Czyli ściany tekstu i relatywnie rudymentarna oprawa graficzna... Czyli ostatni kontakt z hobby statkującego się mężczyzny.


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą humor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą humor. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 lipca 2015

HabitRPG...

Prokrastynacja. Plaga XXI wieku... Jeszcze tylko jedna strona demotów, poczytam sobie tylko jednego tvtrope'a więcej, obejrzę filmik ulubionego youtubera.... I nagle robi się trzecia w nocy, a następnego dnia na szóstą do roboty. Nic się nie zrobiło, nic nie udało się osiągnąć, nic zmienić w swoim szarym, miernym życiu.

Mam problem z zarządzaniem czasem. Mam dziesiątki niedokończonych projektów, stos literatury fachowej do przeczytania, notatki do egzaminów zawodowych do wykucia na blachę. Hobbystycznie nie jest lepiej - tabelki do planowanego sandboxa same się nie napiszą, mam do wydrukowania kilka darmowych podręczników do RPG, kilka ilustracji na okładki fanowskich RPGów czeka na wyjście z limbo concept-artów... Leżą, kurzą się, mija półtora roku...

Jakiś czas temu na facebookowej grupie "Panie i Panowie, zagrajmy w RPG" ktoś wrzucił informację o HabitRPG. To dosyć prosta witryna internetowa utrzymana w pixel-artowej stylistyce oparta na genialnym pomyśle. Tworzysz bohatera, który zdobywa doświadczenie i złoto, co pozwala mu na wykupienie lepszego sprzętu i wejście na wyższe poziomy. Co w tym takiego oryginalnego? Otóż doświadczenie zdobywa się nie za fikcyjne osiągnięcia, durne questy w stylu "przynieś mi 100 kawałków sera polując przez bite siedem godzin na szczury w jaskini pod miastem" jak to zazwyczaj bywa w co drugim MMO, lecz za realne cele, które stawia sobie w życiu gracz.

Wyniosłeś śmieci, pozmywałeś naczynia, przeczytałeś 10 stron mądrej książki i do tego jeszcze znalazłeś czas na to by napisać coś na blogu? Właśnie wbiłeś poziom i znalazłeś jajo lisa, który będzie Twoim chowańcem... Wiem, że lisy nie wykluwają się z jaj... Just deal with it.

Jak to działa? Mamy trzy kategorie aktywności:

  • Nawyki - mogą być pozytywne jak i negatywne i nie ma ograniczenia co do tego ile razy dziennie można je kliknąć. Zapominasz gasić światło w łazience? Za każdym razem kiedy zostawisz zapalone klikasz minus, za każdym razem kiedy podejmiesz świadomy wysiłek, żeby je wyłączyć klikasz plus. Plus dodaje doświadczenie i złoto, minus odejmuje punkty życia. Rzucasz palenie? Zapominasz zamykać drzwi? Jesz za dużo fastfoodów? Ta kategoria pomaga wyrobić sobie stałe odruchy i przyzwyczajenia poprawiające ogólną jakość życia.
  • Codzienne - coś co musisz zrobić przynajmniej raz dziennie (lub w regularnych odstępach czasu, w opcjach można ustalić jakich dni tygodnia dane zadanie dotyczy) Załóżmy, że postanawiasz we wtorki i czwartki chodzić na basen, w piątki przygotowywać scenariusz do weekendowej sesji, a w niedzielę uczyć się obcego języka przerabiając conajmniej 50 nowych słówek. Tutaj już nie ma plusów i minusów - albo coś zrobisz, albo nie. Jak zrobisz - zyskujesz punkty doświadczenia i złoto, a zadanie znika do końca dnia. Jak nie zrobisz - z wybiciem północy automatycznie bohater traci punkty życia. Służy osiąganiu długofalowych celów poprzez regularną samodyscyplinę.
  • Do zrobienia - no tutaj nie trzeba chyba tłumaczyć. Wszelkiego rodzaju listy zakupów i rzeczy o których trzeba pamiętać. Nie traci się życia, a im więcej czasu zajmuje wykonanie danego zadania tym więcej złota i doświadczenia otrzymuje bohater. Klikasz raz, zadanie znika - w końcu jak coś jest do zrobienia i zostało zrobione, to już nie jest do zrobienia. Chyba logiczne? Służy... temu żeby takie nierozgarnięte sklerotyki jak ja pamiętały o różnych drobiazgach...
 
