscy inni zrobili krok wstecz – a konkretniej wyskoczyli oknami i tylnymi drzwiami.


Na dworze Lorda Sandwicha (gdzie napchali kieszenie ulubionymi potrawami, bo niby jak tu rozmawiać o robocie o suchym pysku) poznali historię wielkiego znawcy sztuki kulinarnych – maga Rordona Gamseya, który udał się na Bezkresny Archipelag, by nauczać dzikusów cnót wytrawnej gastronomii. Zbudował na szczycie wulkanu świątynię, która pobierając moc z błękitnych ziemnych gazów przywoływała z nieba deszcz dań, na które przepisy spisano magicznymi symbolami na posadzce. Pod jego nieobecność lokalne plemię sprzeniewierzyło się jego woli i barbarzyńską sprofanowało świątynię „uzupełniając” menu o niezdrowe fast–foody doprawione słusznymi ilościami keczupu. Magiczna świątynia – przeciążona zbyt obszernym menu – zaczęła przywoływać coraz większe ilości taniego żarcia, aż całą wyspę pokryła gruba warstwa żywności.  Oszalały z rozpaczy i gniewu wywołanych widokami jakie zastał po powrocie, Rordon zmienił tubylców w idiotyczne kanapki – ożywione kulinarne plugastwa niegrzeszące inteligencją. Zadaniem bohaterów było powstrzymać maga, nim ten wyrządzi więcej szkód.


Na miejsce udali się niezwykłym pojazdem –  sterowcem napędzanym siłą wiatrów, kierowanym (i zasilanym) przez ekipę radosnych niziołków żywiących się głównie fasolą i kapustą.

Widok wyspy zapierał dech w piersiach. Nie było nawet śladu po oryginalnej florze i faunie. Dżungla z gigantycznych porów i liści szpinaku porastała zbocza wulkanu, wodę zatoki zastąpiło mleko, a ziarenka piasku na plaży były w istocie barwionymi kryształkami cukru używanego do produkcji waty cukrowej.


Podróż na szczyt była usiana licznymi trudnościami – rój czekoladowych meteorytów (lava cakes – czekoladowe ciastka z płynnym wnętrzem z wrzącej czekolady), przedzieranie się maczetą przez gęste zarośla szpinaku, walka z przemienionymi ożywione kanapki tubylcami, odwrócenie uwagi Rordana Gamseya.

Finalna konfrontacja miała być epicka,  a unieszkodliwienie świątyni zadaniem złożonym (do którego realizacji potrzeba kilku udanych testów). Nic takiego nie miało miejsca. Bohaterowie  odwrócili uwagę Rordona odtwarzając przepis na zupę z pierwszej sceny – biedny mag tak się zagotował, że para poszła mu uszami i rozgrzany do czerwoności stracił przytomność na dwie minuty (reprezentował bowiem rasę szybkowarów). Korzystając z kupionego podstępem czasu, drużynowy mag kanapkowy transmutował kolumny świątyni w masło. Kiedy rozpadająca się świątynia spowodowała magiczną eksplozję, bohaterowie zawinęli nieprzytomnego Rordona w liście kapusty i z tak z spreparowanym gołąbkiem rzucili się na złamanie karku w stronę plaży. Niestety sterowiec stanął w płomieniach (iskra poszła w metan) więc trzeba było sklecić tratwę i odpłynąć w stronę zachodzącego słońca.


Nie ma co rozwodzić się nad scenariuszem. Powiedziałbym, że to moje autorskie dzieło, ale uważny czytelnik zauważy, że jest on w zasadzie bezczelną zżyną z drugiej części animacji „Klopsiki i inne zjawiska pogodowe” oprószone do smaku szczyptą „Hell's Kitchen” i „Kuchennych Rewolucji”.


