Czyli ściany tekstu i relatywnie rudymentarna oprawa graficzna... Czyli ostatni kontakt z hobby statkującego się mężczyzny.


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filozofia życia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filozofia życia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 stycznia 2021

Plany na 2021...

 Rok 2021 już na dobre zagościł w naszej świadomości i coraz rzadziej zdarza się komuś pomyłka przy wpisywaniu daty. Minęło też już parę dni od publikowania przez eRPeGowców podsumowań minionego roku i kolejne parę dni od komentowania przez innych eRPeGowców tych podsumowań - zarówno ostro i kąśliwie jak i żartobliwie. Ja komentować nie będę, ani pierwszych, ani drugich wpisów w myśl zasady, że niech sobie każdy żyje i gra jak mu się podoba.

   

Pytanie, które jednak nie daje mi spokoju to: "jak??" Nie w takim sensie, że ktoś zagrał ponad sto sesji w ciągu roku... To akurat takie trudne do wykminienia nie jest, wystarczy policzyć na palcach, że to średnio dwie sesje tygodniowo. Bardziej zastanawia mnie, skąd te osoby wiedzą z taką dokładnością i precyzją w co, kiedy, z kim i ile razy grały. Moje niespotykane talenta dedukcji nakazują mi zgadywać, że pewnie prowadziły jakiś szczegółowy rejestr... ale przez rok? Imponująca samodyscyplina. Albo pamięć. Ja, jeśli się mocno skupię, to jestem w stanie powiedzieć, że w zeszłym roku zagrałem około szesnastu sesji... plus/minus dwadzieścia.

   

W roku 2021 chciałbym spróbować lepiej dokumentować rozegrane sesje. Nie będę w stanie każdej opisać w notce blogowej, ale krótki wpis w organizerze, kilka słów kluczowych powinno mi wystarczyć do ewentualnych refleksji w grudniu. Przy czym raczej nie będę publikował dokładnych zestawień, czy infografik z wykresami, prędzej podzielę się refleksją i zrewiduję czy plany udało się zrealizować.

    

Chciałbym grać bardziej regularnie. Bez zrywów w stylu "sześć sesji jednego dnia, a potem pół roku posuchy". Planuję rozegrać co najmniej 21 sesji w roku 2021. Myślę, że to skromna i realna liczba biorąca pod uwagę, że czasami pojawia się ogólnopojęte życie, które potrafi przekreślić najbardziej konserwatywne plany.

    

Prowadzący fanpage Mistrzowanie po Sznurku rzucił wyzwanie eRPeGowcom w postaci listy dwunastu gier - po jednej na każdy miesiąc - do poprowadzenia w 2021 roku. Nie zakładam, że uda mi się zaliczyć wszystko. W szczególności maj zdaje się być problemem, bo na chwilę obecną zapytanie o grę, którą znam dobrze jako gracz, ale nie jako MG zwraca zbiór pusty. Cóż... Zazwyczaj po prostu prowadzę. Co więcej, jakoś bardziej mi to odpowiada niż granie. Traktuję to bardziej jako dobrą zabawę, która ponadto pomoże mi w realizacji mojego pierwszego mocnego postanowienia - bardziej regularnego grania.

   

 

Pozycja na styczeń wyżej wymienionego wyzwania to "gra, która mieści się na jednej stronie". Z przyjemnością melduję wykonanie zadania! Korzystając z kilku wolnych dni na początku stycznia, zorganizowałem na szybko spontaniczne spotkanie. Mimo tego, że godziny, w jakich preferuję prowadzić, są dla niektórych ciężkie do przełknięcia (zazwyczaj godziny poranne i to nie "zwlokłem się z łóżka, to zagram" tylko bardziej "ło matko, jeszcze ciemno!") to udało mi się zebrać drużynę. 

  

   

Zagraliśmy w Mecha Myszy, grę dostępną po polsku na DriveThru RPG (kilka lat temu przyczyniłem się do tłumaczenia, o czym zresztą można było przeczytać na tym blogu). Gra - zgodnie z treścią wyzwania - mieści się oczywiście na jednej stronie A4 i to w formie zgrabnego PocketModa - po wydrukowaniu i rozcięciu w strategicznym miejscu można złożyć kartkę w kieszonkową książeczkę. Fabuła to coś jak Mysia Straż, gdyby myszy należały do Bractwa Stali z Fallouta. Członkowie Mecha Korpusu zakładają zbroje wspomagane by chronić mysią społeczność przed zagrożeniami z zewnątrz. 

