Czyli ściany tekstu i relatywnie rudymentarna oprawa graficzna... Czyli ostatni kontakt z hobby statkującego się mężczyzny.


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bagna Pięciu Katedr. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bagna Pięciu Katedr. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 lipca 2015

Na co komu ta pogoda?

Od jakiegoś czasu przygotowuję się do poprowadzenia sandboxa. Tym razem jeszcze bardziej w stylu lat siedemdziesiątych, czyli - po swojemu. Nie dam sobie wmówić, że tak się nie gra w oldschool, bo w tedy każdy miał swoją własną szkołę. Guidelines not rules! Będę improwizował, hause-rule'ował i sam układał sobie tabelki...

Ach... Tabelki. Kiedy pierwszy raz prowadziłem piaskownicę w wydaniu Darcane ("Bagna Pięciu Katedr") na Swords and Wizardry Whitebox PL trzymałem się modułu co do litery - stosując każdy rzut i każdą tabelkę. Przygotowałem sobie nawet odpowiedni szablon, gdzie zaznaczałem czy bohaterowie jedli, pili i spali danego dnia.

Zaznaczałem też pogodę. Losowałem te k6+x dni do kolejnej zmiany, wyznaczałem sobie w tym szablonie kiedy pogoda się zmieni i na jaką. Tylko po co? Mechanicznie to, czy padał śnieg, lał deszcz, świeciło słońce czy nastąpiła anomalia pogodowa, nie miało żadnego znaczenia. Nie dawało żadnych minusów, żadnych plusów. Może gdyby jechali krytym wozem mógłbym narzucić modyfikator za grząski teren i tonięcie kół w błocie. Z tym, że nigdzie takich modyfikatorów nie było, a tabelka zasięgu ruchu w zależności od terenu nie uwzględniała warunków pogodowych.
 
Pogoda była dla mnie niewygodna. Zmarnowanie tych kilkunastu sekund na wybranie odpowiedniej kostki, rzut i skonsultowanie się z tabelką spowalniało grę i nijak nie przyczyniało się do poprawy doznań. Niezręcznie wplatałem w opis "eee... i słuchajcie właśnie zaczął padać deszcz..." albo "eee... i pogoda zmienia się na... a właściwie nie, nie zmienia się."

Dlatego układając tabele "po swojemu" zrezygnuję całkowicie z pogody. Zazwyczaj będzie świecić słońce, a jak ktoś będzie się za bardzo dopytywał o pogodę to spadnie deszcz. Bo tak.

sobota, 22 listopada 2014

Sandbox - Swords&Wizardry i Bagna Pięciu Katedr #4

Post oryginalnie ukazał się na blogu Metalowe RPG 13 czerwca 2014. Sesje, o których mowa, odbywały się w lokalu dla graczy Hex na ulicy Dwernieckiego w Krakowie.

Ta notka będzie przygnębiająco krótka.
Mściwoj i Zbrozło mimo faktu iż każdy z nich miał po 1hp (jeden z urodzenia, drugi z wyboru) dotarli do wioski. Po drodze mijali majestatycznie pasące się pod lasem stada łosi, które nauczeni doświadczeniem obchodzili szerokim łukiem.

W wiosce nastąpiło chaotyczne uzupełnianie zapasów, targowanie się o zapłatę za różne artefakty ściągnięte z bagien wracanie do sił i próby przyłączenia do drużyny nowej postaci nowego gracza, które (oczywiście) wyszły sztucznie. Natomiast w drużynie pojawił się pierwszy magic-user. Był miejscowy, ale nikt go nie kojarzył, bo "mało wychodził z domu".

Kiedy drużyna odpoczęła te kilka dni kurując ciało i nerwy po traumatycznym spotkaniu z łosiem (jedząc zupę i grabiąc doszczętnie domostwo Dobrawy) po czym wyruszyli znowu na północ. Po drodze spotkali grupę poszukiwaczy katedr. I tu ciekawostka: tabelki spotkań losowych nakazują rzucić 2k6, a im więcej kości się rzuca tym bardziej rozkład wyników zbliża się do krzywej Gaussa (rozkład normalny), a zatem wyniki średnie (6,7,8) wypadają częściej niż wyniki skrajne (2, 12). W tabelce bagienny kraken wypadał dość często, co wynika z tego, że przypisano mu wartość 5 (nieco ponad 11% szansy). Żeby uniknąć kuriozalnych sytuacji że spotyka się go kilkanaście razy na sesję i drużyna cały czas ucieka postanowiłem dorobić dodatkową tabelkę "spotkania związane z krakenem" - gdzie szansa spotkania samego niesławnego mackowego potwora byłaby 1/6 zaś resztę wypełniałyby rzeczy takie jak grupa ludzi, która została przez niego zaatakowana, ślady jego bytności, ślady leża, zrzucone skóry (chitynowe pancerze?). Grupa którą spotkali gracze była właśnie taką poszkodowaną (zły dotyk macki boli przez całe życie?) przez krakena bandą poszukiwaczy katedr i kilku jaszczurzych niewolników (wioska mężczyzn - ile i kogo jest rzucałem z odpowiedniej tabelki pod tytułem "kto i ile"). BG postanowili wynegocjować wolność dla jaszczurek. Szczerze mówiąc, liczyłem że zabiorą ich ze sobą biorąc pod uwagę oldschool'ową potrzebę pomagierów i minionów, ale puścili ich wolno.