Jeśli chodzi o system, to mam wrażenie, że trochę zabrakło to mięsa. Tak, żart słowny całkowicie i bezpardonowo zamierzony. Ktoś miał pomysł – i nie twierdzę, że zły, bo sam w sobie całkiem dobry – ale każdy pomysł ma potencjał. Niektóre pomysły mają potencjał na siedmiotomową sagę książkową o młodym czarodzieju, inne – na krótką powieść, lub epicką trylogię filmów... Pomysł w „Beszamelu” ma potencjał ponieść może jedną scenę na sesji, maksymalnie jeden krótki żart, czy jajcarską grę okolicznościową w stylu latania po całym kontynencie za jajami, bo Wielkanoc –  niecały setting. Oparcie gry na tabelkach losowych kuriozalnych karczm, szalonych kucharzach szukających egzotycznych składników, czy fakcie, że jeden las jest z brokułów, to stanowczo za mało. To samo – jeśli nie więcej – mogę osiągnąć prowadząc sztampową sesję high–fantasy na „Fajerbolu”, dorzucając do gry tabelkę wrzuconąą dla beki przez Łukasza Kołodzieja na jego fanpage. Wcale nie byłbym zaskoczony, gdyby się okazało, że na tym fanpage w ramach strojenia sobie żartów z sesyjnej jajówy wisi właśnie losowy generator jajecznicy. Zdaje się że głównym problemem „Beszamelu” jest brak konsekwencji i stanowczości. Być może trzeba było iść bardziej w zaparte? Mocniej eksploatować ten wątek? Stworzyć wokół jedzenia całą mitologię jak w filmie „Sausage Party”?


Nie wiem. Wiem natomiast jedno – więcej po system nie sięgnę. Kiedy patrzę na niego dziś, zastanawiam się co mnie podkusiło, żeby kiedyś go nabyć. To mnie kiedyś w ogóle bawiło? W sumie dzięki wyzwaniu, które zmusiło mnie do sięgnięcia po grę z kupki wstydu, zrobię wreszcie miejsce na półce.


// notka wygrzebana z czeluści dysku twardego i publikowana dopiero teraz, bo wcześniej mi się po prostu nie chciało //

piątek, 8 stycznia 2021

Plany na 2021...

 Rok 2021 już na dobre zagościł w naszej świadomości i coraz rzadziej zdarza się komuś pomyłka przy wpisywaniu daty. Minęło też już parę dni od publikowania przez eRPeGowców podsumowań minionego roku i kolejne parę dni od komentowania przez innych eRPeGowców tych podsumowań - zarówno ostro i kąśliwie jak i żartobliwie. Ja komentować nie będę, ani pierwszych, ani drugich wpisów w myśl zasady, że niech sobie każdy żyje i gra jak mu się podoba.

   

Pytanie, które jednak nie daje mi spokoju to: "jak??" Nie w takim sensie, że ktoś zagrał ponad sto sesji w ciągu roku... To akurat takie trudne do wykminienia nie jest, wystarczy policzyć na palcach, że to średnio dwie sesje tygodniowo. Bardziej zastanawia mnie, skąd te osoby wiedzą z taką dokładnością i precyzją w co, kiedy, z kim i ile razy grały. Moje niespotykane talenta dedukcji nakazują mi zgadywać, że pewnie prowadziły jakiś szczegółowy rejestr... ale przez rok? Imponująca samodyscyplina. Albo pamięć. Ja, jeśli się mocno skupię, to jestem w stanie powiedzieć, że w zeszłym roku zagrałem około szesnastu sesji... plus/minus dwadzieścia.

   

W roku 2021 chciałbym spróbować lepiej dokumentować rozegrane sesje. Nie będę w stanie każdej opisać w notce blogowej, ale krótki wpis w organizerze, kilka słów kluczowych powinno mi wystarczyć do ewentualnych refleksji w grudniu. Przy czym raczej nie będę publikował dokładnych zestawień, czy infografik z wykresami, prędzej podzielę się refleksją i zrewiduję czy plany udało się zrealizować.

    

Chciałbym grać bardziej regularnie. Bez zrywów w stylu "sześć sesji jednego dnia, a potem pół roku posuchy". Planuję rozegrać co najmniej 21 sesji w roku 2021. Myślę, że to skromna i realna liczba biorąca pod uwagę, że czasami pojawia się ogólnopojęte życie, które potrafi przekreślić najbardziej konserwatywne plany.

