Czyli ściany tekstu i relatywnie rudymentarna oprawa graficzna... Czyli ostatni kontakt z hobby statkującego się mężczyzny.


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wynurzenia osobiste. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wynurzenia osobiste. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 lutego 2025

Oprawca eRPeGów...

Dwadzieścia tysięcy czterysta siedemdziesiąt dwa – tyle wynosi, w momencie pisania tych słów, liczba dostępnych w największym internetowym sklepie z RPG podręczników głównych (kategoria: "core rulebook"). Z tego trzy tysiące trzysta czterdzieści dwa oferowane za "co łaska" (kategoria: "pay what you want") i dwa tysiące trzysta osiemdziesiąt osiem całkowicie darmowych. A to nie uwzględniając nawet innych miejsc, z których można pobrać gry (jak itch.io czy siostrzana strona BoardGameGeek poświęcona RPG)... Powiedzieć, że życia nie starczy, żeby to wszystko rozegrać (albo chociaż przeczytać), to mało...

   

Od czasu do czasu w internecie toczą się zażarte dyskusje o wyższości PDFów nad podręcznikami papierowymi i w drugą stronę. Albo o stosunku ceny PDFów do podręczników drukowanych. Oraz o tym czy PDFy nie są za drogie. Oraz o tym, jaką ma wartość własność intelektualna jeśli użytkownik końcowy nie dostaje do rąk fizycznego produktu. Oraz o tym jak Łukasz Kołodziej rujnuje rodzimy rynek RPG wydając darmowe gry z grafikami z Painta... Ta notka nie jest o żadnej z tych rzeczy.

    

Ta notka jest prostym wprowadzeniem do introligatorstwa, dla wszystkich tych, którzy podobnie jak ja lubią czuć papier pod palcami, a w trakcie sesji dużo łatwiej i wygodniej wertuje im się grube tomiszcze niż korzysta z innych metod wyszukiwania informacji, którzy jadąc na obóz lub pod namiot wolą wrzucić do plecaka podręcznik, któremu nie rozładuje się bateria. Tekst ten będzie także świetny dla tych, którzy chcą zachować w jak najlepszym stanie swojego oryginalnego "półkownika", a na sesje brać dużo bardziej utylitarnie uprawioną kopię. Notkę dedykuję także tym, którzy chcą zrobić przedruk swojej wysłużonej i rozklejonej kopii Warhammera 1ed i spiąć ją bardziej trwale. Bez oceniania, bez argumentów do moralności, przyzwoitości i ekologii, po prostu garść uniwersalnych porad bez zobowiązań... Bo jak wspominałem już wcześniej - RPG to hobby interdyscyplinarne... 

   


Kilka informacji na start:

  • większość terminów, których będę używał będzie po angielsku - dlatego że wszystkiego co wiem o oprawianiu książek nauczyłem się z YouTube, a polskojęzyczna grupa poświęcona introligatorstwu na Facebooku jest gorsza niż fora elektrody i po prostu boję się zapytać...
  • znaczenie ma kierunek włókien w papierze - wiem, wiem, niektórzy właśnie się dowiedzieli że papier ma włókna, ale bez obaw, już wyjaśniam - znacznie lepiej jest kiedy linia zgięcia jest równoległa do włókien, w kierunku prostopadłym do włókien papier brzydko się marszczy, jest mniej trwały, a linia rozdarcia jest postrzępiona
  • niestety większość dostępnego w sprzedaży papieru A4 do drukarek ma włókna wzdłuż dłuższego boku, więc zgodnie ze sztuką nie powinno się robić broszurek A5 z kartek A4 (trzeba robić z A3, które ma swoje włókna równolegle do krótszego boku i przycinać)
  • sposób sprawdzania kierunków włókna - można próbować giąć papier (stawia większy opór przy próbach gięcia prostopadle do włókna), rozdzierać (rozdarcie równoległe do włókna będzie "czystsze" i mniej poszarpane), łamać na pół (obserwując ilość zmarszczeń), ale najłatwiej jest po prostu zmoczyć palcami narożnik kartki: jedna z krawędzi zacznie falować, druga nie (i do tej drugiej właśnie są równoległe włókna - wynika to z tego, że włókna celulozowe zwiększają objętość przy "napiciu się wody")...
  • powyższe będzie miało znaczenie także przy klejeniu, bo klej zawiera wodę...
  • folder - zgięta na pół kartka papieru, zawiera cztery strony finalnej książki (ang. "folio")
  • broszura - dwa lub więcej foldery złożone razem, to z nich zszywa się książkę (z ang. "section" lub "signature") 
  • składka lub impozycja - w produkcji przemysłowej nikt się nie bawi w drukowanie pojedynczych folderów na A4 albo A3, tylko drukuje się strony na wielkich płachtach papieru a potem składa jak origami według ściśle określonego schematu, w warunkach domowych drukując książkę A6 na papierze A3 będziemy mieli do czynienia z najprostszą 16-stronicową składką (z ang. "layout") warto zaznaczyć, że patrząc na składkę przed złożeniem kolejność stron zdaje się nie mieć sensu...
  • internetowa strona "I love PDF" pozwala między innymi na dodawanie pustych stron ("Organize PDF") a także dzielenia i łączenia plików (odpowiednio "Split PDF" i "Merge PDF")
  • internetowa strona Bookbinder JS pomaga automatycznie podzielić PDF na broszury, dodać puste strony na końcu i na początku bloku tekstowego (ang. "flyleafs") i wypluwa gotowe pliki PDF z podziałem na broszury, wszystko spakowane zipem...

      

Po tym jak kilka pojęć podstawowych mamy za sobą, możemy przejść do pierwszego kroku - który nie ma nic wspólnego z robótkami ręcznymi, bo będzie miał miejsce przed komputerem. W trakcie opisywania procesu będę posiłkował się moim egzemplarzem "Iron Valley" dla celów demonstracyjnych. W pierwszej kolejności należy sprawdzić oryginalny format dokumentu - da się to zrobić na kilka sposobów, ja zazwyczaj naciskam "Ctrl+D" w Acrobat Readerze (lub prawoklik i "Właściwości dokumentu" lub Plik->Właściwości), zakładka "Opis" powinna zawierać pozycję "Rozmiar strony". W moim przypadku było to 152,4x228,6mm - dość dziwny wymiar, na zachodzie zwany American Royal, jeden ze standardowych rozmiarów książek drukowanych za oceanem (przykładowo w tym samym formacie są "Wicked Ones", "Mountain Home" i "Blades in the Dark"). Porównałem z papierem jaki miałem pod ręką, ale biorąc pod uwagę kierunek włókna (patrz wyżej) i tak musiałbym to drukować na A3 (297x420) - mogłem zatem:

  • drukować foldery jak jest, bez żadnych zmian (szerokość dwóch stron obok siebie to ok. 305mm, ja miałem 420mm, na wysokość wymagane 229mm, miałem 297mm), 
  • drukować zmniejszone do A5 (ok 92%, ale to bez sensu, bo nie dysponując papierem A4 o włóknie wzdłuż krótszej krawędzi i tak nic mi to nie daje),
  • drukować zmniejszone do A6...

   

Wybrałem tę trzecią opcję. Ta gra jest napisana bardzo dużą czcionką - przeglądałem podręcznik na swoim czytników ebooków i jego ekran jest o parę milimetrów mniejszy niż format A6 (czyli 105x148mm) a mimo to tekst był czytelny. Do tego daje mi to swobodę czy chciałbym drukować na papierze A4 (wtedy po dwa foldery, czyli 8 stron książki na kartkę) czy na papierze A3 (4 foldery, osiem stron na jedną stronę, czyli 16 stron książki na kartkę)... W takich momentach warto policzyć skalę zmniejszenia i wydrukować próbnie jedną stronę żeby zobaczyć czy będzie czytelna. Lepiej poświęcić jedną kartkę na tym etapie, niż potem rzucić w kosz całą ryzę...

   

Drugi krok obejmuje kilka obliczeń i decyzji. Jeśli korzysta się z Bookbinder JS, to oprogramowanie robi to wszystko za nas, ale ja preferuję prowadzić te obliczenia w notesie, zastanawiając się nad formą podręcznika. Wiadomo, że książka składa się z broszur, broszury z folderów, a każdy folder to cztery strony. Należy zatem podzielić ilość stron w PDF przez 4 i jeśli wyjdzie wartość całkowita (bez ułamka), to jesteśmy w domu. Jeśli nie, bez paniki, należy dołożyć tyle stron żeby wyszło. Tradycyjnie książka ma parzystą ilość stron, pierwsza strona jest nieparzysta, a ostatnia parzysta - jest to logiczne, wynika z tego, że przecież każda kartka w książce ma dwie strony (a ta nieparzysta zazwyczaj jest po prawej stronie gdy książka leży otwarta na stole) - ale bardzo często, kiedy dany PDF powstawał tylko do dystrybucji elektronicznej i autor nigdy nie zakładał wydruku, zdarza się nieparzysta ilość stron. W moim przypadku - podręcznik ma 244 strony, podzielne przez 4, daje 61 folderów... Zdawałoby się idealnie...

   

No właśnie, zdawałoby się! Pisałem, że drugi krok obejmuje także podjęcie decyzji - a konkretniej ile folderów (a w efekcie ile stron) ma być w broszurze. Nie ma sensu zszywać pojedynczych folderów (pomijając fakt, że się człowiek narobi, to jeszcze dochodzi zjawisko puchnięcia grzbietu od dodanej grubości nici), nie zaleca się także robienia ich zbyt grubymi - wtedy zewnętrzny folder broszury pokonuje na zgięciu dużo większy promień niż wewnętrzny i krawędź strony może uciekać w stronę grzbietu nawet o kilka milimetrów - ma to znaczenie jeśli brzegi stron zawierają jakąś grafikę lub zdobienia. Ja osobiście jestem zwolennikiem broszur po 16 stron (czyli 4 foldery). Należy zatem podzielić ilość stron przez 16 i jeśli wyjdzie wartość całkowita (bez ułamka) to jesteśmy w domu. W moim przypadku 244 podzielone przez 16 to 15,25... Zabrakło mi 12 stron do pełnej broszury! Bez paniki, to się da rozwiązać na kilka sposobów. 

       

Najlepiej zacząć od dodatnia pustych kartek (czyli dwóch stron z każdej strony) przed i po bloku tekstu na tak zwane "waste paper" lub "waste sheet" - jest to pierwsza (i ostatnia) zazwyczaj niezadrukowana, czasem zawierająca tytuł lub jakiś znak graficzny (ale bez istotnych treści), strona książki, której nie da się w pełni otworzyć - na szerokości kilku milimetrów od strony grzbietu jest sklejona z wyklejką (czyli tym sztywniejszym papierem, którym wyklejona jest wewnętrzna strona okładki, a który następnie przechodzi na blok tekstu), co powoduje że otwierając książkę, okładka pociąga wyklejkę, wyklejka pociąga pierwszą stronę i otwierają się trochę jak wachlarz - ma to służyć zmniejszeniu obciążenia łączenia okładki z pierwszą broszurą i zapobiegać uszkodzeniom "zawiasu" frontowej i tylnej okładki. Warto obejrzeć jakąś książkę w twardej oprawie z półki, żeby przekonać się samemu. Ja sięgnąłem po "Neuroshimę 1.5" i tam biała wyklejka jest połączona z pierwszą stroną na której jest znak skażenia biologicznego i cytat o "błędach silnych"...