Pogoda była tak fatalna, że mimo, że byli na terenie który teoretycznie mieli naniesiony na mapę stwierdziłem "A co mi tam! Rzucę sobie na zgubienie się!" No i się zgubili. Odkryli przy tym cztery heksy nad tymi które już mieli naniesione, ale kiedy się odnaleźli nie przyszło im do głowy, żeby je opisać, więc i ja nie aktualizuję mapy.

Ostatecznie zawędrowali na cmentarz gdzie spotkali kilka wampirów (wampiry? w dzień?) i otworzyli kryptę, którą wcześniej bezskutecznie próbowała otworzyć Dobrawa. Wyważali, siłowali się, podważali włócznią i rzucali na siłę. Stopień trudności był 18 i nie udawało im się tego zdać przez kilka rund. W końcu się poddałem i powiedziałem wprost: "Słuchajcie! To jest oldschool. Przez to, że te zasady są takie skromne gra opiera się głównie na pomysłowości graczy. Możemy rzucać na siłę do usranej śmierci ale może zamiast tego pomyślicie i zrobicie to sposobem?" Po krótkiej dyskusji wzięli jakiś nagrobek czy płytę z innego grobu i wyważyli nim wejście niczym taranem krusząc kamienne wrota w drobny mak.

Zeszli po schodach w dół a ja wyciągnąłem mapkę z One Page Dungeon (taki konkurs na podziemia rozrysowane na jednej stronie, obadajcie to w necie). W pierwszym pomieszczeniu padł magic-user po tym jak włożył rękę w gniazdo jadowitych węży (save-or-die, rzut obronny przeciw śmierci). Dalej drużyna natrafiła na pomieszczenie z błękitną wodą i buchającym płomieniami korytarzem. Zorientowali się, że należy się wykąpać w tej wodzie by przejść bezpiecznie przez płomienie (zauważyli, że woda nie paruje w płomieniach).

W pomieszczeniu na końcu korytarza natrafili na Zmorę (Wight). Przez trzy rundy nikt nie zadał nikomu obrażeń (kiepskie rzuty). W czwartej Gniewkowi udało się zadać Zmorze cios, ale broń przeszła na wylot i nie zadał żadnych obrażeń (odporność na broń niemagiczną). Nie dało mu do myślenia, a nawet jeśli dało, to i tak było już za późno, bo bestia wyssała z niego poziom. A że miał tylko jeden, to sam zamienił się w Zmorę. Kojarzycie taki motyw, że pchniesz pierwszy klocek domina cała reszta się przewraca? W następnej turze było właśnie tak. Zmora-Gniewko trafił Mściwoja, Zmora-Mściwoj trafił Zbrozło. Zmora Zbrozło... nie trafił już nikogo.

Mam dla was trzy litery:
T, P i K

sobota, 15 listopada 2014

Sandbox - Swords&Wizardry i Bagna Pięciu Katedr #3

Post oryginalnie ukazał się na blogu Metalowe RPG 4 czerwca 2014. Sesje, o których mowa, odbywały się w lokalu dla graczy Hex na ulicy Dwernieckiego w Krakowie.


Gniew Mściwoja i Mściwy Gniewko

Wspominałem zdaje się wcześniej, iż sandbox jest dla nas odskocznią od regularnej kampanii MiniWar'a na Savage Worlds, a co za tym idzie zazwyczaj odwiedzamy bagna kiedy ktoś nie może się pojawić na sesji. Ostatnio grałem z Mikołajem i Weroniką z powodu nieobecności Sebcia i Przema. Z kolei tym razem to Weronika nie mogła przyjść, stawił się zaś Sebciu i Mikołaj.