    

Prowadzący fanpage Mistrzowanie po Sznurku rzucił wyzwanie eRPeGowcom w postaci listy dwunastu gier - po jednej na każdy miesiąc - do poprowadzenia w 2021 roku. Nie zakładam, że uda mi się zaliczyć wszystko. W szczególności maj zdaje się być problemem, bo na chwilę obecną zapytanie o grę, którą znam dobrze jako gracz, ale nie jako MG zwraca zbiór pusty. Cóż... Zazwyczaj po prostu prowadzę. Co więcej, jakoś bardziej mi to odpowiada niż granie. Traktuję to bardziej jako dobrą zabawę, która ponadto pomoże mi w realizacji mojego pierwszego mocnego postanowienia - bardziej regularnego grania.

   

 

Pozycja na styczeń wyżej wymienionego wyzwania to "gra, która mieści się na jednej stronie". Z przyjemnością melduję wykonanie zadania! Korzystając z kilku wolnych dni na początku stycznia, zorganizowałem na szybko spontaniczne spotkanie. Mimo tego, że godziny, w jakich preferuję prowadzić, są dla niektórych ciężkie do przełknięcia (zazwyczaj godziny poranne i to nie "zwlokłem się z łóżka, to zagram" tylko bardziej "ło matko, jeszcze ciemno!") to udało mi się zebrać drużynę. 

  

   

Zagraliśmy w Mecha Myszy, grę dostępną po polsku na DriveThru RPG (kilka lat temu przyczyniłem się do tłumaczenia, o czym zresztą można było przeczytać na tym blogu). Gra - zgodnie z treścią wyzwania - mieści się oczywiście na jednej stronie A4 i to w formie zgrabnego PocketModa - po wydrukowaniu i rozcięciu w strategicznym miejscu można złożyć kartkę w kieszonkową książeczkę. Fabuła to coś jak Mysia Straż, gdyby myszy należały do Bractwa Stali z Fallouta. Członkowie Mecha Korpusu zakładają zbroje wspomagane by chronić mysią społeczność przed zagrożeniami z zewnątrz. 

  

Szybki rzut oka na generator zadań i przedmiotem sesji było ratowanie myszy ze stałego lądu przed klęską żywiołową - we wpływającym do Trzcinowej Zatoki potoku podniósł się poziom wód, zalewając okoliczne norki i narażając bezbronne "dzikie" myszy na ataki drapieżników. Coś, co z naszego (ludzkiego) punktu widzenia jest niemal niezauważalne - ot, woda zaczęła sięgać do kostek - było w skali mikro dramatyczną walką z nieubłaganym żywiołem. Sesja rozpoczęła się od odprawy, następnie myszy założyły pancerze i udały się do portu. W czasie gdy członkowie innego oddziału - Długoogoniasty i Bezcenna - siłowali się ze szczupakiem (subtelne puszczenie oka do Rudiego sprzed lat), Sierżant Bąk, Tymianeusz i Cierniołamacz wypożyczyli kuter poławiacza wodorostów. Bezproblemowo dobili do brzegu, gdzie po drobnych perypetiach udało im się znaleźć zalaną norę mysiej rodziny, a po dalszych poszukiwaniach - odnaleźć tę grupkę w wysokiej trawie, akurat chwilę po ataku lisa. Niestety nie wszyscy bohaterowie niezależni przeżyli. W trakcie dramatycznej walki Cierniłamacz został pochwycony przez drapieżnika - tkwiąc w jego pysku nic sobie nie robił z niebezpieczeństwa, krzycząc na całe gardło niczym Drax ze "Strażników Galaktyki" - "hahahaha, teraz mam do ciebie bliżej, rudy skubańcu!!!". Tymianeusz poświęcił linkę swojej wyciągarki związując tylne nogi lisa. Po kilku rundach walki rudzielec z przerażeniem i zaskoczeniem odkrył że te dziwne, pobłyskujące w słońcu, blaszane myszy stawiają mu opór i podkulając ogon dokonał taktycznego odwrotu. Jedną gonitwę i krótkie starcie z drapieżnym ptakiem później bohaterowie wraz z ocaloną rodziną wrócili na łódź. Niestety w połowie drogi złapał ich sztorm. Jedno z młodych wypadło za burtę, a Cierniołamacz bohatersko rzucił się za nim w wodę - i to mając świadomość, że jego zapasy tlenu są na wyczerpaniu! Pod koniec sesji Sierżant Bąk stwierdził, że jest "za stary na tę robotę", zdał pancerz i postanowił resztę dni swej służby w Korpusie spędzić jako technik w hangarze.