     

Wracając do przykładu - dodanie luźnej kartki z przodu i z tyłu, to 4 strony, zostaje 8. Można je dodać na końcu jako miejsce na notatki, można dodać kolejną luźną z przodu i z tyłu - co kto woli. Osobiście nie dodawałem stron z przodu. Zauważyłem, że podręcznik nie zawiera kart postaci, więc dodałem jedną stronę (numer 245) żeby zaczynać od parzystej - na stronach 246 i 247 dodałem kartę postaci (przy relatywnie małym formacie A6 można dzięki temu rozłożyć książkę na szybie kserokopiarki i kopiować format A5 lub skalować 142% i mieć kartę postaci w A4) następnie na stronach 248-251 kalendarz, na stronach 252-253 kartę obietnic, na stronach 254-255 karty NPC... co dało mi nieparzystą ilość stron, więc dodałem pustą stronę na końcu dla okrągłej liczy 256, podzielnej bez reszty zarówno przez 4 jak i 16.

    

Alternatywnym rozwiązaniem byłoby to sugerowane przez Bookbinder JS - nie wszystkie broszury muszą mieć równą długość można zszyć pierwsze trzynaście po 16 stron, a resztę po 12 (odpowiednio 4 i 3 foldery). Przy czym jeśli ktoś by się na takie rozwiązanie decydował, sugerowałbym żeby rozłożyć równomiernie cieńsze broszury na początku i końcu, w środek dając te grubsze - pozwoli to bardziej równomiernie rozłożyć napięcia w grzebiecie. Poza tym jestem fanem symetrii.

   

Ostatnia rzecz o której wspomnę - "Iron Valley" zaczyna się od okładki, a na drugiej stronie jest od razu tekst (copyright, wersja i tak dalej). Okładkę oddzieliłem od pliku (używając narzędzi "I love PDF") do późniejszej obróbki jako twarda oprawa, a grafikę przepuściłem przez kilka filtrów w programie graficznym, żeby został sam lineart - ten wkleiłem w pliku w miejsce okładki (używając ponownie "I love PDF"). Dzięki temu pierwsza strona stała się "waste sheet" z grafiką (jak w przytaczanym powyżej przykładzie Neuroshimy) a nie okładką w pełnym kolorze.

     

Na tym etapie powinniśmy mieć plik gotowy do wydruku.

    

Osobiście mój podręcznik do "Iron Valley" przedrukowałem w formie składek do druku na A3 (octavo), ale w przypadku "Ironsworn: Starforged" drukowanego dla kolegi już arkuszy do zgięcia w pół i przycięcia (folio). W przypadku drukowania gotowych już broszur przygotowanych przez Bookbinder JS należy pamiętać o zaznaczeniu opcji "drukuj dwustronnie - odbicie według krótszej krawędzi" - bez tego rewers stron będzie do góry nogami. Ponownie - warto wykonać przedruk próbny dwóch stron. W przypadku drukowania przez Acrobat Reader - wybranie opcji "broszura" zazwyczaj już dostosowuje ustawienia drukarki.

   


 

Po wydrukowaniu składek albo folio pozostaje ich odpowiednie złożenie. W przypadku zwykłych folderów i broszur nie ma tu wielkiej filozofii, wystarczy zgiąć na pół (zazwyczaj po kilka kartek na raz - osobiście składam od razu całe broszury). W przypadku składek, jest pewna filozofia w tym jak się je składa, ale jeśli ktoś nie pamięta sekwencji to wystarczy się zastanowić,czy strony które się zetkną po zgięciu mają sąsiednie numery - zazwyczaj takie ćwiczenie wystarcza by zdecydować czy dane zginanie jest prawidłowe.

   


 

Kolejnym krokiem jest przygotowanie otworów do szycia. W tym celu należy się zastanowić - w jakiej odległości od główki i nóżek (górnej i dolnej części bloku tekstu) powinniśmy wykonać pierwszy otwór, ile z bloku tekstu planujemy przyciąć celem uzyskania prostych krawędzi i czy będzie to ta sama wartość u góry i na dole (przykładowo, jeśli nasza drukarka ma marginesy wydruku, a drukowaliśmy składki octavo, to u góry wystarczy przyciąć 2mm ale z dołu będzie trzeba już ok. 5-6mm). Warto też wziąć pod uwagę, czy strony drukowaliśmy wyśrodkowane na karce, czy zbliżone do jednej z krawędzi - przykładowo, jeśli nasza książka ma tylko 200mm wysokości bloku tekstu, a papier A3 ma krótszą krawędź długości 297mm ale drukowaliśmy wyśrodkowaną, to pierwszy i ostatni otwór powinny być 65mm od górnej i dolnej krawędzi papieru odpowiednio, ale jeśli drukowaliśmy z minimalnym zachowaniem marginesu wydruku od góry, to powinno być to 15mm od góry i 100-105mm od dołu. Dzięki temu, po skończeniu oprawiania książki, skrajne szycie będzie w odległości około centymetra od górnej i dolnej krawędzi bloku tekstu. Zalecam (dla łatwości późniejszego manipulowania broszurami w trakcie zszywania) przytulić maksymalnie blok tekstu do górnej krawędzi papieru, a dolny pasek nadmiarowego papieru z grubsza przyciąć nożykiem do tapet na etapie składania folderów na pół.

   


 

Kiedy ważne decyzje są już podjęte, przygotowujemy przyrząd do wyznaczenia miejsc otworów. Jest to po prostu kartonik, nacięty z jednej strony celem zostawienia "haczyka" do zaczepiania o główkę broszury na którym cienkopisem zaznaczamy miejsca wbijania pinezki - w moim przypadku w ilości nieparzystej, choć nie przy wszystkich rodzajach szycia ma to znaczenie. Ja zdecydowałem, że w przypadku mojego szycia "Iron Valley" pierwszy otwór będzie przeznaczony na węzeł (ang. "kettle stitch"), kolejne dwa na francuską przeplatankę (ang. "french link stitch" - rodzaj szycia, który pozwala zastąpić wstążki wzmacniające grzbiet) środkowy na ścieg łańcuszkowy (ang. "chain link stitch"), kolejne dwa znowu na francuską przeplatankę i ostatni ponownie na węzeł. Gdybym zdecydował się na stosowanie wyłącznie francuskiej przeplatanki, to ilość otworów powinna być parzysta (przy czym pierwszy i ostatni zawsze są przeznaczone na węzeł), a gdybym się zdecydował wyłącznie na ścieg łańcuszkowy, to nie miałoby to najmniejszego znaczenia (to szycie opiera się na połączeniu aktualnie zszywanej broszury poprzez przejście igłą pomiędzy sekcją niżej i sekcją pod nią, tworząc swego rodzaju pętlę następnie powrót tym samym otworem, którym się wyszło). Ale wybiegam zbytnio naprzód - w teorii otwory robi się punktakiem (wiertłem stożkowym, szpikulcem, szydłem - zwał jak zwał - z ang. "awl") ale starczy mały gwoździk, pinezka, lub nieco szersza igła. Ważne żeby za każdym razem zahaczać haczyk naszego wzornika o tę samą krawędź dziurawionych broszur (np, główki) i upewniać się, że wszystkie kartki dosunięte są do góry. Żeby nie uszkodzić stołu warto podłożyć kilka warstw kartonu z tektury falistej. Otwory wykonuje się wbijając przyrząd pod kątem 45 stopni kiedy trzyma się broszurę otwartą do około 90 stopni.

    


Po wykonaniu otworów należy pozostawić blok tekstu zgrabnie ułożony, stukając w stół wyrównać złożone broszury względem grzbietu i pozostawić na noc w imadle lub prasie celem rozluźnienia papieru i doprasowaniu zgięć. W przypadku braku imadła nic straconego - przez długi czas stosowałem zwykłą drewnianą deskę kuchenną dociążoną połową mojej kolekcji podręczników do D&D.

   


Wyklejka to nieco sztywniejszy papier na początku i końcu bloku tekstu, który pomaga połączyć blok tekstu z okładką. Nie będę się rozwodził w tym miejscu nad historią introligatorstwa, ale... Początki współczesnego podejścia do oprawiania sięgają wczesnego XIX wieku, kiedy szybki rozwój nauki (zwłaszcza medycyny) spowodował gwałtowny wzrost zapotrzebowania na książki. Introligatorzy (będący zwieńczeniem całego procesu produkcyjnego) nie nadążali z oprawą gotowych bloków tekstu - przyjętą wówczas praktyką było, że okładkę jakoby "obudowuje się" na bloku tekstowym poprzez wpierw przyszycie do niego desek, potem obłożenia ich skórą lub innym materiałem. Tak pojawił się pomysł, by okładki produkować oddzielnie, a dopiero na samym końcu - używając w tym celu kleju - łączyć okładkę z blokiem tekstowym. Pomijając wstążki i gazę (o tym jeszcze za chwilę) wyklejki to jeden z elementów tego mocowania. Bywają one ozdobne, stosuje się papier marmurkowy lub ręcznie robiony Herrnhuter Kleisterpapier, bywają też w kolorze zbliżonym do okładki lub całkowicie białe. Czasami wydawcy wykorzystują tę przestrzeń na ładną grafikę lub mapę fantastycznego świata. W moim przypadku były to dwa arkusze pomarańczowego brystolu, zgięte wpół ("folio") i przyklejone na szerokości około 5mm do pierwszej strony pierwszej broszury i na końcu ostatniej. Należy się maksymalnie zbliżyć do krawędzi, uważając, by nie zakleić przy tym wykonanych otworów do szycia. 

   


Na tym etapie można zacząć szycie. Są do tego profesjonalne nici lniane lub konopne o różnych grubościach, wstępnie woskowane lub nie... Ale przypominam, że ja jestem tylko amatorem - osobiście wykorzystałem zwykłą bawełnianą nitkę z przybornika krawieckiego, którą przeciągnąłem kilkakrotnie przyciskając kciukiem do kupionego na jarmarku świątecznym hipopotama z naturalnego wosku pszczelego. Porządne nawoskowanie nici pozwala uniknąć plątania, choć początkującym i tak odradzam używanie na raz nici dłuższej niż wysięg dominującej ręki - nie ma sensu kalkulować ile nici zejdzie na zszycie całego bloku, taka długość jest nie do okiełznania, plącze się, robią się supełki, których próba rozsupłania powoduje jedynie zerwanie. Dowiązać dalszy ciąg gdy nić się kończy jest łatwo, nerwów nie zwróci nam nikt. Dobrze jest wybrać biały kolor, by przeszycia nie były widoczne w trakcie czytania. Ja osobiście wybrałem ciemnoczerwony, bo chciałem by był to widoczny i wyróżniający się element dekoracyjny w kolorze pasującym do tkaniny na grzbiecie.