HabitRPG założyłem sobie ponad tydzień temu i już widzę poprawę w swojej samodyscyplinie. Zacząłem przygotowywać się regularnie do wspomnianych egzaminów, stos literatury fachowej do przeczytania kurczy się codziennie o conajmniej kilka stron. Zacząłem ćwiczyć i zdrowiej się odżywiać (choć przyznam się szczerze kilka razy musiałem kliknąć w minus za niezdrowe odżywianie)... Pamiętałem żeby zapłacić rachunek, wypoziomować pralkę, zrobić zakupy. Wszystko to w przeświadczeniu, że oto moje życie jest grą. I choć póki co mój bohater wygląda jak leszcz, to jestem zadowolony z tego jak panuję nad swoją prokrastynacją...
 

 
...do momentu w którym odkryłem system Gildii i Wyzwań i spędziłem resztę wieczoru siedząc na HabitRPG szukając ciekawych wyzwań, które mógłbym podjąć (skończyło się na codziennym braniu zimnego prysznica)
 
W chwili obecnej szukam chętnych do stworzenia drużyny co pozwoli na wzięcie udziału w części fabularnej gry. Oczywiście powodzenie w walce z potworami będzie zależeć w dużej mierze od aktywności w życiu. Jeśli zatem od dawna chcesz nauczyć się języka obcego, nie możesz znaleźć czasu na opanowanie jakiegoś programu, czy rozważasz wygospodarowanie czasu na hobby, to daj mi znać...


.

środa, 19 listopada 2014

Bo każdy z nas ma swoje hurr durr...

Ostatnio MetalHead opublikował na swoim blogu tekst dotyczący zjawiska określanego mianem "hurr durr". Czym jest "hurr durr"? Wyjaśnienie MetalHeada sprowadza się w zasadzie do: "nie da się tego zdefiniować, ale kiedy zobaczysz hurr durr, rozpoznasz hurr durr"... Zatem idąc za jego przykładem nie zamierzam próbować wyjaśnić czym jest hurr durr, tylko od razu przejdę do kilku anegdotek. W porządku chronologicznym.

D&D 3ed. Na szlaku BG pojawił się niewielki patrol koboldów. Drużyna przegrała inicjatywę. Idący na przedzie kobold wyciągnął zwój i zaczął inkantować czar kapłański. Drużynowy klecha rozpoznał "mówienie/rozumienie języków" (czy jakkolwiek się to nie nazywało, nie będę teraz biegł po podręcznik na drugi koniec świata). Dowódca oddziału w kwiecistej przemowie poprosił o pomoc bohaterów - otóż jego plemię zostało wygnane ze swych ziem, przez inny - liczebniejszy - szczep koboldzi. Warto nadmienić że byli w tym momencie koło piątego poziomu (kule ognia i takie tam...). Zgodzili się pomóc, wyciągnęli z worków z łupami kilka małych kusz, dokupili broni, w przeciągu jednej nocy rozbili obóz wojskowy z prawdziwego zdarzenia i szkolili plemię do walki w szyku. Gdy koboldy machały kijkami a bohaterowie przyglądali się im z dumą padły następujące deklaracje:
- Biorę na bok najbardziej rozgarniętego z nich i wdrażam w arkana magii.
- Biorę na bok najbardziej czujnego i robię z niego zwiadowcę ucząc go tropienia.
- Znajduję najbardziej oddanego i mówię mu o moim bóstwie - Hextorze, Panu Wojny.
- Chce ktoś zostać barbarzyńcą? - bąknął nieśmiało drużynowy osiłek...