Miałem zatem na sesji dwóch graczy, których postaci są co prawda w jednym heksie (09-07) ale jest między nimi różnica dwóch dni... I wtedy właśnie pada pytanie: "to co ja właściwie robiłem przez ostatnie dwa dni?"

"...yyy... zaprzyjaźniłeś się z wikliniarką i przegadaliście cały ten czas, dzięki czemu podłapałeś trochę dialektu aligatorów i rozpoznajesz ich dziwny akcent..." Po czym MG cały dumny z siebie z powodu jakże zgrabnego wybrnięcia z sytuacji wprowadza nowego gracza. Bartosz zasilił szeregi tym samym ratując sesję, bo nie miałem ochoty prowadzić dwóm osobom. Wcielił się w strażnika z ludzkiej osady, który wyruszył na poszukiwanie zaginionej praczki (nie, nie sam, to by było idiotyczne... po prostu resztę jego oddziału zeżarły bagienne węże). Widząc wychodzącego z namiotu człowieka i aligatora uniósł kuszę krzycząc "UCIEKAJ!!!". W tym samym czasie od wschodu przybył Zbrozło powłócząc nogami, z rękami ubrudzonymi ziemią i skórą otartą od kamieni, z których usypał Dobrawie kurhan. Przed wyruszeniem w drogę, należy zebrać drużynę w jednym miejscu i mieć nadzieję, że się nie pozabijają...

Mściwoj zasłonił własną piersią panią aligator próbując wyperswadować agresję Gniewko ("ona jest przyjazna!"). Gniewko potrząsał kuszą ("nie wiesz o czym mówisz, oni od pokoleń porywają naszych ludzi!"). Kapłan wszedł pomiędzy kłócących się próbując ich rozdzielić. Ostatecznie Gniewko powstrzymał się od wymierzania pani aligator dziejowej sprawiedliwości i jej nie zabił, choć wciąż spoglądał podejrzliwie na tych bratających się z wrogiem zdrajców. Wspomniałem, że pani aligator jest nową postacią Weroniki? I wtedy Sebciu zadał drugie niewygodne pytanie wieczoru: "właściwie czemu wyszliśmy z tego namiotu?"

"...yyy... skończyły się ryby."

Gdy napięcie opadło Zbrozło opowiedział co stało się z Dobrawą. Mściwoj, który nieco się do niej przywiązał, zapałał gniewem i nie bacząc na to, że słońce schowało się za horyzontem chciał popędzić nocą na cmentarz i wymierzyć sprawiedliwość nieumarłym stworom odpowiedzialnym za jej śmierć. Dostrzegł także (sporny charyzmy), że Zbrozło zataił przed nim kilka szczegółów dotyczących śmierci Dobrawy (konkretnie nie uznał za stosowne wspomnieć, że Dobrawa zginęła, kiedy on poszedł sobie na spacer). Obserwacje te zachował dla siebie.


"Jak to równiny?" czyli tam i z powrotem...

Gniewko poinformował o swoim zadaniu i drużyna przypomniała sobie co właściwie tutaj robi. Zdecydowali się ruszać na północ, lecz kiedy MG opisał równinny krajobraz natychmiast zrobili zwrot w tył o 300stopni. Nie do końca zrozumiałem czemu tak im zależało na powrocie do brodzenia po kolana w błocie. Osobiście winię "Jesienną Gawędę"...

Kiedy słońce chyliło się ku zachodowi, a drużyna dotarła na mokradła, MG opisał gigantyczny menhir z grubymi naroślami zwisającymi niczym wierzbowe witki, który nagle... otworzył oczy wielkości beczkowych denek. Bez zastanowienia wzięli nogi za pas, a że z tabelki reakcji wyszło coś, co można by zinterpretować jako "aż tak mi nie zależy" potwór (kraken bagienny) pozwolił im uciec. W środku nocy ciężko dysząc wrócili na równiny.

"Co z wikliniarką?"
"Skończyła wyplatać i wróciła do wioski..."
"Mówiła kiedy wróci?"
(MG zerka w tabelki i na mapę) "...za sześć dni."
"Zwróciliśmy uwagę w którą stronę poszła?"
"Gdzieś na południowy wschód..."
"Idziemy za nią!"

Z niezrozumiałego dla mnie powodu drużyna postanowiła ruszyć w stronę wioski, gdzie gadzie kapłanki składają krwawe ofiary z ludzi. Żeby było śmieszniej - Mściwoj był tego faktu świadom (jako jedyny z grupy). Brodząc przez bagna znaleźli kamienną tablicę z pismem Mykonitów.