   


Ciężko jest wyjaśnić sam proces szycia, w tym celu odsyłam raczej do YouTube, są dziesiątki nagrań na ten temat. Osobiście używam kawałka taśmy klejącej by przykleić luźny koniec nitki do zewnętrznej strony wyklejki pierwszej broszury, przez skrajny otwór wkłuwam igłę do wewnątrz broszury, przechodzę wewnątrz do kolejnego otworu i przeciągam nić na zewnątrz. Gdybym wykonywał szycie ściegiem łańcuszkowym, to położyłbym w tym momencie na wierzchu kolejną broszurę i przeszedł do niej najbliższym otworem (zmieniając broszurę w którą wchodzę z powrotem za każdym razem gdy wychodzę na zewnątrz). Ponieważ jednak wybrałem szycie z francuskim łańcuszkiem przechodzę wzdłuż grzbietu pierwszej broszury na zewnątrz i ponownie wchodzę do środka. Wewnątrz przechodzę do środkowego otworu, wychodzę na zewnątrz - dopiero teraz kładę na wierzchu drugą broszurę i wchodzę do środka jej (najbliższym) środkowym otworem. Idąc wewnątrz w tym samym kierunku (dalej od luźnego końca) przechodzę do kolejnego otworu, wychodzę na zewnątrz drugiej broszury, wzdłuż grzbietu kontynuuję do kolejnego otworu drugiej broszury, znów do środka, wewnątrz do skrajnego dalszego otworu, którędy wychodzę na zewnątrz, schodzę w dół z powrotem do skrajnego otworu broszury pierwszej, wewnątrz (tym razem w przeciwnym kierunku - w stronę luźnego końca nici) przechodzę do kolejnego otworu, na zewnątrz... I teraz uwaga - powyżej, na drugiej broszurze, jest już równoległa linia nici - zatem zahaczam ją delikatnie wciskając pod nią nić i przechodzę do kolejnego otworu pierwszej broszury wchodząc do wewnątrz. Po napięciu nici utworzy się tutaj "X" z przecinających się nici, a w późniejszym etapie szycia zapoczątkuje to charakterystyczny wzór francuskiego łańcuszka na grzbiecie. Wracając do szycia - igła jest obecnie wewnątrz pierwszej broszury, kierunek szycia jest do luźnego końca, wychodzimy na zewnątrz środkowym otworem pierwszej broszury, by wrócić do środkowym otworem drugiej broszury. Kontynuujemy analogicznie, pamiętając o wykonaniu przeplotu drugiego "X". Kiedy nić wyjdzie na zewnątrz skrajnym otworem drugiej broszury staram się naciągnąć ją na tyle na ile się da bez jej zerwania, następnie odklejam ten kawałek taśmy i wykonuję podwójny węzeł zaciskając to połączenie. Jeśli luźny koniec jest za długi - przycinam go zostawiając około centymetr.

   


Tym sposobem połączyliśmy dwie pierwsze broszury, było trochę szycia na zmianę, raz w górę raz w dół, raz pierwsza, raz druga broszura by je połączyć, kolejne będą już łatwiejsze - szycie będzie odbywać się w ramach pojedynczej dokładanej składki. Dokładamy na górę trzecią broszurę, wchodzimy do środka otworem od strony luźnego końca (czyli tam gdzie zaczynaliśmy i skończyliśmy), następnie wewnątrz do kolejnego otworu, na zewnątrz, wykonać przeplecenie z nicią poniżej (francuski łańcuszek), powrót do środka, przejście wnętrzem do kolejnego otworu, na zewnątrz... I teraz będzie manewr, który w tym wypadku wykonuje się tylko raz przy środkowym otworze, ale gdyby zdecydować się na ścieg łańcuszkowy, odbywał by się on za każdym razem. Przypominam, igła jest na zewnątrz, nić wychodzi ze środkowego otworu trzeciej broszury - wbijamy igłę pomiędzy broszurę poniżej (w tym przypadku drugą) a broszurę bezpośrednio pod nią (pierwszą) po jednej stronie nici łączących środkowe otwory (w tym konkretnym przypadku - w przypadku ściegu łańcuszkowego dotyczy to otworu analogicznego do tego z którego wychodzi nić). Zwracam uwagę, że nie próbujemy wbijać się w otwór, a wejść pomiędzy broszury używając nici je łączących jako punktu zaczepienia. Otwieramy swój zszyty fragment bloku pomiędzy tymi dwoma broszurami i wychodzimy nicią na zewnątrz, po drugiej stronie nici łączących środkowy otwór (tworząc rodzaj pętli charakterystycznej dla ściegu łańcuszkowego) po czym wracamy do wnętrza trzeciej broszury tym samym otworem z którego chwilę wcześniej wyszliśmy. Dalej analogicznie - na zewnątrz, przeplatanka z odcinkiem nici wzdłuż grzbietu broszury niżej, do wewnątrz, skrajnym otworem na zewnątrz. Tu będzie trzeba wykonać węzeł (ang. "kettle stitch"), a robi się to następująco - wbijamy igłę pomiędzy broszurę poniżej a tę pod nią (w tym wypadku pierwszą i drugą) po stronie od środku bloku tekstu skrajnego przewiązania kierując igłę skosem na zewnątrz tak, by wyszła od brzegu (zależnie od kierunku szycia - główki lub nóżek bloku tekstowego) i powoli wyciągamy igłę obserwując co dzieje się z nicią. Kiedy utworzy się już mała pętelka, przechodzimy przez nią igłą i zaciągamy - tworząc w ten sposób węzeł. Osobiście jeszcze sprawdzam czy nić jest dobrze naciągnięta rozwierając ostatnią broszurę i wyciągając wyeksponowane fragmenty nici cały czas zaciskając węzeł (ostrożnie by nie zerwać nici). Kontynuuje się analogicznie, aż nie połączy się wszystkich broszur. Ostatni węzeł (ang. "kettle stitch") wykonuje się podwójnie, nadmiar nici ucina.

   


Jeśli w którymkolwiek momencie nić się zerwie - bez paniki. Jeśli zerwie się daleko od grzbietu, albo około centymetr od węzła końcowego - przycinamy i zaczynamy kolejne szycie robiąc pętelkę i węzeł na skrajnym łączeniu broszury poniżej. Jeśli zerwała się zanim udało się wykonać węzeł, albo w połowie szycia - wyciągamy palcem tyle nici by móc ją związać z nowo nawleczoną - ja jestem prymitywem, który nigdy nie wyszywał ani nie żeglował, więc najzwyklejszy węzeł typu kluczka mi starcza - po czym odcinamy nadmiar (zostawiając jakieś 5mm luźnych końców - nie należy przycinać zaraz przy supełku) i powtarzamy tę cześć szycia którą musieliśmy wyciągnąć.

   

Teraz trzeba przyciąć blok tekstu. Na etapie składania, dziurkowania lub szycia mogły się pojawić nierówności - może margines od druku (albo tzw. "bleed") wymaga docięcia, może postrzępione końcówki wystają od strony żłobka (strona bloku tekstu przeciwna do grzbietu). Dla równego wykończenia trzeba blok przyciąć. Do grubości 80 stron - metalowa linijka i nożyk do tapet ze świeżym ostrzem wystarczą... powyżej tego już nie. Swoją drogą taka drobna rada - metalowe linijki są strasznie drogie, kupcie sobie w markecie budowlanym metalową listwę progową. W moim przypadku "Iron Valley" to ponad 256 stron. Nożyk nie zdał egzaminu (ostrze uciekało, bo blok tekstu je "odpychał" przy każdym kolejnym cięciu przez co blok był krzywy. Gdybym miał profesjonalną pracownię introligatorską, to bym w tym momencie skorzystał z gilotyny lub kozła i hebla do przycinania krawędzi... Zamiast tego skanibalizowałem szafkę wyciągając z niej półki (dwie grube dechy) i kupiłem sobie w markecie budowlanym dwa śrubowe ściski do drewna (takie imadła, kosztowało to może ze dwie dyszki) i płaskie dłuto 25mm. Jeżdżąc po płaskiej powierzchni bocznych krawędzi półek dłutem wykonywałem długie posuwiste ruchy przycinając blok do wymaganych wymiarów.

   


Po przycięciu przechodzimy do klejenia. Najlepiej sprawdza się biurowy klej w tubce typu Magic lub najtańszy wikol (klej na bazie polimerów winylowych rozpuszczalnych w wodzie). Należy wziąć blok tekstu w imadło (lub przywalić deską do krojenia i książkami na krawędzi stołu) i obficie posmarować grzbiet klejem - można to zrobić palcem lub pędzlem. Na mokry klej należy docisnąć fragment merli, czyli gazy introligatorskiej (łatka krótsza niż wysokość grzbietu bloku tekstowego, ale znacznie od niego szersza, by zostały około trzycentymetrowe "skrzydełka"). Merlę można nabyć na metry w sklepach internetowych... albo zastąpić zwykłą nakrochmaloną gazą opatrunkową, gazą niejałową lub płótnem lnianym o luźnym splocie. Ważne żeby zastosowany materiał nie zmieniał wymiarów pod wpływem wilgoci.

   


W teorii merlę przykleja się do wyklejki i okładki na etapie ostatecznego składania, ale przy szybko schnącym kleju jest to za dużo rzeczy do upilnowania, więc ja doklejam "skrzydełka" do frontu i tyłu bloku tekstowego jak tylko klej wyschnie. W tym celu smaruję merlę klejem i naciskając kciukami od grzbietu, ściśle nakładam ją na wyklejkę. Warto mieć w tym momencie zabezpieczony jakimiś gazetami stół (żeby nie pobrudzić go klejem) i mokrą ścierkę pod ręką (żeby wytrzeć pobrudzone klejem palce). Doklejamy kapitałki (takie ochronne wstążki/farfocle na górze i dole grzbietu - sięgnijcie na półkę otworzyć jakąś książkę w twardej oprawie to będziecie wiedzieć o czym mowa) i wstążki do zakładek. Kapitałki można kupić z metra, lub wykonać je zginając szerszą wstążkę płócienną na pół i sklejając brzegi wikolem.

   


Blok tekstu jest już gotowy i można odłożyć go na bok. Podążając za XIX-wieczną tradycją czas przygotować osobno okładkę. Mnie poniosła fantazja i okładka do "Iron Valley" została sporządzona metodą "case-in three piece bradel binding" która polega na tym, że grzbiet (w moim przypadku obity płótnem), przednią i tylną "deskę" przygotowuje się osobno kompensując różnicę grubości poprzez doklejenie dodatkowej warstwy brystolu od wewnątrz. Pojawia się tam bardzo ciekawy trik, żeby karton nie wystawał w narożnikach - pozostawia się takie małe "skrzydełko" które zagina się paznokciem przed oklejeniem krawędzi kartonu widocznej od strony grzbietu. Odradzam to jednak początkującym. Przygotujcie sobie okleinę okładki (ja drukowałem zazwyczaj grafiki przygotowane w GIMPie, można też zastosować skórę lub płótno introligatorskie) i usztywnienie frontu, tyłu i grzbietu. Materiał na usztywnienie to tak zwany "podkład introligatorski" - zbita, twarda tektura. Z braku laku można wykorzystać ten brązowo-szary karton na końcu bloku rysunkowego. Szerokość usztywnienia grzbietu powinna wynosić grubość bloku tekstowego plus półtora grubości materiału usztywniającego. Jego wysokość to wysokość bloku tekstowego plus cztery do sześciu milimetrów (ang. "square" - czyli ile twarda oprawa "wystaje" poza blok tekstowy). Usztywnienia frontu i tyłu powinny mieć taką samą wysokość jak grzbietu, a szerokość taką jak szerokość bloku tekstowego ale pomniejszoną o 2-3mm. Warto też wyciąć z tego samego materiału taki szablon do naprowadzania o szerokości 7mm.