  

Szybki rzut oka na generator zadań i przedmiotem sesji było ratowanie myszy ze stałego lądu przed klęską żywiołową - we wpływającym do Trzcinowej Zatoki potoku podniósł się poziom wód, zalewając okoliczne norki i narażając bezbronne "dzikie" myszy na ataki drapieżników. Coś, co z naszego (ludzkiego) punktu widzenia jest niemal niezauważalne - ot, woda zaczęła sięgać do kostek - było w skali mikro dramatyczną walką z nieubłaganym żywiołem. Sesja rozpoczęła się od odprawy, następnie myszy założyły pancerze i udały się do portu. W czasie gdy członkowie innego oddziału - Długoogoniasty i Bezcenna - siłowali się ze szczupakiem (subtelne puszczenie oka do Rudiego sprzed lat), Sierżant Bąk, Tymianeusz i Cierniołamacz wypożyczyli kuter poławiacza wodorostów. Bezproblemowo dobili do brzegu, gdzie po drobnych perypetiach udało im się znaleźć zalaną norę mysiej rodziny, a po dalszych poszukiwaniach - odnaleźć tę grupkę w wysokiej trawie, akurat chwilę po ataku lisa. Niestety nie wszyscy bohaterowie niezależni przeżyli. W trakcie dramatycznej walki Cierniłamacz został pochwycony przez drapieżnika - tkwiąc w jego pysku nic sobie nie robił z niebezpieczeństwa, krzycząc na całe gardło niczym Drax ze "Strażników Galaktyki" - "hahahaha, teraz mam do ciebie bliżej, rudy skubańcu!!!". Tymianeusz poświęcił linkę swojej wyciągarki związując tylne nogi lisa. Po kilku rundach walki rudzielec z przerażeniem i zaskoczeniem odkrył że te dziwne, pobłyskujące w słońcu, blaszane myszy stawiają mu opór i podkulając ogon dokonał taktycznego odwrotu. Jedną gonitwę i krótkie starcie z drapieżnym ptakiem później bohaterowie wraz z ocaloną rodziną wrócili na łódź. Niestety w połowie drogi złapał ich sztorm. Jedno z młodych wypadło za burtę, a Cierniołamacz bohatersko rzucił się za nim w wodę - i to mając świadomość, że jego zapasy tlenu są na wyczerpaniu! Pod koniec sesji Sierżant Bąk stwierdził, że jest "za stary na tę robotę", zdał pancerz i postanowił resztę dni swej służby w Korpusie spędzić jako technik w hangarze.

   

Wydaje mi się, że sesja była całkiem udana, choć nie obyło się bez problemów technicznych. Roll20 nie chciał współpracować i z jakiegoś powodu gracze nie mogli przesuwać własnych tokenów. Jestem dość zadowolony ze stołu jaki przygotowałem (pod względem estetycznym jak i funkcjonalnym). Ponieważ mechanika Mecha Myszy jest bezkostkowa, schowałem boczny panel i zamiast tego skoncentrowałem się na przesuwaniu "kręgu sukcesów i porażek" oraz powoływaniu się na troski (przekonania/motywacje) bohaterów. Mechanika tej gry, choć banalnie prosta, zaskoczyła mnie po raz kolejny. Wydawałoby się, że oczywistym wyborem jest zawsze przeskoczenie pola porażki. Wcześniej zdarzyło mi się, że gracz wolał natomiast przeskoczyć konsekwencje (trochę w myśl zasady, że nieważne czy jemu samemu się uda, ale nie chce narażać cywili i osób postronnych na oberwanie rykoszetem). Teraz miałem do czynienia z zupełnie innym doświadczeniem - gracze rzadko aktywowali swoje troski, czasami wręcz argumentując, że ich motywacje nie uzasadniają obrony przed porażką i że niepowodzenie jest zgodne z charakterem odgrywanych postaci.