W nocy kapłan prosił Jedynego o ochronę, a Jedyny zesłał mu sen, którego przesłanie było następujące - rozmowa dalej cię zaprowadzi, niż przelew krwi. Ze snu wyrwał go alarm współtowarzysza, który zauważył chodzącego po bagnach aligatora (patrol z męskiej wioski, pojedynczy osobnik, nastawienie neutralno-nieprzychylne). Rozpoczęli negocjacje. Aligator nie był wrogo nastawiony i był świadom przewagi drużyny, więc nie atakował. W czasie negocjacji zdradził, że szuka swoich towarzyszy, od których się oddzielił, a za pęk strzał zdradził informację o położeniu wioski aligatorów kobiet "tych zarozumiałych feministycznych świń" (aligatory mają brutalne i krwiożercze społeczeństwo oparte na matriarchacie, spotkany aligator reprezentował opozycję z innej wioski, która nie zgadzała się na damską dominację). Poużywałem sobie na feministkach odwracając ich własne hasła o uciemiężeniu opresją plemników przeciwko nim i wkładając je w usta aligatora.


"Jak duży jest ten cmentarz?" czyli jesteśmy w lesie...

Na początku sesji przypominałem graczom, że sesja może nie być jakoś bardzo dynamiczna, bo będę zaglądał do podręcznika i szukał zasad, których jeszcze nie opanowałem do końca. Stopniowo wprowadzałem kolejne zasady - w tym zasady eksploracji dziczy z cyklu "ja ten kamień gdzieś już widziałem" czyli o gubieniu się. Gracze szukali wioski, kości zadecydowały, że się zgubili, więc rzuciłem jeszcze raz, żeby określić w którą stronę zboczyli. Zamiast maszerować przez bagna (11-08) znaleźli się w lesie (11-07). Nie zorientowali się (bo wszak nikt nie wiedział na jakich terenach znajduje się wioska aligatorów). Brnęli dalej (kolejny rzut na to w którym kierunku idą naprawdę) by usłyszeć "...kiedy wychodzicie z lasu dostrzegacie jak teren lekko się wznosi, a gdzieś w oddali, na szczycie pagórka, dostrzegacie kamienny mur. Gdy podchodzicie bliżej, dostrzegacie, iż otacza on cmentarz na którym suche drzewa upiornie sterczą wyglądając jak szponiaste dłonie próbujące wyrwać się z ziemi i sięgnąć nieba..."

Co ciekawe - gracze nie wzięli w ogóle pod uwagę tego, że się zgubili. Zamiast tego chwycili za gumkę, żeby wymazać zaznaczoną wioskę aligatorów. Dopiero po chwili Zbrozło zorientował się, że to ten sam cmentarz. Pełen zwątpienia zastanawiał się jak duży jest cmentarz (w domyśle "na ile heksów"). Kiedy w końcu dotarła do nich informacja, że się zgubili Mściwoj wzruszył ramionami i ruszył gniewnie w stronę cmentarza krzycząc: "Widocznie Jedyny chce, byśmy pomścili Dobrawę!"

Ewidentnie nie chciał. Rzut na spotkanie w nocy wskazał na "ciszę i spokój"...

...co nie przeszkodziło im spędzić nocy na drzewie (tak, tym samym...)

Gumka poszła w ruch. Kiedy już się zorientowali gdzie są i skąd przyszli obrali ponownie kierunek na wioskę podłych gadzin... znaczy feministek... znaczy aligatorów-kobiet. Do drodze stali się świadkami opresji jajorodów. Dostrzegli grupę gadzich drwali-niewolników - zakutych, zahipnotyzowanych i smaganych batem przez pilnującą ich kapłankę aligatorów. Postanowili zadziałać. Bełty Gniewka fruwały w powietrzu, a Mściwoj szarżował z włócznią. Po dwóch rundach walki zapytałem Sebcia czy grał w Fallouta.

Grał...

Kazałem mu dopisać sobie do ekwipunku jaszczurkę na patyku...

Ba dum tsss...