   


Twarda okładka - wersja łatwa. Należy wydrukować okładkę, albo przygotować papier do oprawy (jakiś ładny kolorowy, może być do pakowania prezentów). Zlokalizować gdzie wypadnie grzbiet (ja zazwyczaj nakłuwam delikatnie szpilką w osi ponad i poniżej fragmentu który będzie widoczny i po obróceniu rysuję ołówkiem linię), położyć na stole ładną stroną w dół. Pamiętać gdzie jest front! Posmarować usztywnienie grzbietu klejem i przykleić. Przy pomocy ekierki (przyłożonej do boku usztywnienia) i linijki (przyłożonej do dolnej krawędzi usztywnienia i drugiej przyprostokątnej ekierki) wyznaczyć ołówkiem linię dolnej krawędzi (w obu kierunkach od usztywnienia grzbietu). Przyłożyć szablon dystansowy do boku usztywnienia grzbietu, posmarować klejem, przykleić pilnując by dolna krawędź leżała na narysowanej ołówkiem linii, a boczna była dociśnięta do szablonu dystansowego. Powtórzyć z drugiej strony. Odłożyć szablon dystansowy na bok. Teraz powinniśmy mieć płachtę materiału okleinowego z usztywnieniami naklejonymi mniej więcej na środku. Nadmiarowy materiał należy obciąć dookoła (pozostawiając około 2cm marginesu). Narożniki ściąć, ale nie bezpośrednio przy narożniku - odsunąć się od narożnika parę mm (najlepiej półtora grubości materiału usztywniającego). Posmarować "skrzydełka" klejem i zaczynając od góry i dołu złożyć je kciukami do wewnątrz. Delikatnie naciągając by uzyskać w miarę ostre krawędzie. Paznokciem kciuka docisnąć w narożnikach ten niewielki dystans uzyskany przy ścinaniu narożników - jego funkcja polega na tym, by przy zaklejaniu bocznych skrzydełek - materiał usztywnienia nie był widoczny. Jednocześnie należy zwrócić uwagę na drobny szczegół techniczny - ten drobny fragment dociśnięty paznokciem i boczne skrzydełka spowodują, że w rogach będzie w pewnym miejscu podwójna warstwa materiału okleinowego. Dlatego zaczyna się od przyklejenia górnej i dolnej krawędzi najpierw, by te guzki podwójnego materiału nie były obcierane kiedy książka stoi na półce. Kiedy okładka wyschnie, obracamy ją ładną stroną do góry i przejeżdżając paznokciem od strony grzbietu wzdłuż wzmocnienia grzbietu, frontu i tyłu zaznaczamy lekko to charakterystyczne wgłębienie. 

   


Tak przygotowaną okładkę dopasowujemy do bloku "na sucho" - sprawdzając czy dystans (ang. "square") jest wszędzie równy, czy książka dobrze leży, dociskamy ją do grzbietu. Następnie uważając by nic się nie przemieszczało - otwieramy front, podkładamy kawałek gazety pod wyklejkę, smarujemy ją klejem, zamykamy książkę (wciąż pilnując by grzbiet był dociśnięty). Obracamy. Powtarzamy operację z tyłem. Wsadzamy kawałek folii aluminiowej (od strony bloku tekstu) i listek ręcznika papierowego (od strony okładki) za wyklejką i przywalamy stosem książek na noc. Klej będzie wiązał, ręcznik wchłonie nadmiary wilgoci, a folia sprawi, że wilgoć nie przejdzie do wnętrza bloku tekstowego. 

   


Nad ranem możemy delikatnie książkę otworzyć i włożyć pomiędzy okładkę a blok zwinięte w kulkę chusteczki do nosa, by całość doschnęła.

  

I gotowe.

   

Kilka uwag na koniec. Przedstawiona tu metoda to "case-in square back binding" (nie ważne czy w wariancie "łatwym" czy "three piece bradel binding"). Jest to najpopularniejsza metoda, wiele podręczników oprawianych komercyjnie będzie na półce wyglądać podobnie do tego, co udało nam się tutaj stworzyć. Osobiście jednak uważam, że do podręczników czysto użytkowych lub nieco cieńszych (40-80 stron) dobrą metodą jest "sewn board binding" - książki oprawione w ten sposób dużo łatwiej leżą na stole, otwierają się na płasko, sama metoda jest nieco łatwiejsza. Wyglądają natomiast nieco gorzej, nie mają tego "nadwieszenia" okładki nad blokiem (ang. "square") i nie do końca sprawdzają się przy grubszych blokach tekstu. Metoda (opracowana w latach '80 przez Garry'ego Frosta jako pewne nawiązanie do metod średniowiecznych) polega na tym, że na etapie szycia zaczyna się od dodatkowego folio z brystolu (ja używam starych kalendarzy ściennych) i kończy dodatkowym folio brystolu. Po przycięciu w środek tych dwóch folio wkleja się przycięty materiał usztywniający. Nie nakleja się merli na grzbiet, a jedynie zabezpiecza się go pergaminem (ja używam papieru śniadaniowego). Następnie okleja się grzbiet w taki sposób by mógł pracować przy otwieraniu, a następnie aplikuje okleiny na front i tył. Wszystko przy minimalnym stosowaniu kleju. Jak widać, okładkę obudowuje się tutaj na bloku - podobnie jak w historycznych metodach. Jeśli ktokolwiek wyrazi wolę, to mogę opisać tę metodę bardziej szczegółowo.

   

Jeśli ktoś się podejmie tego wyzwania i będzie miał pytania - służę pomocą na Discordzie.


niedziela, 25 września 2022

Tym, co jeszcze nie wiedzą...

Licealista wraca ze szkoły rzucając tornister w kąt. Nie będzie mu już dziś potrzebny. Przez resztę wieczoru stanie się bowiem profesorem Friedrichem Brunbauerem - niemieckim kulturoznawcą i archeologiem, uczestnikiem wyprawy badawczej grupy Ahnenebre do Kairu, której celem było znalezienie okultystycznych artefaktów raz na zawsze cementujących dominującą rolę białej rasy na kartach historii. Bierze pod pachę ciężkie tomiszcze, kilka kostek, rozpadające się wydanie Parandowskiego i rekwizyt w postaci pożyczonej od dziadka fajki, po czym udaje się na spotkanie ze znajomymi całkowicie nieświadom horrorów, jakich doświadczy... Może przy odrobinie szczęścia uda mu się doprowadzić do upadku III Rzeszy. Ale spokojnie! Chłopak nie cierpi na rozdwojenie jaźni, nie słyszy głosów (jeszcze), a kości w skórzanym woreczku to nie knykcie wykradzione mumii znalezionej w piramidzie faraona Khufu, lecz plastikowe pięciokątne trapezohedrony o ściankach ponumerowanych od 0 do 9... Gruba księga pod pachą to reguły gry "Zew Cthulhu" osadzonej w realiach prozy H. P. Lovecrafta - jej polska wersja ustanowiła w 2018 roki rekordy zbiórek społecznościowych fundując się w dwadzieścia minut i gromadząc finalnie ponad milion złotych na serwisie wspieram.to (taki tam polski kickstarter).


Przedstawiciel handlowy wygospodarował parę wolnych godzin w weekend i teraz lekko podchmielony wali pięścią w stół rycząc na całe gardło: "Ten zawszony szczur posmakuje żelaza mojego topora! Nikt nie będzie zadzierał z Gotrekiem, krasnoludzkim zabójcą gigantów!" Z każdym uderzeniem lekko podskakują leżące na stole kości i podręcznik do "Warhammera" - najpopularniejszej w Polsce gry RPG od lat '90. Przed każdym z graczy leży drobno zapisana ołówkiem kartka zwana "kartą postaci" - to na niej znajdują się podane w wartościach procentowych szanse powodzenia deklarowanych działań. Gotrek ma ponad 60% w "Walce Wręcz", zatem rzucona w eter groźba bliższej znajomości z jego orężem niesie ze sobą poważne ryzyko uszkodzenia ciała... O tym jednak zadecydują plastikowe bryłki turlane po stole, wprowadzające do zabawy aspekt losowości i ryzyka. Dziś Gotrek może z pomocą swych dzielnych towarzyszy zamienić grupę zawszonych Skavenów w mielone, jutro paru zwierzoludzi może go zbić na pulpę... Ot, kaprysy losu.


Młoda studentka w ostrym gotyckim makijażu, ubrana w czarny, koronkowy gorset i skórzane bolerko, upija z kryształowego kielicha odrobinę soku porzeczkowego upewniając się, że pojedyncza jego kropla spłynie strużką po jej bladym podbródku. Zaśmieje się z wyższością, obetrze brodę delikatną husteczką, po czym cedząc słowa przez zęby i kusząco przeciągając literę "s" powie: "Twoja oferta, by wssspólnie przejąć kontrolę nad nocnym klubem na Manhattanie jessst kusząca, ale co na to Książę? To wszakże niemal pod jego nosssem..." Przez następne trzy godziny czeka ją zmaganie się z egzystencjalnym horrorem kofliktu bestialskiej natury z tlącymi się resztkami człowieczeństwa, knucie intryg, spisków i manipulowanie środowiskiem wampirów, by osiągnąć swoje osobiste cele... No, może niekoniecznie "swoje" - bardziej Cassandry - popijającej krew z kielicha femme fatale, członkini sekretnej wampirzej kabały operującej w przestępczym podziemiu współczesnego Nowego Yorku. Kostium, makijaż, akcent i sok porzeczkowy nie są niezbędne do gry, ale pomagają w immersji - wczuciu się w odgrywaną postać i lepszym zanurzeniu w fikcyjny świat gry.


Zmęczony życiem architekt kończy pracę, wraca do domu i siada przed laptopem. W kolejnych zakładkach przeglądarki otwiera karty postaci pająków i goblinów, z którymi za kilkadziesiąt minut będą walczyć jego gracze. Oczywiście, że będzie próbował zabić ich postaci, ale jest w błędzie ten, kto myśli, że relacja ma charakter antagonistyczny. Zadaniem Mistrza Gry jest stawiać przed graczami wyzwania, a każda kolejna walka jest narzędziem do opowiedzenia dalszej części historii. Dlaczego gigantyczne pająki opuściły las i atakują bogom ducha winnych farmerów? Co wspólnego mają z tym prymitywne zielonoskóre dzikusy? Skąd ich wódz ma amulet kontrolowania zwierząt? Czemu zdziwaczały czarodziej mieszkający na uboczu cywilizacji pomaga goblinom? Tym najbardziej wytrwałym spośród graczy będzie dane poznać zakończenie historii, a potem, być może, wyruszyć na kolejną przygodę, kolejną, jeszcze kolejną i tak do końca kampanii (czyli serii powiązanych historią przygód). Większość gier RPG to gry asymetryczne - trochę jak w planszówce "lis i gęsi" czy tradycyjnej lapońskiej grze "tablut" osoby przy stole mają inne cele, inne możliwości i mówiąc w uproszczeniu "grają innymi pionkami" - gracze odgrywają swoich bohaterów, Mistrz Gry prowadzi narrację, przedstawia wyzwania, mówi głosem napotkanych w fikcji postaci, rzuca kośćmi za każdym razem gdy potwory atakują - słowem, jego "bohaterem" jest cały świat... Architekt patrzy nerwowo na zegarek, sprawdzając czas pozostały do sesji, spisuje ostatnie notatki i z ekscytacją zaciera ręce. O tak - Dungeons & Dragons - jedyne co będzie dziś budował to pełne pułapek lochy (bo "Lochy i Smoki", rozumiecie...) doskonała odskocznia od jego monotonnej pracy przy uszczegóławianiu kolejnych rysunków, na które budowlańcy nawet nie spojrzą...