  

Rok 2021 będzie też dla mnie czasem ostatecznego odsuwania się od fandomu. Dorosłem do tego, by stanąć w szczerości przed samym sobą i przyznać w końcu, że to nie miejsce dla mnie. I jak w kiczowym, romansidłowym frazesie przyznaję, że "problem jest we mnie, nie w tobie", przyznaję że się do niego nie nadaję. Kolejne wpisy Sejiego próbującego zdefiniować czym ów ulotny i niedookreślony "fandom" jest, sprawiały, że czułem się coraz bardziej z niego wykluczony. I nawet mimo licznych wad charakteru, nie jestem aż tak arogancki, żeby się kłócić o definicję z kimś, kto ten fandom od lat budował. Mimo powierzchownej i pozornej troski o "inkluzywność" i "triggery" nigdy nie czułem się w fandomie w pełni bezpieczny, bo zdarzało się, że w przypadku różnicy poglądów na tematy organizacyjno-RPGowe odpowiedzią był argument "ad personam" i wyciąganie brudów z życia prywatnego. A wydawało mi się, że po to mamy te wszystkie pseudonimy, loginy i nicki, by zachować choć pozorną separację życia hobbystycznego od osobistego. Nie potrzebuję angażować w moje problemy życiowe ludzi zaangażowanych w mój eskapizm. 

   

W środowisku jest cała masa świetnych ludzi robiących super robotę przyczyniającą się do rozwoju naszego wspólnego hobby. Ale to nie dla mnie. Koszt jest za duży w stosunku do ewentualnych korzyści. Na stare lata wzrasta we mnie cynizm i rozgoryczenie i z żalem przyznam, że nie mam już cierpliwości do coraz bardziej prominentnych postaw pretensjonalno-roszczeniowych. A przecież styczność ze środowiskiem nie jest potrzebna do grania w RPG. Są ludzie, którzy uprawiają to hobby i nawet nie wiedzą, że istnieje gdzieś jakiś świat trendów, dram i "znanych nazwisk" - chociażby mój obecny MG w kampanii "Dragon of Icespire Peak". Mam jeszcze zobowiązania i jakieś ciągnące się wspólne projekty, więc odejście to nie jest coś, co mogę zrobić z dnia na dzień. To bardziej proces, w trakcie którego będę próbował się wywiązać z wszystkich obietnic.

  

Poza tym mam też na tapecie kilka osobistych projektów RPGowych, które chciałbym dokończyć. Czy starczy mi samozaparcia? Sam nie wiem. Oby 2021 był lepszy niż ten poprzedni.

wtorek, 5 lipca 2016

Ja, Mistrz Gry...

Dla kontekstu wypadałoby przytoczyć tekst Angry DM (Gniewnego Mistrza Podziemi?) zawierający jego Credo. Tekst ten zachęca Mistrzów Gry do skonstruowania własnego systemu wartości opisującego ich styl, ambicje, relacje z graczami, stosunek do gry i zasad. Przy czym nie po to by dawać graczom cyrograf z regulaminem przed każdą sesją - Credo ma być tylko i wyłącznie dla MG, ma mu służyć do jasnego określenia celów, oceny sesji i samodoskonalenia. Credo ma jasno określać priorytety, a szybki rzut oka przed sesją czy spotkaniem organizacyjnym pozwala ustalić z graczami wspólny język.
   
Pierwszy punkt Credo Angry DM brzmi "Jestem Mistrzem Podziemi". Dalej autor pisze, że to konkretne "przykazanie" ma dla niego szczególne i osobiste znaczenie. Nie ważne jaką grę prowadzi, nie ważne jak ta gra nazywa osobę prowadzącą i miotającą kostkami zza ekranu, nie ważne jak zwracają się do niego gracze - on jest Mistrzem Podziemi. Przypomina mi to pewien odcinek Batmana, w którym podstarzały Bruce tłumaczył Terry'emy jak nazywa siebie w myślach...
   
Dało mi to do myślenia i sam zacząłem się zastanawiać nad swoją tożsamością przy stole. Ku swojemu zaskoczeniu stwierdziłem, że nie jestem ani Mistrzem Podziemi, ani Bajarzem (mimo, że mój pierwszy własny podręcznik do RPG to właśnie "Wiedźmin: Gra Wyobraźni"), ani Narratorem, ani Mistrzem Ceremonii (co byłoby raczej problematyczne mając na względzie, że jeszcze nie miałem okazji prowadzić AW), ani Sędzią, ani Strażnikiem Tajemnic, ani Krupierem, ani Reżyserem, ani - o zgrozo - Mistrzem Gry!
   