Japońska pułapka na poszukiwaczy przygód

Drużyna brnęła przez bagna i kiedy w oddali już zaczęli dostrzegać światła osady aligatorów w błota przed nimi wyłoniła się młócąca wodę macka. Kraken powrócił i tym razem był wku****ny (rzut w tabelce reakcji). Wpierw zaczęli uciekać w stronę wioski, ale wkrótce boleśnie oczywiste okazało się, że miejscowi im nie pomogą (rzut na tabelę reakcji i zatrzaśnięcie bram przed nosem). Lekko pobledli gdy rzuciłem krakenowi na HP-ki... garścią kości... dwa razy... (110 jakby ktoś był ciekawy) Podjęli decyzję żeby się rozdzielić - w grupie i tak zabije ich wszystkich, a tak zginie tylko jedna osoba. Kraken rzucił się za Gniewkiem, ten stwierdził, że jeśli dobiegnie do lasu będzie bezpieczny. Z tym, że tym razem rzut w tabeli reakcji nie był przychylny i kraken miał zamiar go gonić, a miał tempo przekraczające tempo Gniewka o 6. Dodałem do tego 10 i na szybko zaimprowizowałem zasadę rzutu na budowę czy graczowi uda się zbiec. Udało się. Gniewko przeżył, lecz jego towarzysze i tak zaczęli planować pogrzeb przekonani o jego śmierci.

Pierwszy raz w życiu widziałem, jak złamanie zasady "never split the party" (NIGDY nie rozdzielać drużyny) zwiększyło przeżywalność. Kiedy gracze ustalali dalsze plany i szykowali się do nocy ja rzucałem sobie w tabelkach na skarb w leżu krakena. Dziką radość sprawiło mi to, że z rzutów wyszło, że część skarbu zamienia się w cenne przedmioty (YO DAWG, we heard you like to roll so we put an option to role some more in your roll table).

Uparci z nich samobójcy. Nad ranem znowu dobijali się do bram wioski (12-09). Otworzył im aligator który na widok ciepłokrwistych zaczął się z nich śmiać "przyssstawki przyszszszły, ssspójrzcie cssso zsssa ciepłokrisssci" zamiast od razu przystąpić do konsumpcji (NAJWYŻSZY możliwy wynik na tabeli reakcji). Poprosili o widzenie z wikliniarką. Ta, kiedy tylko ich zobaczyła, sssugessstywnie zaznaczyła, że "ich tu nie powinno być".

Udali się zatem na wschód i dotarli do rzeki (13-09). Nie mając możliwości jej przekroczyć ruszyli na północ.


Stary, gdzie moja bryka?

Mściwoj na bagna dotarł w pewien szczególny sposób omówiony wcześniej. Kiedy drużyna (czy właściwie to co z niej zostało czyli Zbrozło i Mściwoj) udała się na północ dostrzegli w oddali wrak łodzi i kręcące się wokół niej sylwetki dwunastu męskich jaszczurów (na początku całej gry określiłem gdzie ta łódź jest rzucając na losową pozycję na mapie, patrol aligatorów wyszedł z tabelki, nastawienie NPC 5/6, czyli pozytywne, ustaliłem że będzie to spotkany wcześniej aligator ekstremista antyfeministyczny, który spotkał swój zagubiony oddział - a co za tym idzie, początkowo unieśli by broń, lecz aligator by ich poznał i uspokoił współtowarzyszy, obyłoby się bez rozlewu krwi, ponadto rzut kostką zdecydował, że aligator wiedział, że BG uwolnili drwali). Do spotkania nigdy nie doszło, bo drużyna postanowiła nie ryzykować.


Łoś zabójca i kapliczka chłepcących obwiesi 

Bohaterowie udali się do lasu, gdzie odnaleźli napotkaną wcześniej kapliczkę Mykonitów. Kapliczka ta miała wyrzeźbione gwiazdy układające się w linię (tabela abstraktów - gwiazdy ustawiające się w porządku, koniunkcja ciał niebieskich) a na samym dole była misa z wodą. Misa ta miała służyć temu, że przy spokojnej tafli wystarczyło w nią spojrzeć i było widać prześwit między drzewami ponad głowami i nocne niebo. Powiedziałem "przy spokojnej tafli" - tafla nie była spokojna bo ci obwiesie rzucili się na wodę i zaczęli ją łapczywie spijać, zamiast zbadać to dzieło antycznej myśli artystyczno-mistycznej. Perły przed wieprze... perły przed wieprze powiadam.

Noc minęła spokojnie. W tabelce wypadła chyba najbardziej sielankowa, niewinna i bezpieczna opcja pod tytułem "leśne zwierzę łoś/zając/sarna". Stwierdziłem że zakończę sesję humorystycznym "budzisz się, otwierasz oczy a tu łoś dyszy ci w twarz jakieś pięć centymetrów od nosa...". Ale nie... Bo gracz stwierdził, że go zadźga i będzie na mięso. Mściwoj niemal nie przeżył walki ze spokojnym, leniwym, nieagresywnym łosiem... (formalnie rzecz biorąc był martwy, ale przypomniało mi się, że wcześniej nie odpisałem mu zregenerowanego 1HP za noc odpoczynku)

Tym samym to niewinne i bogom ducha winne zwierzątko stało się najpoważniejszym spotkaniem (w znaczeniu encounter) całej sesji przebijając ze swoimi 6HP nawet krakena ścigającego BG po bagnach...