Mógłbym pisać o latach '70 w Ameryce, o tym jak z figurkowych strategicznych gier bitewnych wyłonił się nowy typ gry "w odgrywanie ról" (Role Playing Games). Mógłbym wspomnieć o latach '80 i "satanic panic", kiedy na graczy D&D patrzono z nieufnością, a godziny spędzone w zamknięciu po piwnicach rzucały na nich podejrzenie odprawiania czarnych mszy. Mógłbym wymieniać tytuły, mechaniki i style gry, których jest więcej niż Pokemonów (w same Pokemony można grać przy pomocy conajmniej pięciu różnych gier)... Tylko po co? Bogactwem historii i różnorodności hobby niech raczą się ci, którzy już złapali bakcyla. Laikowi dużo łatwiej wyjaśnić na przykładach, pokazując pewne elementy wspólne, które pozwolą rozpoznać grę RPG bez wcześniejszej styczności. Choć, przyznaję, mainstreamowa popkultura robi to odrobinę lepiej, skoro opowiadając o tym co robię w wolnym czasie coraz częściej spotykam się z odpowiedzią "aha, masz na myśli jak w 'Stranger Things'?"...


Z drugiej strony należy jednak pamiętać, że hobby jest bardzo różnorodne i cytując klasyka - różni ludzie różnie grają w różne gry. Spotykamy się przy stole, by rzucać kostkami, mówić śmiesznymi głosami, opowiadać historie odgrywając fantastyczne postaci przez trzy do sześciu godzin. Czasami są to elfy i krasnoludy, innym razem roboty i gwiezdni piloci. Czasami śmiejemy się rubasznie, a czasami ronimy łzy wzruszenia. Czasami stawką jest garść monet, a innym razem przetrwanie ludzkości. Niektórzy przebierają się za swoje postaci, inni grają w zwykłych ciuchach. Jedni używają figurek i planszy, drudzy preferują "teatr wyobraźni". Czasami wcielamy się w swego bohatera wygłaszając deklaracje w pierwszej osobie i zmieniając głos, czasami deklaracje są w trzeciej osobie. Czasami gramy przy stole, a czasami łączymy się przez internet za pomocą komunikatorów głosowych i aplikacji do rzucania kostkami. Czasami gra jest o kibicach Kolejorza, którzy spuszczają łomot kosmicznemu najeźdźcy przy pomocy kija baseballowego, a czasami o tym, że Emmanuela zdradziła Enrique z Armando i to w przeddzień ich rocznicy!


I to są właśnie gry RPG. Tak jak człowiek pierwotny siadał przy ogniu, by przekazywać ustnie historie, tak i my nie chcemy by umarła w nas fantazja.


piątek, 8 stycznia 2021

Plany na 2021...

 Rok 2021 już na dobre zagościł w naszej świadomości i coraz rzadziej zdarza się komuś pomyłka przy wpisywaniu daty. Minęło też już parę dni od publikowania przez eRPeGowców podsumowań minionego roku i kolejne parę dni od komentowania przez innych eRPeGowców tych podsumowań - zarówno ostro i kąśliwie jak i żartobliwie. Ja komentować nie będę, ani pierwszych, ani drugich wpisów w myśl zasady, że niech sobie każdy żyje i gra jak mu się podoba.

   

Pytanie, które jednak nie daje mi spokoju to: "jak??" Nie w takim sensie, że ktoś zagrał ponad sto sesji w ciągu roku... To akurat takie trudne do wykminienia nie jest, wystarczy policzyć na palcach, że to średnio dwie sesje tygodniowo. Bardziej zastanawia mnie, skąd te osoby wiedzą z taką dokładnością i precyzją w co, kiedy, z kim i ile razy grały. Moje niespotykane talenta dedukcji nakazują mi zgadywać, że pewnie prowadziły jakiś szczegółowy rejestr... ale przez rok? Imponująca samodyscyplina. Albo pamięć. Ja, jeśli się mocno skupię, to jestem w stanie powiedzieć, że w zeszłym roku zagrałem około szesnastu sesji... plus/minus dwadzieścia.

   

W roku 2021 chciałbym spróbować lepiej dokumentować rozegrane sesje. Nie będę w stanie każdej opisać w notce blogowej, ale krótki wpis w organizerze, kilka słów kluczowych powinno mi wystarczyć do ewentualnych refleksji w grudniu. Przy czym raczej nie będę publikował dokładnych zestawień, czy infografik z wykresami, prędzej podzielę się refleksją i zrewiduję czy plany udało się zrealizować.

    

Chciałbym grać bardziej regularnie. Bez zrywów w stylu "sześć sesji jednego dnia, a potem pół roku posuchy". Planuję rozegrać co najmniej 21 sesji w roku 2021. Myślę, że to skromna i realna liczba biorąca pod uwagę, że czasami pojawia się ogólnopojęte życie, które potrafi przekreślić najbardziej konserwatywne plany.

    

Prowadzący fanpage Mistrzowanie po Sznurku rzucił wyzwanie eRPeGowcom w postaci listy dwunastu gier - po jednej na każdy miesiąc - do poprowadzenia w 2021 roku. Nie zakładam, że uda mi się zaliczyć wszystko. W szczególności maj zdaje się być problemem, bo na chwilę obecną zapytanie o grę, którą znam dobrze jako gracz, ale nie jako MG zwraca zbiór pusty. Cóż... Zazwyczaj po prostu prowadzę. Co więcej, jakoś bardziej mi to odpowiada niż granie. Traktuję to bardziej jako dobrą zabawę, która ponadto pomoże mi w realizacji mojego pierwszego mocnego postanowienia - bardziej regularnego grania.

   

 

Pozycja na styczeń wyżej wymienionego wyzwania to "gra, która mieści się na jednej stronie". Z przyjemnością melduję wykonanie zadania! Korzystając z kilku wolnych dni na początku stycznia, zorganizowałem na szybko spontaniczne spotkanie. Mimo tego, że godziny, w jakich preferuję prowadzić, są dla niektórych ciężkie do przełknięcia (zazwyczaj godziny poranne i to nie "zwlokłem się z łóżka, to zagram" tylko bardziej "ło matko, jeszcze ciemno!") to udało mi się zebrać drużynę. 

  

   

Zagraliśmy w Mecha Myszy, grę dostępną po polsku na DriveThru RPG (kilka lat temu przyczyniłem się do tłumaczenia, o czym zresztą można było przeczytać na tym blogu). Gra - zgodnie z treścią wyzwania - mieści się oczywiście na jednej stronie A4 i to w formie zgrabnego PocketModa - po wydrukowaniu i rozcięciu w strategicznym miejscu można złożyć kartkę w kieszonkową książeczkę. Fabuła to coś jak Mysia Straż, gdyby myszy należały do Bractwa Stali z Fallouta. Członkowie Mecha Korpusu zakładają zbroje wspomagane by chronić mysią społeczność przed zagrożeniami z zewnątrz. 

  

Szybki rzut oka na generator zadań i przedmiotem sesji było ratowanie myszy ze stałego lądu przed klęską żywiołową - we wpływającym do Trzcinowej Zatoki potoku podniósł się poziom wód, zalewając okoliczne norki i narażając bezbronne "dzikie" myszy na ataki drapieżników. Coś, co z naszego (ludzkiego) punktu widzenia jest niemal niezauważalne - ot, woda zaczęła sięgać do kostek - było w skali mikro dramatyczną walką z nieubłaganym żywiołem. Sesja rozpoczęła się od odprawy, następnie myszy założyły pancerze i udały się do portu. W czasie gdy członkowie innego oddziału - Długoogoniasty i Bezcenna - siłowali się ze szczupakiem (subtelne puszczenie oka do Rudiego sprzed lat), Sierżant Bąk, Tymianeusz i Cierniołamacz wypożyczyli kuter poławiacza wodorostów. Bezproblemowo dobili do brzegu, gdzie po drobnych perypetiach udało im się znaleźć zalaną norę mysiej rodziny, a po dalszych poszukiwaniach - odnaleźć tę grupkę w wysokiej trawie, akurat chwilę po ataku lisa. Niestety nie wszyscy bohaterowie niezależni przeżyli. W trakcie dramatycznej walki Cierniłamacz został pochwycony przez drapieżnika - tkwiąc w jego pysku nic sobie nie robił z niebezpieczeństwa, krzycząc na całe gardło niczym Drax ze "Strażników Galaktyki" - "hahahaha, teraz mam do ciebie bliżej, rudy skubańcu!!!". Tymianeusz poświęcił linkę swojej wyciągarki związując tylne nogi lisa. Po kilku rundach walki rudzielec z przerażeniem i zaskoczeniem odkrył że te dziwne, pobłyskujące w słońcu, blaszane myszy stawiają mu opór i podkulając ogon dokonał taktycznego odwrotu. Jedną gonitwę i krótkie starcie z drapieżnym ptakiem później bohaterowie wraz z ocaloną rodziną wrócili na łódź. Niestety w połowie drogi złapał ich sztorm. Jedno z młodych wypadło za burtę, a Cierniołamacz bohatersko rzucił się za nim w wodę - i to mając świadomość, że jego zapasy tlenu są na wyczerpaniu! Pod koniec sesji Sierżant Bąk stwierdził, że jest "za stary na tę robotę", zdał pancerz i postanowił resztę dni swej służby w Korpusie spędzić jako technik w hangarze.

   

Wydaje mi się, że sesja była całkiem udana, choć nie obyło się bez problemów technicznych. Roll20 nie chciał współpracować i z jakiegoś powodu gracze nie mogli przesuwać własnych tokenów. Jestem dość zadowolony ze stołu jaki przygotowałem (pod względem estetycznym jak i funkcjonalnym). Ponieważ mechanika Mecha Myszy jest bezkostkowa, schowałem boczny panel i zamiast tego skoncentrowałem się na przesuwaniu "kręgu sukcesów i porażek" oraz powoływaniu się na troski (przekonania/motywacje) bohaterów. Mechanika tej gry, choć banalnie prosta, zaskoczyła mnie po raz kolejny. Wydawałoby się, że oczywistym wyborem jest zawsze przeskoczenie pola porażki. Wcześniej zdarzyło mi się, że gracz wolał natomiast przeskoczyć konsekwencje (trochę w myśl zasady, że nieważne czy jemu samemu się uda, ale nie chce narażać cywili i osób postronnych na oberwanie rykoszetem). Teraz miałem do czynienia z zupełnie innym doświadczeniem - gracze rzadko aktywowali swoje troski, czasami wręcz argumentując, że ich motywacje nie uzasadniają obrony przed porażką i że niepowodzenie jest zgodne z charakterem odgrywanych postaci.