   

Wydaje mi się, że sesja była całkiem udana, choć nie obyło się bez problemów technicznych. Roll20 nie chciał współpracować i z jakiegoś powodu gracze nie mogli przesuwać własnych tokenów. Jestem dość zadowolony ze stołu jaki przygotowałem (pod względem estetycznym jak i funkcjonalnym). Ponieważ mechanika Mecha Myszy jest bezkostkowa, schowałem boczny panel i zamiast tego skoncentrowałem się na przesuwaniu "kręgu sukcesów i porażek" oraz powoływaniu się na troski (przekonania/motywacje) bohaterów. Mechanika tej gry, choć banalnie prosta, zaskoczyła mnie po raz kolejny. Wydawałoby się, że oczywistym wyborem jest zawsze przeskoczenie pola porażki. Wcześniej zdarzyło mi się, że gracz wolał natomiast przeskoczyć konsekwencje (trochę w myśl zasady, że nieważne czy jemu samemu się uda, ale nie chce narażać cywili i osób postronnych na oberwanie rykoszetem). Teraz miałem do czynienia z zupełnie innym doświadczeniem - gracze rzadko aktywowali swoje troski, czasami wręcz argumentując, że ich motywacje nie uzasadniają obrony przed porażką i że niepowodzenie jest zgodne z charakterem odgrywanych postaci.

  

Rok 2021 będzie też dla mnie czasem ostatecznego odsuwania się od fandomu. Dorosłem do tego, by stanąć w szczerości przed samym sobą i przyznać w końcu, że to nie miejsce dla mnie. I jak w kiczowym, romansidłowym frazesie przyznaję, że "problem jest we mnie, nie w tobie", przyznaję że się do niego nie nadaję. Kolejne wpisy Sejiego próbującego zdefiniować czym ów ulotny i niedookreślony "fandom" jest, sprawiały, że czułem się coraz bardziej z niego wykluczony. I nawet mimo licznych wad charakteru, nie jestem aż tak arogancki, żeby się kłócić o definicję z kimś, kto ten fandom od lat budował. Mimo powierzchownej i pozornej troski o "inkluzywność" i "triggery" nigdy nie czułem się w fandomie w pełni bezpieczny, bo zdarzało się, że w przypadku różnicy poglądów na tematy organizacyjno-RPGowe odpowiedzią był argument "ad personam" i wyciąganie brudów z życia prywatnego. A wydawało mi się, że po to mamy te wszystkie pseudonimy, loginy i nicki, by zachować choć pozorną separację życia hobbystycznego od osobistego. Nie potrzebuję angażować w moje problemy życiowe ludzi zaangażowanych w mój eskapizm. 

   

W środowisku jest cała masa świetnych ludzi robiących super robotę przyczyniającą się do rozwoju naszego wspólnego hobby. Ale to nie dla mnie. Koszt jest za duży w stosunku do ewentualnych korzyści. Na stare lata wzrasta we mnie cynizm i rozgoryczenie i z żalem przyznam, że nie mam już cierpliwości do coraz bardziej prominentnych postaw pretensjonalno-roszczeniowych. A przecież styczność ze środowiskiem nie jest potrzebna do grania w RPG. Są ludzie, którzy uprawiają to hobby i nawet nie wiedzą, że istnieje gdzieś jakiś świat trendów, dram i "znanych nazwisk" - chociażby mój obecny MG w kampanii "Dragon of Icespire Peak". Mam jeszcze zobowiązania i jakieś ciągnące się wspólne projekty, więc odejście to nie jest coś, co mogę zrobić z dnia na dzień. To bardziej proces, w trakcie którego będę próbował się wywiązać z wszystkich obietnic.

  

Poza tym mam też na tapecie kilka osobistych projektów RPGowych, które chciałbym dokończyć. Czy starczy mi samozaparcia? Sam nie wiem. Oby 2021 był lepszy niż ten poprzedni.

niedziela, 11 marca 2018

Cichy szloch Lans Macabre...