Graliśmy około cztery godziny, rozegraliśmy w tym czasie sześć dni. Gniewko udało się powrócić bezpiecznie do ludzkiej osady. Szczególnie podobało mi się odgrywanie przez graczy postaci i fakt, że w tym czasie mogłem przekartkować zasady. Kiedy ja ślęczałem nad podręcznikiem sesja nie zwalniała tempa.

Będę musiał zmodyfikować system przyznawania doświadczenia i wrócić do oryginalnego z dorzuceniem zasad z Arnesona (XP za GP wydane zgodnie ze światopoglądem), bo za wolno się rozwijają. I będziemy musieli wykombinować jakąś miejscówkę, bo Hex się nie sprawdza.

piątek, 7 listopada 2014

Sandbox - Swords&Wizardry i Bagna Pięciu Katedr #2


Post oryginalnie ukazał się na blogu Metalowe RPG 27 maja 2014. Sesje, o których mowa, odbywały się w lokalu dla graczy Hex na ulicy Dwernieckiego w Krakowie.
Po raz kolejny wróciliśmy na bagna, by po kolana brodzić w błocie. Przy okazji była to pierwsza sesja po zmianie systemu z ułomnego Oka Yrrhedesa na Swords&Wizardry. Wad tego drugiego jeszcze nie zacząłem dostrzegać, ale gdzieś pewnie są...

Cała sesja nie była długa - po części z powodu mojego zmęczenia, po części z powodu kiepskiej frekwencji. W świecie gry minęły zaledwie dwa dni. W stosunku do mapy zamieszczonej w poprzednim poście zmieniło się jedynie to, że gracze odkryli stary cmentarz na heksie 10-07.

Cmentarz ten stał się przyczyną ich zguby. Już pierwszej nocy rzut na spotkania losowe sprawił, że kapłana, który próbował pobłogosławić tę ziemię w imię Jedynego za nadgarstek uchwycił szkielet. Chwilę później dołączyło do niego 10 kolejnych. Pierwszy test nad przegonienie nieumarłych zakończył się niepowodzeniem więc BG bez zastanowienia uciekł na drzewo. Tam odprawił rytuał ponownie i szkielety tłumnie otaczające drzewo się rozeszły (po kościach - hue, hue).

Kiedy następnego dnia mieli opuszczać cmentarz dostrzegli błysk złota (tabela abstraktów "wielkie bogactwo, skarb"). Po odbyciu teologicznej dysputy argumentującej prawo kapłana do uczynków hieny cmentarnej (w imię Jedynego, oczywiście) Dobrawa zaczęła się dobierać do zamka, a Zbrozło poszedł szukać kamieni do procy...

Otóż, okazuje się, że podstawowa zasada oldschool'u "never split the party" (nie rozdzielaj drużyny) działa także przy drużynach dwuosobowych. Z powodów upływu czasu i niezdanych testów na otwieranie zamka Dobrawa została rozszarpana przez nieumarłego, który zrobił sobie z jej jelit skakankę. Odpędzanie nieumarłych Zbrozło nastąpiło o turę za późno. Swoją drogą zarówno Dobrawa jak i szkielet mieli po 1hp i potrzebowali zaledwie 10 by trafić. Wysoce niefortunne rzuty kośćmi doprowadziły do śmierci postaci Weroniki.

Kapłan pochował ją na równinach (09-07) usypując jej niewielki kurhanik z kamieni. Tak zakończył się dzień drugi.

sobota, 1 listopada 2014

Sandbox - Oko Yrrhedesa i Bagna Pięciu Katedr #1

Skoro mam już swoje miejsce w sieci postanowiłem przenieść trochę zawartości z miejsc, które gościnnie użyczały mi przestrzeni w ostatnim czasie. Post oryginalnie ukazał się na blogu Metalowe RPG 18 maja 2014. Sesje, o których mowa, odbywały się w lokalu dla graczy Hex na ulicy Dwernieckiego w Krakowie.


Sandbox - Oko Yrrhedesa i Bagna Pięciu Katedr.

