Czyli ściany tekstu i relatywnie rudymentarna oprawa graficzna... Czyli ostatni kontakt z hobby statkującego się mężczyzny.


czwartek, 13 sierpnia 2015

Za mała Neuroshima...

W tym tygodniu zauważyłem, że Spoony znów nadaje. W związku z tym postanowiłem sobie odświeżyć kilka starszych odcinków "Counter Monkey" i przesłuchałem jego opowieść o kampanii "Thieves' World" na D20.

Słowo wyjaśnienia dla niezorientowanych - "Świat Złodziei" został stworzony przez Roberta Asprina pod koniec lat siedemdziesiątych i z założenia jest miejscem, w którym akcję swoich książek może osadzić wielu autorów tworząc niezależne historie i "wypożyczając" od siebie na wzajem bohaterów. Fabuła tych powieści koncentruje się na mieście Sanctuary, które jest takim fantastycznym odpowiednikiem Mos Eisley - gniazda wszelkich szubrawców i kryminalistów. Cykl cieszył się swego czasu powodzeniem, więc został przerobiony na RPG...

Spoony opowiadał o trwającej kilka miesięcy kampanii, w której gracze walczyli z dowodzącym miastem z ramienia okupującego je Imperium Rankan awatarem sadystycznej bogini wojny Tempusem Thalesem. Walczyli, choć nie takie było zamierzenie kampanii, a ich akcje niemal całowicie zachwiały równowagą settingu - kupowali nieruchomości (niemal całe dzielnice), wchodzili w kontakt z półświatkiem, operowali niemal jak dobrze zorganizowana mafia. Ciekawe rzeczy wychodzą, kiedy pozwoli się graczom na całkowitą wolność w świecie gry...

Zazwyczaj odcineki "Counter Monkey" (przynajmniej te stare) zaczynały się od słów:

Witajcie w "Counter Monkey", jam jest wasz skromny bajarz Spoony i podzielę się moimi opowieściami o epickich przygodach aby was rozbawić... i może czegoś nauczyć...

Zgodnie z tymi słowami historia kampanii mnie rozbawiła... A potem przyszedł czas refleksji i przypomniałem sobie nie tak dawną kampanię Neuroshimy, którą prowadziłem dla graczy w Krakowie (tak, tych od sandboxa). Prosty scenariusz detektywistyczny stał się zalążkiem rozciągniętej na kilka sesji kampanii. Jeden z graczy otrzymał list od dziekana Uniwersytetu Nowojorskiego (profesja Spec, pochodzenie Nowy Jork) z prośbą o pomoc. Na miejscu okazało się, że zaginął bez śladu jeden z wiodących profesorów. Początkowo śledztwo wskazywało na morderstwo, lecz niektóre elementy nie pasowały do układanki. Profesor upozorował własną śmierć i zbiegł zacierając za sobą ślady. Szczątkowe wskazówki i logiczne rozumowanie wskazywało nowy kierunek - Federacja Appalachów...

STOP! Czyżby trzy sesje wyczerpały fabularny potencjał Nowego Jorku? Gdzie mi do Spoony'ego, który zapełnił kilka miesięcy intensywnej kampanii fantasy przygodami graczy, którzy nawet nie opuszczali obrębu miejskich murów? Czyżby miasto, które w chwili obecnej ma osiem i pół MILIONA mieszkańców, po tym jak zostało dotknięte nuklearną zagładą całkowicie utraciło wszelkie tajemnice, które mieszkańcy ongiś skrywali?

Nota bene ciekawy pomysł na kampanię - stworzyć grupę kilku mieszkańców współczesnego Nowego Jorku z ich codziennymi sprawami i sekretami (posługując się chociażby tą tabelką) następnie zabić ich w czasie wojny z Molochem pozwalając graczom odkrywać ich historie 30 lat później... Taki chociażby dentysta mający niezdrową obsesję na punkcie pewnej aktorki teatralnej po tym jak kilka razy robił jej zabiegi kosmetyczne i jego podziemny gabinet (w piwnicy) oblepiony zdjęciami rentgenowskimi jej żuchwy to niezły motyw na rtęciową sesję z interesującymi gamblami do zdobycia...

Nawet teraz siedząc przed komputerem i pisząc notkę jestem w stanie zarzucić pomysłem, który nie był zamierzonym akapitem w jej treści. Ot, dygresja... Wpadło mi do głowy w czasie pisania. Dlaczego zatem nie byłem w stanie takich pomysłów wprowadzać w czasie sesji? Dlaczego tak mi zależało, żeby przeciągnąć drużynę przez pół kontynentu do zupełnie innej krainy? Dlaczego nie zatrzymałem ich dłużej w mieście?