Pamiętam jak na Pyrkonie w 2013 roku udałem się z kolegą na prelekcję. Temat był ciekawy, myślałem że dowiemy się czegoś nowego. Za stołem wskazanej sali siedziało kilku typków i dowcipkowało między sobą rzucając jakieś głupie komentarze. Jedynymi ludźmi, którzy zdawali się je "łapać" byli pozostali prelegenci, bo publiki nie "wtajemniczono". Po jakichś pięciu, może dziesięciu, minutach tego żałosnego "spektaklu" wyszliśmy z kolegą zniesmaczeni. Zdaje się, że po wyjściu z sali zwróciłem się do kolegi komentując tę porażkę (której nawet będąc nazbyt szczodrym "prelekcją" nazwać nie sposób) słowami "oni to chyba zgłosili tylko dla zniżki na wejściówki..." Byłem rozgoryczony i rozczarowany.
 
Mam taką przypadłość, że zupełnie nie kojarzę kto jest kim w eRPeGowym fandomie. Z jednej strony to dobrze, bo nie mam względu na osoby, lecz oceniam dyskusje na podstawie argumentów. Z drugiej - zdarza mi się chlapnąć coś głupiego w stylu "ja nie wiem czy wezmą twoją prelekcję" do człowieka, którego konwenty uprzejmie i z pocałowaniem ręki zapraszają... Wyobraźcie sobie zatem moje zaskoczenie, kiedy dowiedziałem się, że tych kilku "typów" to "Lans Macabre - wybitna trupa prelegentów jeżdżąca od konwentu do konwentu". Nie mam pytań... No dobra, może jedno - wybitna według czyich standardów? Z drugiej strony to by wyjaśniało te kilka pełnych uwielbienia spojrzeń z widowni, kiedy obejrzałem się za siebie z niedowierzaniem nie będąc w stanie zrozumieć w jaki sposób grupa ględzących od rzeczy jak żule na przystanku kolesi dostała się na konwent...
 
Nie muszę chyba pisać na tym etapie zrzędliwego wpisu, że nie mam o "Lans Macabre" dobrego zdania? I kiedy wracamy do tamtej pamiętnej prelekcji czy do niektórych ich nowszych ekscesów rozmowa zazwyczaj się kończy tak:
- ...co ty masz do Lans Macabre?
- Ja do Lans Macabre nie mam nic. Nawet szacunku.
   
Kilka dni temu na ich fanpejdżu pojawił się wpis, rozpoczynający się słowami:
Nie mogę nie zauważyć, że nasze środowisko podzielone jest na dwa obozy. Jedni optują za graniem "for fun", lubią mechanikę na sesji, czerpią satysfakcję z pokonanych przeciwności i wypełniania zadań. Drudzy koncentrują się na ciągłym dopracowywaniu warsztatu, lubią immersję i klimat, nad mechanikę przekładają storytelling i konstrukcje fabularne. Oczywiście są pewnie też ci "inni", nie optujący za żadną z opcji, szukający w hobby czegoś własnego - ale ich głosu jakoś nie słyszę. [...]
 
Nie będę pisał merytorycznej rozprawki. Wiele osób uczyniło to wcześniej i lepiej - Andrzej Enc, Marcin Segit i Bartłomiej Kubiak (którego wpis na blogu "Dom Pełen Łotrów" bardzo polecam). Ja chcę się tylko podzielić trzema subiektywnymi spostrzeżeniami.
 
Po pierwsze jak czytam takie teksty to nie mogę się oprzeć wrażeniu, że pisze je człowiek, który albo zupełnie nie ogarnia mechaniki i sobie "rekompensuje" albo - co gorsza - nie jest w stanie pojąć roli mechaniki w RPG...

Po drugie - tak misternego przykładu propagandy i manipulacji to Naród Polski nie widział chyba od czasów PRLu. Od razu widać kto w oczach piszącego jest "tym lepszym". A bo "te casuale co grają dla kotkologii" na pewno nigdy nie szlifują warsztatu, a na ich sesjach nie ma złożonych konstrukcji fabularnych, bo grają dla zabawy...
 