 Poniżej zamieszczam podsumowanie pierwszych trzech sesji kampanii w sandboxowym stylu na podstawie modułu autorstwa Darcane (autora bloga "k20"). Dlaczego z uporem maniaka powtarzam pisownię angielską? Nie mam zamiaru spolszczać pisowni angielskiego słowa, które ma swój odpowiednik w naszym ojczystym narzeczu... Z drugiej strony nazwanie kampanii, której akcja dzieje się na wilgotnych, błotnistych bagnach bez choćby jednej łachy piachu "piaskownicą" byłoby przewrotne. Ot, dygresja... Wracam do tematu.

Wszystko zaczęło się od tego, że przybywszy do Miasta Królów Polskich zebrałem drużynę "Ostatnich Sprawiedliwych" (mimo niespecjalnie napełniającego optymizmem jęku niesmaku i zawodu kiedy oznajmiłem na TSie, że jadę do Krakowa). Widzicie, gracze z tego miasta mają fatalną opinię... Zdaje się że jakiś miesiąc temu w czasie rozmowy z jednym z moich graczy padł z jego ust tekst: "...bo w Krakowie gracze są spoko, tylko fandom jest popierdolony..." Ja może skończę tę dygresję nim narobię sobie wrogów...

Wracając do tematu - prowadziłem przygodę/kampanię na Savage Worlds w settingu MiniWar. Drugi już raz zresztą - ten sam pomysł na sesję wykorzystałem grając z MetalHeadem, Futu, Arturem i Wstrząsem na TeamSpeaku. Sesję znajdziecie pod nazwą "Jednostrzałówka #17" na kanale Poliwusa. Ale nie o tym jest ta notka. Ja NAPRAWDĘ muszę wrócić do tematu.

Dwóch graczy nie mogło się stawić na sesji. Jako że od dłuższego czasu intrygowała mnie idea grania w stylu sandboxowym i przymierzałem się do takiej kampanii od półtora roku (raz nawet próbowałem płynnie przejść od scenariusza z podręcznika systemu Sapkowskiego do modułu Darcane'a prowadząc na TS, ale niestety drużyna się rozeszła), postanowiłem wykorzystać ten zbieg okoliczności i fakt, że pozostałych dwóch graczy chciało ("żądało"?) sesji. Wybór padł na Bagna Pięciu Katedr (bo akurat miałem wydrukowane, bo to w miarę prosty kilkustronicowy moduł i bo byłem na prelekcji Darcane'a na Pyrkonie kiedy opowiadał o sandboxach) i system Oko Yrrhedesa (bo prosta mechanika nie ładuje się pod nogi, bo na karcie postaci są 4 staty i używa samych k6).

Gracze rozpoczęli przygodę w Hexie (taka knajpa dla graczy w Krakowie) na heksie (taki tam sześciokąt) 10-11 (kolumna-rząd). Wynikało to z tego, że tak mi się wylosowało. W międzyczasie wyrzuciłem też gdzie wylądowała łódź, którą się rozbili. "Fabuła" częściowo zakładała, że płynęli statkiem który badał możliwości spławne dzikiej i nieznanej rzeki, który rozbił się spadając z wodospadu prosto w jakąś bagnistą kotlinę.

Początkowa pozycja była o tyle szczęśliwa, że było bardzo blisko do ludzkiej wioski (choć w owym czasie jeszcze nie znali jej lokalizacji, mieli dużo szczęścia bo znaleźli ją po pokonaniu zaledwie czterech heksów). Gracze zdecydowali się udać na wschód. Spotkanie losowe w lesie (08-11) zakładało "ruiny, podziemia" - postanowiłem wprowadzić meta-plot modułu i opisać pozostałości po wieży (w rzeczywistości zaledwie czubek czwartej katedry) z gąbczastego kamienia - pamiątce po tajemniczej rasie Mykonitów. Co z kolei zaowocowało tym, że wchodząc do osady nawiązali od razu kontakt z Poszukiwaczem Jeremiaszem - zwierzchnikiem organizacji Poszukiwaczy Katedr. Reszta sesji skupiła się na kursowaniu między lasem (08-11) i osadą (07-13) oraz sprzedaży "gąbczastych kamieni". Brat Jeremiasz zaczął wątpić w szczerość ich intencji. Sesja zakończyła się tryumfem nad wilkami z losowego spotkania w lesie. Walka była pierwszym zwiastunem smutnej prawdy, że mechanika Oka niedomaga.