  

Rok 2021 będzie też dla mnie czasem ostatecznego odsuwania się od fandomu. Dorosłem do tego, by stanąć w szczerości przed samym sobą i przyznać w końcu, że to nie miejsce dla mnie. I jak w kiczowym, romansidłowym frazesie przyznaję, że "problem jest we mnie, nie w tobie", przyznaję że się do niego nie nadaję. Kolejne wpisy Sejiego próbującego zdefiniować czym ów ulotny i niedookreślony "fandom" jest, sprawiały, że czułem się coraz bardziej z niego wykluczony. I nawet mimo licznych wad charakteru, nie jestem aż tak arogancki, żeby się kłócić o definicję z kimś, kto ten fandom od lat budował. Mimo powierzchownej i pozornej troski o "inkluzywność" i "triggery" nigdy nie czułem się w fandomie w pełni bezpieczny, bo zdarzało się, że w przypadku różnicy poglądów na tematy organizacyjno-RPGowe odpowiedzią był argument "ad personam" i wyciąganie brudów z życia prywatnego. A wydawało mi się, że po to mamy te wszystkie pseudonimy, loginy i nicki, by zachować choć pozorną separację życia hobbystycznego od osobistego. Nie potrzebuję angażować w moje problemy życiowe ludzi zaangażowanych w mój eskapizm. 

   

W środowisku jest cała masa świetnych ludzi robiących super robotę przyczyniającą się do rozwoju naszego wspólnego hobby. Ale to nie dla mnie. Koszt jest za duży w stosunku do ewentualnych korzyści. Na stare lata wzrasta we mnie cynizm i rozgoryczenie i z żalem przyznam, że nie mam już cierpliwości do coraz bardziej prominentnych postaw pretensjonalno-roszczeniowych. A przecież styczność ze środowiskiem nie jest potrzebna do grania w RPG. Są ludzie, którzy uprawiają to hobby i nawet nie wiedzą, że istnieje gdzieś jakiś świat trendów, dram i "znanych nazwisk" - chociażby mój obecny MG w kampanii "Dragon of Icespire Peak". Mam jeszcze zobowiązania i jakieś ciągnące się wspólne projekty, więc odejście to nie jest coś, co mogę zrobić z dnia na dzień. To bardziej proces, w trakcie którego będę próbował się wywiązać z wszystkich obietnic.

  

Poza tym mam też na tapecie kilka osobistych projektów RPGowych, które chciałbym dokończyć. Czy starczy mi samozaparcia? Sam nie wiem. Oby 2021 był lepszy niż ten poprzedni.

niedziela, 21 października 2018

Poprowadź pan eRPeGa, będziesz miał do CV...


Nie lubię ogłoszeń w stylu "szukam MG, który mnie przygarnie lub ekipy z MG" bo są w pewnym sensie oksymoronem. Są wewnętrznie sprzeczne. Ich autorzy nie szukają, tylko rzucili hasło w eter i spoczęli na laurach czekając, aż chętni ustawią się w kolejce. Same ogłoszenia są jednak relatywnie nieszkodliwe, może lekko naiwne, więc w takim wypadku zazwyczaj zwracałem uwagę, że skuteczniejsze jest aktywne szukanie - przejrzyj ostatnie dwa lub trzy tygodnie ogłoszeń MG rekrutujących do swoich kampanii, zobacz czy są wolne miejsca, jeśli nie ma - odezwij się do MG na priv, może w międzyczasie się coś zwolniło.
   
Jednak ci, którzy znają mnie lepiej lub mieli szczęście w nieszczęściu trafić na jedną z moich discordowych tyrad okraszonych ostrym językiem i pełnymi oburzenia inwektywami, wiedzą, iż do białej gorączki doprowadzają mnie ogłoszenia "drużyna 4-5 osób szuka MG". Pomijam fakt, że ogłoszenia "gracz szuka MG" kilka odpowiedzi "ja też" później stają się ogłoszeniami "drużyna szuka MG". Mówię tu o sytuacji, w której ludzie, którzy już się zebrali i mieli okazję poznać, szukają jele... ekhem, prowadzącego. Przypomina mi się sytuacja z początków funkcjonowania TeamSpeaka GFO, kiedy na sesję Bolka przyszła zgrana paczka kumpli i wewnętrznymi żarcikami i trollowaniem rozwalili grę zabawiając się jego kosztem. Próby wyjaśnienia, że prowadzenie to nie jest jakaś wiedza tajemna nie do pojęcia przez prosty lud (jak teoria strun czy pseudolosowości) spotykają się z oporem, albo wręcz postawą roszczeniową (ale my CHCEMY grać razem i tylko coś takiego wchodzi w grę). Na nic tłumaczenie, że to tylko rola przy stole, na nic propozycje prowadzenia rotacyjnego...
   
Amerykanie mają takie powiedzonko "beggars can't be choosers" - najbliższym odpowiednikiem byłopy pewnie "darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby" choć tutaj jest to bardziej coś w stylu "jeśli to ty masz sprawę i przychodzisz po prośbie, nie oczekuj, że wszyscy będą się gimnasytkować, żeby cię zadowolić"... Innymi słowy - jeśli mimo prób nie udało się znaleźć MG do prowadzenia całej grupie, może warto się zastanowić nad tym, żeby ktoś z grupy się jednak poświęcił dla ludzkości i poprowadził. W tym momencie "ale my chcemy zagrać razem" czy "ale szukamy kogoś kto ma już w tym doświadczenie" - to stawianie dodatkowych wymagań. Taka grupa nie ma specjalnie mocnej pozycji w tych negocjacjach.
   
Nie uważam, żeby prowadzenie wymagało jakichś szczególnych kompetencji. Można mieć predyspozycje, czy preferencje, ale "wymagana" jest jedynie znajomość mechaniki w takim samym stopniu jak do stworzenia postaci, umiejętność czytania ze zrozumieniem, sprawny słuch i aparat mowy. Wymagania, które spełnia większość absolwentów podstawówki. Nie masz pomysłu na przygodę? Weź gotowca. Nie masz pojęcia jak świat reaguje na dziwne zachowania bohaterów graczy? Wpadają orki z zasadzką, walka potrwa do końca sesji, będziesz miał tydzień, żeby się zastanowić. A zatem nie uważam, żeby prowadzenie wymagało jakichś szczególnych kompetencji, ale jeśli ktoś tak uważa - to nie potrzeba mu po drugiej stronie stołu kolegi, który gra innymi pionkami, lecz specjalisty posiadającego zestaw umiejętności (których według swego subiektywnego mniemania sam nie posiada) oczekując od niego dostarczenia dobrej zabawy (czytaj: "nietrwałej korzyści niematerialnej nierozdzielnie fizycznie powiązanej z osobą która jej dostarcza")... I tu właśnie wchodzimy na grząski grunt sprowadzania relacji gracze-MG do relacji usługobiorcy-usługodawca, gdyż powyższe oczekiwania sprowadzone do pojęć podstawowych brzmią jak encyklopedyczna definicja usługi.
   
Żyjemy w kapitalistycznej rzeczywistości. Kiedy trawnik mi zarośnie, mogę sięgnąć do garażu po kosiarkę i wykonać kilka kółek dookoła domu. Nie jest to istotne czy się na tym znam, czy nie - być może pozostanie niedokoszony pasek chwastów przy płocie, lub ominę kilka kęp, ale potrzebowałem mieć skoszony trawnik, to go skosiłem. Ale jeśli nie chcę - nie muszę tego robić. Mogę zatrudnić ogrodnika (osobę kompetentną w materii wegetacji i wyposażoną w odpowiednie narzędzia), który wykona USŁUGĘ skoszenia trawy, za którą zapłacę z góry ustaloną kwotę. Kiedy jestem głodny - idę do kuchni, sięgam po jakieś garnki, męczę się dwie godziny i robię coś do jedzenia. Nie jest to żarcie o wybitnych walorach smakowych i unikalnej kompozycji aromatów, ale żołądek zapełni. Jeśli mi się nie chce - mogę zatrudnić kucharkę, która przyjdzie kilka razy w tygodniu i zostawi jedzenie w lodówce... Za co oczywiście będę zobowiązany jej zapłacić. Powyższe przykłady nikogo nie dziwią. Dlaczego zatem nawet mimochodem sugerowana propozycja prowadzenia RPG za pieniądze jest tak bulwersująca dla wielu RPGowców w środowisku?
   
Osobiście lubię prowadzić. Nawet preferuję. Ale prowadzę swoim dobrym kolegom. Bilans zysków i strat wyrównuje się w naszej mikrospołeczności. Oprócz tego, że mistrzuję, spędzam też miło czas z ludźmi, których lubię. Możemy porozmawiać na inne wspólne tematy, mogę zapytać czy mała już ząbkuje, a jak trzeba pomalować sufit albo zerwać wykładzinę podłogową - jest do kogo się zwrócić. Kiedy nie prowadzę znajomym, lecz zbieram obcych ludzi z internetu do swojej autorskiej kampanii lub jednostrzała moją korzyścią jest kreatywny wygrzew i sprawdzenie gry, w którą chciałem zagrać. Jaką korzyść mam ze zorganizowania zabawy grupce ludzi których nie znam, a którzy traktują mnie przedmiotowo, jako "brakujące ogniwo" żeby mogli razem poturlać kostkami? Co mam z tego, że przyjdę wykonać dla nich usługę - poprowadzić ten konkretny system, który chcą i wplatać ich postaci i ich wątki w fabułę?
   
Skąd ta notka blogowa? Na jednej z grup, którą moderuję pojawił się post, w którym autor poszukiwał MG do poprowadzenia grupie znajomych. I to nie byle jakiego MG... tylko "doświadczonego". Jeszcze dyskusja się dobrze nie zaczęła, a już stawiane są wymagania. Pytania co oferuje w zamian budziły zaskoczenie i puste deklaracje w stylu "dobrą zabawę i miłe słowo". I choć autor zapierał się, że przecież nie wymaga niczego nadzwyczajnego ponad "ogarnięcia kilku osób przy stole" to wkrótce lista jego oczekiwań wzbogaciła się o:

  • wplecenie kilku jego pomysłów w kampanię
  • wyszukiwania grafik ilustrujących lokacje w grze
  • rozpisywania historii NPCów...

 
Od tego czasu post został już usunięty, ale w kilku miejscach w internecie (od trollpagów, po rzekomo poważne grupy dyskusyjne) pojawiło się pokłosie w postaci burzliwych dyskusji na ten temat. Dochodzę do kilku wniosków. Po pierwsze - ludzie mają problem z czytaniem ze zrozumieniem, po drugie dyskusja pozbawiona kontekstu to dyskutowanie dla samej sztuki dyskutowania. Po trzecie - ludzie piszący kąśliwe komentarze (mnie pewnie włączając) stanowczo przeceniają swoją przenikliwość i sarkazm. Poniżej kilka co bardziej soczystych kąsków w postaci cytatów:
   
"[...] mistrzowalem 10 lat po minimum 6 sesji miesięcznie. Średnio 6h grania czyli jakieś 4320 godzi mistrzowania. Gdzie jest moje prawie 0,5mln?" 

Ale czy wszystkie te sesje były dla totalnie obcych randomów z neta stawiających żądania? Mam szczere wątpliwości. Tak jak pisałem w swoim wywodzie wyżej - najbliższym znajomym to ja też mogę poprowadzić.

"Iksde. Piwo i pół pizzy. Kto normalny będzie płacił za coś co można samemu zrobić xD"

A jednak sami nie robią... cóż za konundrum...

"Uważam że prowadzenie za pieniądze jest dla mnie pomyłką. Branie kasy za moje hobby jest nie w moim stylu."