Zadając sobie pytanie o "sens życia, wszechświat i wszystko inne" doszedłem w końcu do wniosku, że jestem Animatorem. Patrząc na swoje działania i postawę zauważam, jak drobne elementy składają się na całość mojej roli. Tyle samo satysfakcji daje mi zarządzanie grupą na Facebooku, co przeprowadzenie udanej sesji. Z równym zaangażowaniem udzielam rad czy to technicznych w stylu "w co klikać na roll20.net by poprowadzić sesję on-line", czy to dotyczących grywalności w stylu "Rudie, przejrzyj ten scenariusz, który chcę poprowadzić". Pomagam ludziom połączyć się w drużyny, kontaktując ze sobą graczy. Mobilizuję do działania i zachęcam do podnoszenia standardów, kiedy natrafię na jakąś raczkującą inicjatywę RPG-ową. Staram się, by moja krytyka była konstruktywna. Zachęcanie ludzi, by sięgali po nowe tytuły, poszerzali horyzonty czy wykorzystywali swój potencjał zdaje się być dla mnie ważniejsze niż sama gra... Ale przede wszystkim momentem który wskazał mi odpowiedź na to ważne pytanie była sytuacja w trakcie niedawno zakończonej kampanii.
   
To nie umiejętności operowania głosem, świetna znajomość zasad, autorytet przy stole, postarzany papier z narysowaną mapą, pomysłowe handouty, czy scenariusz godny ekranizacji pozwoliły zakończyć kampanię. Kiedy gracze się pożarli i jeden z nich opuścił sesję "z trzaskiem drzwi" sytuację dało się załagodzić jedynie poprzez komunikację i wzajemne zrozumienie. Wziąłem każdego na bok, zamieniłem kilka szczerych słów, poprosiłem o dystans i cierpliwość. Dojrzałość fochających graczy zostawiam bez komentarza, bo nikt na sesji nie lubi się czuć jakby karciła go przedszkolanka.
   
W tym momencie mogą pojawić się głosy cynizmu "no fajnie, przylepiłeś sobie etykietkę, wsadziłeś się do szufladki, nadałeś sobie nazwę gatunkową - jesteś z siebie dumny?". Tu nie o szufladkowanie się rozchodzi. Nie chodzi też o to, że "przecież każdy MG pogadałby w takiej sytuacji z graczami, o co chodzi?". Wnioski do których doszedłem wskazują kierunek przyszłych działań, pokazują mi na czym się skupiać, gdzie powinny leżeć moje priorytety, bym czerpał maksymalną satysfakcję z hobby.
   
Mówią mi KIM naprawdę jestem.

A Ty? KIM jesteś MG?



.

sobota, 5 września 2015

Pozwólcie umrzeć geniuszowi...

W zeszłym tygodniu przeczytałem artykuł o krzykliwym, przewrotnym i przyciągającym wzrok tytule "Tolkien znów publikuje". Coś tu nie gra. Dla niezorientowanych szybkie przypomnienie - autor "Władcy Pierścieni", prekursor fantastyki baśniowej, profesor Oxfordu, brytyjski znawca literatury i mitologii zmarł 2 września 1973 roku... Jakim cudem może zatem publikować?

Wydana niedawno "The story of Kullervo" jest najmroczniejszym dziełem w dorobku pisarza. Powieść została zainspirowana fińskim poematem "Kalevala" i opowiada o losach chłopca trafiającego do niewoli czarnoksiężnika - mordercy rodziców bohatera. Jest to opowieść o żądzy zemsty i kazirodczym związku. Kullervo, niczym mitologiczny Edyp, w wyniku niefortunnego zbiegu okoliczności zakochuje się we własnej siostrze... Jest to pierwsza powieść pisarza spisana w 1915 roku.

I tu właśnie odczuwam swego rodzaju zgrzyt. Wielokrotnie spotykałem się ze stwierdeniami, że pisarze do wielkości (a czasem zaledwie do "wydawalności") dochodzą latami, że ćwiczą pióro, że pierwszą powieść (lub kilka pierwszych) pisze się do szuflady. Ktoś dobrał się do szuflady Tolkiena i stwierdził, że żerując na jego zdobytej przez lata sławie i znanym nazwisku nieźle zarobi... To, że reputacja pisarza może zostać nadszarpnięta, a fani miast "wszechogarniającego praojca fantastyki" zobaczą w Tolkienie ułomnego, raczkującego w narracji, początkującego pisarza jest już nieistotne. Martwy jest. Nie poskarży się.