"Chyba zgubiłem kartę postaci..." Smutne słowa zawisły w powietrzu. Trochę szkoda, bo BG podjął na poprzedniej sesji wysiłek zdobycia kilofa (postanowili dostać się do wnętrza katedry). Spojrzałem na gracza z wyrzutem i odrzekłem po części z mściwości: "to nie macie kilofa... twój BG z dzikim krzykiem pobiegł w noc, rób nową kartę". Tak rozpoczęło się drugie spotkanie. Powitaliśmy w grupie nowego gracza, wcielił się w postać wędrownego kaznodziei, pojawiła się także Dobrawka - dziewczę z wioski prowadzone przez graczkę (poważnie? takie słowo istnieje?). Drużyna udała się w stronę odkrytej Katedry celem odkopania wejścia. W środku znaleźli wrota z zapisami w języku Mykonitów i masą płaskorzeźb. Zagadki otwarcia drzwi jeszcze nie rozwiązali. W gruncie rzeczy wydarzyło się niewiele. Kilka rzutów na początkowe nastawienie NPC sprawiło, że znaleźli sobie dobrych przyjaciół w strażnicy (rzut w tabeli questów i plotek - strażnicy eskortowali załogę do osuszania bagien do "odległego heksa 09-09). Kaznodzieja narobił sobie wrogów zbyt natarczywym krzewieniem swojej religii. Warto zapamiętać, że BG wprowadzony w wyniku "zapomnienia karty" obiecał jednej z kobiet w osadzie zabrać ją na zabawę. Umówiony dzień spędził na kopaniu w błocie łopatą użyczoną przez niewiastę zupełnie zapominając o złożonej obietnicy. Pod koniec wrócili do osady.

Trzecia sesja odbyła się w komplecie. Gracze byli zainteresowani kontynuowaniem sandboxa i stwierdzili, że Rhurgowi sklepać michę mogą kiedy indziej. Znalazła się też zguba, kości i sugestie graczy przy stole zadecydowały - BG powrócił nagi i obłąkany, wyposażony jedynie w kilof. Nalegał by do niego mówić per "Kilof". Nikt nigdy się nie dowie co mu się stało. Mściwoj podzielił się skórami wilków upolowanych na pierwszej sesji (mięso upiekli na ruszcie częstując strażników "kupując" sobie w ten sposób nocleg w strażnicy i kolejnych przyjaciół). Na samym początku zginął też bohater wprowadzony na poprzedniej sesji jako "zamiennik zagubionej karty". Nie dlatego, że "sprzątałem", tylko dlatego, że wystawił Jagnę przed potańcówką. Jej ojciec - Bogumił - zadźgał go zardzewiałą kosą przed karczmą.

Kolejne wydarzenia są ciekawym pokazaniem działania sandboxa w praktyce. Idą do swoich przyjaciół w strażnicy, rzucam na reakcję NPC. Wypada: "ogólnie przyjaźni, pomogą za przysługę". Kilof zaczyna negocjować przekazanie mu jakichś ubrań przez strażników. Nie ma problemu, tylko że będą chcieć czegoś w zamian... Tylko, cholera, czego? Nie miałem pojęcia czego mogliby chcieć strażnicy. Szybki rzut na tabelę plotek - jeszcze nie mogę zdradzić co wypadło, ale zostali poinformowani, że muszą zbadać sprawę porwania praczki w obozie "osuszaczy bagien" (09-09) przez Aligatora. Tym samym wprowadziłem drugi meta-plot modułu - wojnę między ludźmi, a zamieszkującymi bagna humanoidalnymi jaszczurami. Gdy dotarli na miejsce i zaczęli szukać śladów wspomogłem się tabelą abstraktów - wyszło coś o konflikcie między plemionami jaszczuroludzi. Odgłosy bitwy docierały z heksa 09-07.

Na miejscu spotkali wikliniarkę aligatorów (o dziwo nastawienie przyjazne - najwyższy wynik w tabeli nastawienie NPC - Mściwoj rozpoczął rozmowę z jaszczurką w jej tipi) i znaleźli kilka ciał aligatorów z niedawnej bitwy. Przy okazji walka z mięsożernymi płazo-rybami glonojadami pokazała ułomność mechaniki Oka - dwóch na trzech graczy nie rzucało, bo nie było sensu - nawet przy najniższym wyniku na kościach glonojady nie mogły ich zranić. Wyjaśnienie szczegółowe - w Oku każdy atak jest testem spornym, kto wygra ten zadaje cios drugiej osobie. Glonojady miały +4 do walki, moi gracze +14. Przy rzucie dwoma kośćmi sześciściennymi najwyższy możliwy atak Glonojadów to 16 (+4+6+6), kiedy najniższy możliwy dla poszukiwaczy przygód to 16 (+14+1+1). Nie ma przebicia, nie ma obrażeń.

Zdecydowaliśmy zatem zmienić system na Swords&Wizardry zachowując postacie i kontynuując eksplorację modułu.