"Mistrz gry robi to dla satysfakcji z pasji a nie dla pieniedzy"

"Zobaczylam argumenty o pasji i hobby jako czynnikach wykluczających możliwość zarobku. Aż mnie pieką oczy od tak silnej cebuli."

W zasadzie ta ostatnia Pani w punkt odpowiedziała na poprzednie przytoczone komentarze. Widziałem zdecydowanie za dużo dyskusji między artystami zarabiającymi na grafikach na zamówienie skarżącymi się na ludzi w stylu "ładnie rysujesz, narysuj mi coś za darmo". Niektórym się wydaje, że sam fakt, że jest się w czymś dobrym, uprawnia innych do tego by się z nimi tym dobrem nieodpłatnie dzielić. Głęboko niepokojące myślenie. Oczywiście, że można łączyć pracę z hobby. Niektórzy programiści w weekend też wyklepią jakiś kod jeśli potrzebują programiku który będzie za nich liczył jakąś pierdółkę. Niekomercyjny, hobbystyczny projekt.

"[...]Jak widać spora grupa graczy nie widzi takiej potrzeby i IMO słusznie. Zawsze lepiej samemu coś poznać, zainteresować się niż płacić. W końcu jest to forma hobby.[...]"

Przykład ilustrujący jak brak kontekstu w zasadzie powraca do argumentów źródłowych. Cały problem polega na tym, że mówimy o graczach, którzy nie widzieli potrzeby płacić ale też nie chcieli samemu zainteresować się tematem...

"Dla mnie to trochę tak, jakbym miał komuś zapłacić, żeby się ze mną napił."

Może nie do końca trafine porównanie. Bardziej - cała grupa kumpli chce pić, ale nie ma komu polewać. I wtedy istotnie zatrudnia się do tego człowieka z zewnątrz. Nazywa się on "barman".

"Nie czuję klimatu zupełnie. Wręcz wogóle podnoszenie takiej dyskusji jest nie zrozumiałem i prezentuję żenujący obraz upadku i spaczenia polskiej sceny Rpgowej. Autor posta powinien zostać wykastrowany. Mało MG że wozi się was na sesje, żarcie i wódkę macie za free to jeszcze trza płacić??. Pogięło was panowanie poważnie."

Wow... Po prostu wow... Ale mnie takie słowa w wydaniu tego Pana (którego godności nie nadmienię, bo RODO) nie zaskakują, bo swoje skarłowacenie umysłowe pokazał już wielokrotnie, kiedy jeszcze miałem przejawy masochizmu i udzielałem się w facebookowej grupie o tworzeniu gier RPG. O zupełnym braku klasy świadczy fakt iż nawołuje do przemocy wobec autora wątku, który jedynie podniósł w innej grupie dyskusyjnej kwestie z oryginalnie usuniętego posta. Co więcej - autor wątku był raczej sceptyczny w stosunku do płacenia i podniósł kilka interesujących kwestii (cytat przytoczę poniżej)... Pomijam fakt, że płacenie za pracę jedzeniem i alkoholem trochę nie przystoi w XXI wieku.

"Jestem rozdarty pomiędzy obronę graczy, którzy po prostu szukają MG (inni już wyrazili swoje zdanie nie raz), a osoby broniące instytucji mistrza gry (zapłata za prowadzenie wydaje się nie taka głupia).Tylko teraz pytania:- czy atmosfera gry nie ucierpi na tym usługowym modelu?- czy gracze mogą zarządać zwrotu pieniędzy jak MG nie spełni ich oczekiwań? I czy MG może się bronić od decyzji graczy? - jaka stawka według osób proponujących płatny model jest uczciwa (od całej grupy)?"

Pytania jak najbardziej zasadne. Z tym, że w moim odczuciu sprowadzają się do jednej odpowiedzi - jak w każdej relacji biznesowej - wszystko zależy od uzgodnienia przed sesją MG. Nie wyobrażam sobie żeby przed płatną usługą gracze nie zweralizowali swoich oczekiwań, MG nie przedstawił swojej oferty - na podstawie tych rozmów dochodzi się do kompromisu i ustala stawkę. Wolny rynek w praktyce. Co do zaś "instytucji MG" - jak pisałem w moim wywodzie wyżej - to właśnie grupy szukające MG sprowadzają tę rolę do instytucji nadając jej jakieś dziwne właściwości i kompetencje.
   

Mógłbym tak jeszcze długo, tylko po co? Przekonanych bardziej już nie przekonam, bo ze smutkiem potakują czytając tę notkę. Tym, którzy się wzdrygają z obrzydzeniem na samą myśl o płaceniu MG, do rozsądku nie przemówię, nie pokażę drugiej strony monety. Zostawię natomiast wszystkich z ponurą refleksją na koniec... Kiedy podnosi się głosy "to zrujnuje środowisko RPGowe" należy zadać sobie pytanie jakiego środowiska w przyszłości chcemy. Czy takiego, gdzie z paczki kilku znajomych naturalnie wyłania się MG, bo ktoś w internecie zasugerował "skoro jest was kilku - czemu jeden z was nie poprowadzi?". Czy takiego, w którym MGom zakłada się kajdany obowiązku prowadzenia roszczeniowym typom nie kwapiącym się do wkładania wysiłku we własną rozrywkę?


.

niedziela, 11 marca 2018

Cichy szloch Lans Macabre...

Pamiętam jak na Pyrkonie w 2013 roku udałem się z kolegą na prelekcję. Temat był ciekawy, myślałem że dowiemy się czegoś nowego. Za stołem wskazanej sali siedziało kilku typków i dowcipkowało między sobą rzucając jakieś głupie komentarze. Jedynymi ludźmi, którzy zdawali się je "łapać" byli pozostali prelegenci, bo publiki nie "wtajemniczono". Po jakichś pięciu, może dziesięciu, minutach tego żałosnego "spektaklu" wyszliśmy z kolegą zniesmaczeni. Zdaje się, że po wyjściu z sali zwróciłem się do kolegi komentując tę porażkę (której nawet będąc nazbyt szczodrym "prelekcją" nazwać nie sposób) słowami "oni to chyba zgłosili tylko dla zniżki na wejściówki..." Byłem rozgoryczony i rozczarowany.
 
Mam taką przypadłość, że zupełnie nie kojarzę kto jest kim w eRPeGowym fandomie. Z jednej strony to dobrze, bo nie mam względu na osoby, lecz oceniam dyskusje na podstawie argumentów. Z drugiej - zdarza mi się chlapnąć coś głupiego w stylu "ja nie wiem czy wezmą twoją prelekcję" do człowieka, którego konwenty uprzejmie i z pocałowaniem ręki zapraszają... Wyobraźcie sobie zatem moje zaskoczenie, kiedy dowiedziałem się, że tych kilku "typów" to "Lans Macabre - wybitna trupa prelegentów jeżdżąca od konwentu do konwentu". Nie mam pytań... No dobra, może jedno - wybitna według czyich standardów? Z drugiej strony to by wyjaśniało te kilka pełnych uwielbienia spojrzeń z widowni, kiedy obejrzałem się za siebie z niedowierzaniem nie będąc w stanie zrozumieć w jaki sposób grupa ględzących od rzeczy jak żule na przystanku kolesi dostała się na konwent...
 
Nie muszę chyba pisać na tym etapie zrzędliwego wpisu, że nie mam o "Lans Macabre" dobrego zdania? I kiedy wracamy do tamtej pamiętnej prelekcji czy do niektórych ich nowszych ekscesów rozmowa zazwyczaj się kończy tak:
- ...co ty masz do Lans Macabre?
- Ja do Lans Macabre nie mam nic. Nawet szacunku.
   
Kilka dni temu na ich fanpejdżu pojawił się wpis, rozpoczynający się słowami:
Nie mogę nie zauważyć, że nasze środowisko podzielone jest na dwa obozy. Jedni optują za graniem "for fun", lubią mechanikę na sesji, czerpią satysfakcję z pokonanych przeciwności i wypełniania zadań. Drudzy koncentrują się na ciągłym dopracowywaniu warsztatu, lubią immersję i klimat, nad mechanikę przekładają storytelling i konstrukcje fabularne. Oczywiście są pewnie też ci "inni", nie optujący za żadną z opcji, szukający w hobby czegoś własnego - ale ich głosu jakoś nie słyszę. [...]
 
Nie będę pisał merytorycznej rozprawki. Wiele osób uczyniło to wcześniej i lepiej - Andrzej Enc, Marcin Segit i Bartłomiej Kubiak (którego wpis na blogu "Dom Pełen Łotrów" bardzo polecam). Ja chcę się tylko podzielić trzema subiektywnymi spostrzeżeniami.
 
Po pierwsze jak czytam takie teksty to nie mogę się oprzeć wrażeniu, że pisze je człowiek, który albo zupełnie nie ogarnia mechaniki i sobie "rekompensuje" albo - co gorsza - nie jest w stanie pojąć roli mechaniki w RPG...

Po drugie - tak misternego przykładu propagandy i manipulacji to Naród Polski nie widział chyba od czasów PRLu. Od razu widać kto w oczach piszącego jest "tym lepszym". A bo "te casuale co grają dla kotkologii" na pewno nigdy nie szlifują warsztatu, a na ich sesjach nie ma złożonych konstrukcji fabularnych, bo grają dla zabawy...
 
Co płynnie prowadzi to trzeciej drażniącej mnie rzeczy - mentalność obozowa. Autor wpisu założył z góry (moim zdaniem błędnie) jakiś podział i równie z powietrza wyciągnął jakiś konflikt. Zupełnie tego nie rozumiem - nie przeczę, że zdarzają się dyskusje (żeby nie powiedzieć "fekalsztormy") i eRPeGowcy często w wielu rzeczach się ze sobą nie zgadzają, ale po pierwsze - to całkowicie naturalne w grupie ludzi pełnych pasji, a po drugie - to na pewno nie są dwa obozy. Poza tym próba stawiania rozgraniczenia akurat w tym miejscu?
 
Widziałem sesje, gdzie mimo ścisłego trzymania się mechaniki odgrywanie i "konstrukcja fabularna" nie ucierpiała nawet przez chwilę. Nie szukając daleko - nagrania Yuriego na YouTube z kampanii "Groza w Talabheim", w której pojawia się istny majstersztyk opisu - przedstawienie uchodźców, bawiących się w brudzie dzieci i chłopca goniącego dziewczynkę ze szczurem na patyku. Zbudował nastrój, oddał napięcia panujące w mieście i trudną sytuację uchodźców ani razu nawet nie wspominając "ej, słuchajcie - są uchodźcy, miejscowi są wkurzeni, generalnie jest syf" - nie, nic z tych rzeczy, jednym krótkim opisem ustawił całą scenę. Yuri na pewno nie jest człowiekiem, któremu można zarzucić, że nie gra dla "funu" albo nie trzyma się mechaniki.
   
Widziałem sesje, gdzie MG określał się jako fan "dramaturgii i fabuły", lecz jego opisy były koślawe i dukane, a mechanikę krzywdził bardziej niż pijany mąż sadysta żonę w patologicznej rodzinie. Widziałem też sesje "3:16 - Carnage Amongst the Stars", gdzie gracze perfekcyjnie odgrywali okopowych weteranów walczących z siłami kosmicznych najeźdźców. Widziałem sesje Świata Mroku, gdzie nikogo nie interesowały dylematy moralne, a gracze chcieli po prostu żonglować ciężarówkami.
 