Może się mylę... Chciałbym się mylić! Może Tolkien urodził się geniuszem i nigdy nie musiał ćwiczyć warsztatu pisarskiego. Ale z drugiej strony miał całe 58 lat by zanieść książkę do wydawcy. Nie wiadomo, czy tego przypadkiem nie zrobił i pozycja nie została z jakichś powodów odrzucona... A może nigdy tego nie zrobił, ponieważ dzieło nie spełniało jego oczekiwań, nie było ukończone, czy dopieszczone do satysfakcjonującego go standardu.

A'propos dzieł nieukończonych - "Korona Pasterza" Terry'ego Pratchetta zostanie wydana 10 września tego roku. Pisarz nie zdążył jej ukończyć przed śmiercią. Zdaniem jego sekretarza - książka jest kompletna w 90%. Staram się nie zdradzić wydarzeń, ale niedawno w jednym z wywiadów przyjaciel autora Neil Gaiman opisał scenę, którą Pratchett chciał umieścić w książce, ale nie zdążył: Śmierć przychodzi po jedną z ważniejszych postaci cyklu kiedy ta mówi "Odchodzę teraz, ale na własnych warunkach". Powieści Pratchetta cechuje subtelna satyra współczesności zawoalowanej w fantastyczną otoczkę fikcyjnej baśniowej rzeczywistości. Także i te słowa miały być ważną i bliską autorowi alegorią - ten bowiem cierpiąc od siedmiu lat na rzadką odmianę Alzheimera walczył o prawo do eutanazji.

Gaiman zdradził także, że jego przyjaciel chciał by cała nieukończona twórczość i komputery zostały rozjechane walcem na środku ulicy. Nie dość zatem, że wydano dzieło niekompletne, którego autor nie zdążył dopiąć na ostatni guzik, pozbawione najjaśniejszej iskry i ostatniej riposty autora to jeszcze pogwałcono jego ostatnią wolę. Martwy jest. Nie poskarży się. Ktoś zarobi.

Z lękiem czekam na dzień, w którym gruchnie wieść, że w czasie renowacji piwnicy kamienicy, w której onegdaj mieściła się ulubiona kawiarnia Edgara Allana Poe, odnaleziono brudną od kawy serwetkę zapisaną drobnym zawijastym pismem. Od razu znajdzie się wydawnictwo, które będzie chciało to wydać, od razu znajdą się ludzie wyciągający rękę po należny im spadek, czy znaleźne, od razu pojawią się artykuły o krzykliwym tytule "Edgar Allan Poe znów publikuje"... A na półce w księgarni pojawi się broszurka, gdzie w miejsce nazwiska autora zostanie wpisane: "Prawdopodobnie Edgar Allan Poe" a w miejsce tytułu "Częściowo odszyfrowane zapiski z brudnej serwetki znalezionej w zatęchłej piwnicy"...

sobota, 18 lipca 2015

HabitRPG...

Prokrastynacja. Plaga XXI wieku... Jeszcze tylko jedna strona demotów, poczytam sobie tylko jednego tvtrope'a więcej, obejrzę filmik ulubionego youtubera.... I nagle robi się trzecia w nocy, a następnego dnia na szóstą do roboty. Nic się nie zrobiło, nic nie udało się osiągnąć, nic zmienić w swoim szarym, miernym życiu.

Mam problem z zarządzaniem czasem. Mam dziesiątki niedokończonych projektów, stos literatury fachowej do przeczytania, notatki do egzaminów zawodowych do wykucia na blachę. Hobbystycznie nie jest lepiej - tabelki do planowanego sandboxa same się nie napiszą, mam do wydrukowania kilka darmowych podręczników do RPG, kilka ilustracji na okładki fanowskich RPGów czeka na wyjście z limbo concept-artów... Leżą, kurzą się, mija półtora roku...

Jakiś czas temu na facebookowej grupie "Panie i Panowie, zagrajmy w RPG" ktoś wrzucił informację o HabitRPG. To dosyć prosta witryna internetowa utrzymana w pixel-artowej stylistyce oparta na genialnym pomyśle. Tworzysz bohatera, który zdobywa doświadczenie i złoto, co pozwala mu na wykupienie lepszego sprzętu i wejście na wyższe poziomy. Co w tym takiego oryginalnego? Otóż doświadczenie zdobywa się nie za fikcyjne osiągnięcia, durne questy w stylu "przynieś mi 100 kawałków sera polując przez bite siedem godzin na szczury w jaskini pod miastem" jak to zazwyczaj bywa w co drugim MMO, lecz za realne cele, które stawia sobie w życiu gracz.