Co płynnie prowadzi to trzeciej drażniącej mnie rzeczy - mentalność obozowa. Autor wpisu założył z góry (moim zdaniem błędnie) jakiś podział i równie z powietrza wyciągnął jakiś konflikt. Zupełnie tego nie rozumiem - nie przeczę, że zdarzają się dyskusje (żeby nie powiedzieć "fekalsztormy") i eRPeGowcy często w wielu rzeczach się ze sobą nie zgadzają, ale po pierwsze - to całkowicie naturalne w grupie ludzi pełnych pasji, a po drugie - to na pewno nie są dwa obozy. Poza tym próba stawiania rozgraniczenia akurat w tym miejscu?
 
Widziałem sesje, gdzie mimo ścisłego trzymania się mechaniki odgrywanie i "konstrukcja fabularna" nie ucierpiała nawet przez chwilę. Nie szukając daleko - nagrania Yuriego na YouTube z kampanii "Groza w Talabheim", w której pojawia się istny majstersztyk opisu - przedstawienie uchodźców, bawiących się w brudzie dzieci i chłopca goniącego dziewczynkę ze szczurem na patyku. Zbudował nastrój, oddał napięcia panujące w mieście i trudną sytuację uchodźców ani razu nawet nie wspominając "ej, słuchajcie - są uchodźcy, miejscowi są wkurzeni, generalnie jest syf" - nie, nic z tych rzeczy, jednym krótkim opisem ustawił całą scenę. Yuri na pewno nie jest człowiekiem, któremu można zarzucić, że nie gra dla "funu" albo nie trzyma się mechaniki.
   
Widziałem sesje, gdzie MG określał się jako fan "dramaturgii i fabuły", lecz jego opisy były koślawe i dukane, a mechanikę krzywdził bardziej niż pijany mąż sadysta żonę w patologicznej rodzinie. Widziałem też sesje "3:16 - Carnage Amongst the Stars", gdzie gracze perfekcyjnie odgrywali okopowych weteranów walczących z siłami kosmicznych najeźdźców. Widziałem sesje Świata Mroku, gdzie nikogo nie interesowały dylematy moralne, a gracze chcieli po prostu żonglować ciężarówkami.
 
Zdarzało mi się w przeszłości powtarzać za Khakim, że "różni ludzie różnie grają w różne gry", ale na litość i wszystko co święte, teraz mam ochotę powiedzieć, że czasami "ci sami ludzie różnie grają w różne gry"... Ba! Zdarza się, że "ci sami ludzie różnie grają w te same gry"...
   
Jakieś bzdurne wypowiedzi o podziałach i obozach świadczą jedynie o tym, że ktoś jest zupełnie oderwany od rzeczywistości i stracił kontakt z resztą RPGowej społeczności. Być może autor wpisu na facebooku potrzebował tego podziału, żeby móc stworzyć sobie chochoła do bicia? Kiedy włącza się mentalność "my kontra oni" to przynajmniej jest o co walczyć... A bez tego? Trzeba zdobyć się na odwagę, zrozumieć granice swej niekompetencji i spoglądając prawdzie w oczy zdać sobie sprawę z tego, że nie ma się pojęcia o tym w co i jak grają ludzie... Tworzenie sztucznych obozów jest dużo łatwiejsze, bo dyskutanci dzielą się wtedy na tych co bronią i na tych co atakują. Wyżyny agrumentów to wtedy "skąd te negatywne emocje, dlaczego ich atakujecie, przecież chcą dobrze". Bez obozów trzeba "walczyć" na merytorykę, a to bardzo przerażająca myśl, kiedy się nie ogarnia.
   
Podobno cała ta dyskusja wynika z tego (jak wspomniano w komentarzach), że Lans Macabre czuje się szkalowane. Ja tu widzę bardziej celebrytów poprzedniej epoki, którzy nie zarejestrowali, że już nie są na topie. Nie ma już ludzi z uwielbieniem w oczkach siedzących na widowni - ci pobiegli wzbijając tumany kurzu na panel dyskusyjny z Baniakiem... Lans Macabre to taka Maryla Rodowicz polskiego fandomu RPG...


.