Zdarzało mi się w przeszłości powtarzać za Khakim, że "różni ludzie różnie grają w różne gry", ale na litość i wszystko co święte, teraz mam ochotę powiedzieć, że czasami "ci sami ludzie różnie grają w różne gry"... Ba! Zdarza się, że "ci sami ludzie różnie grają w te same gry"...
   
Jakieś bzdurne wypowiedzi o podziałach i obozach świadczą jedynie o tym, że ktoś jest zupełnie oderwany od rzeczywistości i stracił kontakt z resztą RPGowej społeczności. Być może autor wpisu na facebooku potrzebował tego podziału, żeby móc stworzyć sobie chochoła do bicia? Kiedy włącza się mentalność "my kontra oni" to przynajmniej jest o co walczyć... A bez tego? Trzeba zdobyć się na odwagę, zrozumieć granice swej niekompetencji i spoglądając prawdzie w oczy zdać sobie sprawę z tego, że nie ma się pojęcia o tym w co i jak grają ludzie... Tworzenie sztucznych obozów jest dużo łatwiejsze, bo dyskutanci dzielą się wtedy na tych co bronią i na tych co atakują. Wyżyny agrumentów to wtedy "skąd te negatywne emocje, dlaczego ich atakujecie, przecież chcą dobrze". Bez obozów trzeba "walczyć" na merytorykę, a to bardzo przerażająca myśl, kiedy się nie ogarnia.
   
Podobno cała ta dyskusja wynika z tego (jak wspomniano w komentarzach), że Lans Macabre czuje się szkalowane. Ja tu widzę bardziej celebrytów poprzedniej epoki, którzy nie zarejestrowali, że już nie są na topie. Nie ma już ludzi z uwielbieniem w oczkach siedzących na widowni - ci pobiegli wzbijając tumany kurzu na panel dyskusyjny z Baniakiem... Lans Macabre to taka Maryla Rodowicz polskiego fandomu RPG...


.

piątek, 15 września 2017

Post-mortem cyberpunkowej piaskownicy...


Tydzień temu zamknąłem moją kampanię cuberpunkowego sandboxa, o której pełen entuzjazmu i nadziei na przyszłość pisałem tutaj. Posługując się zestawem losowych generatorów udało się stworzyć fascynujące miasto o unikalnym charakterze, które miało być tłem dla licznych wydarzeń nadchodzącej długiej kampanii. Przynajmniej tak się łudziłem w swojej naiwności...
 

   
Analizując komentarze otrzymane po zamknięciu kampanii dochodzę do wniosku, że przyczyną niepowodzenia był brak zrozumienia graczy w co gramy. Potwierdziły to moje dyskusje z bardziej doświadczonymi sandboksiarzami na Facebooku. Żeby nie być gołosłownym pozwolę sobie komentarze przytoczyć...
 
Gdyby wszystko nie szło jak flaki z olejem, to może potrwałoby dłużej ; p
   
Argument, który niestety demaskuje brak umiejętności czytania (a także jak się okazuje słuchania) ze zrozumieniem. W ogłoszeniu rekrutacyjnym było napisane jak wół, że planowana kampania ma być dłuższa, bo piaskownica zaczyna dobrze działać dopiero po kilku-kilkunastu sesjach. Dopuszczałem ryzyko, że może iść jak krew z nosa. Ponadto w czasie pierwszego spotkania uprzedzałem graczy, że siłą napędową sandboxa jest automotywacja graczy. Jakość rozgrywki jest wprost proporcjonalna do wykazanej inicjatywy. Niestety gracze woleliby przyjść na gotowe i dołączyć do już rozhulanej gry. Ich zniecierpliwienie sięgnęło zenitu na drugiej sesji, kiedy stwierdzili, że nie muszą się dłużej starać.
   
W pewnym sensie jestem w stanie to zrozumieć. Druga sesja była istnym karnawałem fatalnych rzutów na reakcje NPC. W konsekwencji bohaterowie - gdzie by się nie udali - witani byli postawą "na nie", postać Kwadrata musiała czekać kilka dni na jakieś sensowne informacje i w dodatku okazało się, że wisi komuś kasę... Wszystko to sprawiło że utknęli w martwym punkcie, co mogło być frustrujące - ale zaznaczam po raz kolejny - to był dobry moment żeby wykazać inicjatywę i złapać jakiś nowy wątek.
 
Opisy? Jak wyrzucisz 6 dostaniesz pełny opis, jeśli nie, to trudno - udaje Ci się, albo się nie udaje.
   
Ciężko przygotować rozbudowany opis historycznego budynku o spękanej kamiennej elewacji pokrytej mchem dokonującym swego roślinnego żywota w agonii skażonego spalinami miejskiego powietrza w sytuacji kiedy całość fabuły sesji generowana jest w locie w ramach improwizacji i interpretacji losowych wyników w tabelach.
 
Reszta to specyfika systemu, który rzuty skrajne opatrza "nie dość że się udało/nie udało to dodatkowo..." Wydaje mi się że wszelkie "tak, ale", "nie i w dodatku" opatrzyłem stosownymi opisami. Być może ktoś preferowałby piętnastominutowy opis tego, jak udało mu się otworzyć niezamknięte drzwi do własnego kibla, ale to nie mój styl. Parafrazując Stavenlofta - "nie ma sensu odgrywać kupowania toporka +1"...
 
Efekty dźwiękowe? Brak. Nie mówię tu o czymś nadzwyczajnym, zwykłe "Mass Effect soundtrack" mogłoby lecieć chociaż w tle jak przemierzamy świat.
 
Podobnie jak z opisami (patrz wyżej) ciężko jest dostosować ścieżkę dźwiękową do sesji, na której może zdarzyć się dosłownie wszystko i przed spotkaniem nie mam prawa wiedzieć co. Za wyjątkowo znamienne dla tej uwagi uważam fakt, że gracz sam wiedział czego chce posłuchać - dlaczego zatem sam sobie nie puścił jeżeli miałoby mu to pomóc immersji?
 
Do tego najważniejszy mankament - zamiast złączyć grupę starałeś się prowadzić oddzielną sesję dla jednego lub dwóch graczy, przez co inni musieli czekać na swoją kolej historii. To strasznie psuje dynamikę oraz po prostu nudzi innych graczy, gdy nie uczestniczą w pół godzinie sesji czekając aż fabuła pchnie się do przodu.
 
A dlaczego miałbym się starać łączyć grupę? Moja wizja tej kampanii mocno opierała się na staroszkolnych fundamentach. Oczywiście - nie było dziczy i lochów, z których można by wynosić tony złota - ale gracze sami mieli sobie organizować fuchy. Każda robota dawała punkt na rozwinięcie umiejętności i potencjalnie garść kredytów.
 
Na początku gry wyraźnie podkreślałem, żeby stworzyć drużynę, która będzie miała określoną tożsamość i motywację. Oddałem graczom inicjatywę w określeniu co łączy ich postaci. Chciałem uniknąć sztywnych scen w karczmie w stylu "podobno szukacie deckera" i pretekstowych wymówek spajających drużynę słabiej niż ślina. To gracze chcieli opowiedzieć historię genezy ich ekipy, przy czym każdy znalazł jakiś szczegół w historii postaci, który łączył go z pozostałymi bohaterami. Każdy, poza autorem powyższego komentarza. Stworzył on samotnika, wyrzutka mafii, pasującego do reszty jak pięść do nosa. Czyli klasyczny przypadek "moja postać jest samotnikiem, teraz MG gimnastykuj się próbując wyjaśnić dlaczego chce się trzymać z drużyną..."
   
Na koniec najważniejsze - zaznaczałem przed grą, że nie ma scenariusza, że będę bezstronnym arbitrem, że MG nie sprawuje to kurateli nad fabułą. Jedyne co mogłem robić, to pilnować upływu czasu i starać się, by dla każdej oddzielonej postaci upływał on jednakowo. Tak też robiłem. Ale jak widać - nie wszystkim to wystarczało. Miałem poprzez okoliczności lub deus ex machina zmusić graczy by trzymali się razem. Ktoś stęsknił się za railroadem chyba...
   
Chciałem podkreślić jedną rzecz, która mogła umknąć nawet uważnym czytelnikom te kilka akapitów wyżej. Rozmijanie się oczekiwań graczy i wizji MG i brak zrozumienia konwencji były przyczyną niepowodzenia kampanii, ale nie były bezpośrednim powodem jej zamknięcia. Powodem zamknięcia był fakt, że mam do siebie jeszcze odrobinę szacunku i kiedy dwa razy pod rząd gracze wystawiają mnie do wiatru bez uprzedzenia, bez podania przyczyny i bez cienia przyzwoitości, by przeprosić za zaistniałą sytuację, to umiera we mnie jakakolwiek chęć kontynuowania tej farsy. Chciałem w ciszy przełknąć urażoną dumę i zamknąć kampanię po angielsku - ot lakonicznym komentarzem w temacie rekrutacyjnym. Ale nie... Co ja sobie myślałem? Zachowanie klasy? W internecie?
   
Nie ukrywajmy, że prezencja graczy była uwarunkowana kiepskim poziomem sesji...
   
Co kolega chciał przez to powiedzieć - sesja była tak słaba, że aż się skrzywił i tak mu już zostało na twarzy z permanentnym uszczerbkiem na urodzie. Ktoś inny, nieco bardziej inteligentny i nie używający trudnych słów, których nie rozumie, mógłby spróbować tłumaczyć poziomem sesji absencję.
   
Ja nie mam problemu z krytyką - zwłaszcza konkretną i konstruktywną - ale oczekuję, że dany gracz będzie miał tyle odwagi cywilnej (zwanej potocznie jajami) żeby z nią do mnie osobiście przyjść - czy to po sesji, czy w prywatnej wiadomości w środku tygodnia między spotkaniami. Trzeba być wykastrowanym grzybem wychowanym w lesie przez bobry, który kultury osobistej i norm społecznych nauczył się od drzew, żeby uważać, że publiczna krytyka sesji, w której zobowiązał się do udziału, jest usprawiedliwieniem postawy "znudziło mi się, to przestanę przychodzić". Po co informować o tym MG? Jeszcze znalazłby sobie gracza na twoje miejsce i broń Sigmarze dobrze bawił się we wtorkowe popołudnia ty mój niezastąpiony, unikalny płateczku śniegu... Ale po co? Przecież ludzie w internecie nie są prawdziwi...
 
Każdy z nas poświęcał czas na początku przygody, jednak nikt z nas nie krzyczy jakim to jesteś złym człowiekiem, że zmarnowałeś nasz czas przeznaczony na tworzenie postaci oraz ich historie kończąc kampanię tak szybko.
   
Szanowni Państwo - wyżej przytoczony komentarz wyszedł spod palców osoby, która zlekceważyła dwukrotnie czterech pozostałych graczy i poświęcony przez nich czas nie racząc poinformować, że nie stawi się na sesji. Wszystkie powyżej przytoczone cytaty pochodzą od gracza, który osiągnął marny wynik pięćdziesięcioprocentowej frekwencji, bardzo oburzonego tym, iż śmiałem zasugerować, że nie liczy się z ludźmi. Jest w piekle specjalne miejsce zarezerwowane dla tak bezczelnego buractwa - tuż obok ludzi, którzy za życia seksualnie bezcześcili ciała martwych płodów zwierząt parzystokopytnych...


.