Wyniosłeś śmieci, pozmywałeś naczynia, przeczytałeś 10 stron mądrej książki i do tego jeszcze znalazłeś czas na to by napisać coś na blogu? Właśnie wbiłeś poziom i znalazłeś jajo lisa, który będzie Twoim chowańcem... Wiem, że lisy nie wykluwają się z jaj... Just deal with it.

Jak to działa? Mamy trzy kategorie aktywności:

  • Nawyki - mogą być pozytywne jak i negatywne i nie ma ograniczenia co do tego ile razy dziennie można je kliknąć. Zapominasz gasić światło w łazience? Za każdym razem kiedy zostawisz zapalone klikasz minus, za każdym razem kiedy podejmiesz świadomy wysiłek, żeby je wyłączyć klikasz plus. Plus dodaje doświadczenie i złoto, minus odejmuje punkty życia. Rzucasz palenie? Zapominasz zamykać drzwi? Jesz za dużo fastfoodów? Ta kategoria pomaga wyrobić sobie stałe odruchy i przyzwyczajenia poprawiające ogólną jakość życia.
  • Codzienne - coś co musisz zrobić przynajmniej raz dziennie (lub w regularnych odstępach czasu, w opcjach można ustalić jakich dni tygodnia dane zadanie dotyczy) Załóżmy, że postanawiasz we wtorki i czwartki chodzić na basen, w piątki przygotowywać scenariusz do weekendowej sesji, a w niedzielę uczyć się obcego języka przerabiając conajmniej 50 nowych słówek. Tutaj już nie ma plusów i minusów - albo coś zrobisz, albo nie. Jak zrobisz - zyskujesz punkty doświadczenia i złoto, a zadanie znika do końca dnia. Jak nie zrobisz - z wybiciem północy automatycznie bohater traci punkty życia. Służy osiąganiu długofalowych celów poprzez regularną samodyscyplinę.
  • Do zrobienia - no tutaj nie trzeba chyba tłumaczyć. Wszelkiego rodzaju listy zakupów i rzeczy o których trzeba pamiętać. Nie traci się życia, a im więcej czasu zajmuje wykonanie danego zadania tym więcej złota i doświadczenia otrzymuje bohater. Klikasz raz, zadanie znika - w końcu jak coś jest do zrobienia i zostało zrobione, to już nie jest do zrobienia. Chyba logiczne? Służy... temu żeby takie nierozgarnięte sklerotyki jak ja pamiętały o różnych drobiazgach...
 
HabitRPG założyłem sobie ponad tydzień temu i już widzę poprawę w swojej samodyscyplinie. Zacząłem przygotowywać się regularnie do wspomnianych egzaminów, stos literatury fachowej do przeczytania kurczy się codziennie o conajmniej kilka stron. Zacząłem ćwiczyć i zdrowiej się odżywiać (choć przyznam się szczerze kilka razy musiałem kliknąć w minus za niezdrowe odżywianie)... Pamiętałem żeby zapłacić rachunek, wypoziomować pralkę, zrobić zakupy. Wszystko to w przeświadczeniu, że oto moje życie jest grą. I choć póki co mój bohater wygląda jak leszcz, to jestem zadowolony z tego jak panuję nad swoją prokrastynacją...
 

 
...do momentu w którym odkryłem system Gildii i Wyzwań i spędziłem resztę wieczoru siedząc na HabitRPG szukając ciekawych wyzwań, które mógłbym podjąć (skończyło się na codziennym braniu zimnego prysznica)
 
W chwili obecnej szukam chętnych do stworzenia drużyny co pozwoli na wzięcie udziału w części fabularnej gry. Oczywiście powodzenie w walce z potworami będzie zależeć w dużej mierze od aktywności w życiu. Jeśli zatem od dawna chcesz nauczyć się języka obcego, nie możesz znaleźć czasu na opanowanie jakiegoś programu, czy rozważasz wygospodarowanie czasu na hobby, to daj mi znać...


.