Kilka lat później (dla innej już drużyny) prowadziłem sesję detektywistyczną dla niskopoziomowych postaci w D&D 3ed. Pamiętam, że jeden z graczy (akurat miał dołączyć do drużyny na tej sesji) stworzył postać łowcy/tropiciela, ale nie typowego liściołaza, lecz wyspecjalizowanego do poruszania się po mieście (celował bodajże w jakąś prestiżówkę, nie pamiętam szczegółów) więc powiedziałem, że jest strażnikiem miejskim. Pozostali gracze z innego ramienia zostali zaprzęgnięci do rozwiązania zagadki zabójstwa pewnego znanego maga. Facet leży na podłodze w kałuży krwi, nóż sterczy mu z pleców, wieża zamknięta na klucz od środka. Siedzę cicho, gracze też, pełna koncentracja, zmarszczone brwi, palce nerwowo pocierające podbródki, sporadycznie zadają pytanie dotyczące jakiejś wskazówki, czy opisu - ich postaci prawdopodobnie z podobnymi minami stali nad zwłokami... I wtedy właśnie drużynowy barbarzyńca (który barbarzyńcą grał nie bez przyczyny, wybaczcie że to mówię...) ku zaskoczeniu wszystkich graczy mówi:
- A ja wiem co się stało...
- No co? - rzekli wszyscy chórem
- Czarodziej nie żyje.
Gracze oniemieli, a w panującej ciszy słychać byłoby odgłos trzech skoordynowanych facepalmów, gdyby nie fakt, że ręce opadły im do kostek. Ich spojrzenia mówiły jednak wszystko.
- Tak, ale co było wcześniej? - przerwał w końcu ciszę jeden z graczy mówiąc spokojnie i powoli jak do dziecka...
- Żył.
Tym razem rozległ się odgłos symultanicznego uderzenia ciała kończyn górnych o ciała twarzy... Barbarzyńca brnął jednak dalej:
- Wątpicie w to?

W tej notce oberwie się również MetalHeadowi, który w kampanii Neuroshimy według Quentinowskiego scenariusza "Bez Wytchnienia" wyszedł sam, niczym Ali Baba, przeciwko czterdziestu rozbójnikom, po czym wywalił z obrzyna w podbrzusze ich bossa. Waga jego ciała została podwojona w wyniku ostrego zatrucia ołowiem. Po sesji zapytałem go, dlaczego nie negocjował, przecież facetowi zależało tylko na narkotykach, a miał przy sobie przepis na mieszankę dziesięciokrotnie mocniejszą, niż wszystkie obecne na rynku...
- Nie otworzyło mi się okienko dialogowe... - odpowiedział po prostu.

Sam też robiłem w swojej RPGowej karierze rzeczy absurdalnie głupie. Pamiętam jak w pewnej sesji Neuroshimy wyszliśmy właśnie ciężko poranieni z jakiegoś świeżo spenetrowanego bunkra na pustyni kiedy dostrzegliśmy na horyzoncie walkę pomiędzy kilkoma jeepami z CKMami na dachach, a unoszącym się w powietrzu... czymś. Wyglądało to trochę jak skrzyżowanie pionowo startującego odrzutowca z helikopterem i obrzucało samochody tuzinami rakiet. Nowoczesna nieznana nam technologia - MG zasugerował, że mogła należeć do Molocha, lub Posterunku. Dla tych którzy nie znają systemu - w Neuroshimie się nie lata. Nie ma już lotnisk, nie ma sprawnych samolotów, a jeśli coś wzniesie się za wysoko, to natychmiast jest namierzane przez rakiety ziemia-powietrze z terytorium Molocha. Naturalnie zaintrygowany zadeklarowałem:
- Jedziemy tam!
I w ten właśnie sposób zabiłem całą drużynę.

Innym razem grając w Warhammera (druga edycja) u Gacoperza udało mi się w cywilu (byłem strażnikiem miejskim) ubić pewnego krasnoluda gwałciciela. Ciągnę zatem beztrosko jego truchło przez Altdorf, za sobą zostawiam ślad z czerwonej cieczy, panny mdleją, dzieciarnia krzyczy, mężowie klną... Aż tu nagle drogę zastępuje mi dwóch strażników jakiegoś szlachcica. Próbuję negocjować, próbuję im wyjaśnić, że jestem strażnikiem miejskim, próbuję przekonać by poszli ze mną do kapitana... Bezskutecznie. Sięgają po broń. To ja sięgam za halabardę. Dwóch na jednego, ale też nie chciałem ich zranić (w końcu to nasi) i przybrałem postawę obronną jak taki idiota (albo bardzo głodny pies) broniąc padliny przed dwoma napastnikami. Poszedł punkt przeznaczenia. Po sesji pytam MG:
- A gdybym wtedy się poddał, to bym przeżył?
- Jasne. Zostawili by cię w spokoju. Tak muszą się tłumaczyć z dwóch trupów, a tak tylko z jednego...

To tylko wybrane scenki obyczajowe.

Morał z historii jest niebanalny jak spalona tęcza -
- Każdemu od czasu do czasu mózg się wyłącza.