Przecież da się prowadzić całe kampanie w jednym miejscu. Pokazał to Spoony, pokazała to opublikowana w wydanym przez Portal zbiorze dodatków fanowskich "Neuromachia" kampania "New York Bad Times" (która swoją drogą właśnie w Nowym Jorku - duh - się dzieje). Przecież miałem wydrukowaną mapę współczesnego NYC, którą podałem graczom jako handout z zaznaczonymi obszarami prac rekonstrukcyjno-budowlanych, murów miejskich i stref skażenia...

Materiału było sporo, a mimo to kluczowe dla fabuły miejsca osadziłem niemal wzdłuż jednej ulicy. Być może nauczony doświadczeniami z późniejszych sesji sandboxowych rozrzuciłbym lokacje bardziej i dorzucił mapkę losowych spotkań w mieście?

Mógłbym gdybać jeszcze długo... Ale nie zmieni to faktu, że tamta kampania Neuroshimy pokazała mi, że moja Neuroshima jest za mała, mój świat zbyt pusty. Warto się nad tym pochylić i zastanowić co i jak poprawić. Jeśli ktoś czyta tę notkę i przytakuje - niech zastanowi się czy i jego kampania nie cierpi z powodu analogicznych przypadłości...

Zastanawiam się też, ile z osób, które doczytały do tego miejsca zorientowało się, że notka jest odpowiedzią na dzisiejszy temat #RPGaDAY2015. Jak wspominałem w pierwszej notce - listę tematów traktuję raczej wybiórczo i bardziej jako luźną inspirację.

,

piątek, 7 sierpnia 2015

Ile kosztuje start w RPG?

Dziś spotykam się z tym coraz rzadziej, ale jeszcze kilka lat temu próbując namówić kogoś by dołączył do naszej RPGowej ekipy często słyszałem wymówki, że "to hobby jest takie drogie". Ba! Nawet ludziom, którzy już trochę grali zdarzało się narzekać. RPGi? Drogie? Ja rozumiem bitewniaki, gdzie za coś armię trzeba kupić (choć widziałem już ludzi kupujących używane armie, bądź grających z papierkami zamiast niektórych figurek - dopóki to nie jest turniej i między graczami jest odrobina dobrej woli takie akcje przechodzą), czy karcianki (choć i tu zdarzały się kserówki, czy karteczki w twardych koszulkach), ale RPGi? Jeśli ktoś podliczy sobie koszty pełnej serii wydawniczej trzeciej edycji D&D z wszystkimi dodatkami (bo mniej więcej w czasach szczytowej popularności tego systemu brałem udział w takich dyskusjach), to może go lekko przerazić suma - pytanie czy zależy mu na graniu, czy na snobistycznym lansie znanym tytułem...

Nie będę się rozwodził na temat tego, że każde hobby kosztuje i jeśli ktoś robi to co kocha, to nie żal mu tych pieniędzy. Po pierwsze dlatego, że ciężko oczekiwać od człowieka, który dopiero co zaczyna grać, by automatycznie pokochał nowe hobby na równi z zapalonym od wielu lat pasjonatem. Po drugie - użyłem już tego argumentu w pogadance poświęconej darmowym RPGom, którą nagraliśmy onegdaj z Poliwusem. Nota bene temat darmowych RPGów można powiązać z dzisiejszym pytaniem w akcji #RPGaDAY2015.

Dla chcącego nic trudnego! Brzmi banalnie, ale to prawda. W dobie powszechnego dostępu do internetu zdobycie systemu RPG nie stanowi najmniejszego problemu. Na samym Drive Thru RPG lista darmowych pozycji podręczników podstawowych (Core Rulebooks, Free, English) ma 738 pozycji, a to pierwsze miejsce gdzie szukałem nie zastanawiając się nad tym zbytnio. Dalsze poszukiwania to ponad 500 pozycji wymienionych na tej stronie, dodatkowo są one podzielone na kategorie zależnie od rodzaju mechaniki i gatunku settingu (fantasy, horror, modern...). Ponadto przyszło nam dożyć czasów gdy nawet lans nie kosztuje - Wizards of the Coast udostępniło zestaw Basic zasad najnowszej edycji Dungeons and Dragons za darmo.

No dobrze, ale przecież nie wszyscy posługują się biegle angielskim. Mimo, że wybór jest dużo mniejszy, po polsku też mamy dostęp do kilku darmowych pozycji.

Początkującym poleciłbym Jazdę Próbną do Savage Worlds dostępną ze strony wydawcy. Mimo, że nie przepadam za tym systemem, to jego wady zaczęły wychodzić dopiero kiedy zaczęliśmy grać według pełnych zasad. Dodatkowo system jest od jakiegoś czasu popularny i wychodzi na nim prawie wszystko. Co chwilę słyszy się o kolejnej grze lub settingu opartych na tej uniwersalnej mechanice. Z jednej strony nieco mnie to irytuje, z drugiej - jest to argument jak najbardziej za tym, by zainteresować się systemem na początku swojej RPGowej ścieżki, bo jest do niego duże wsparcie.

Darmowym systemem, w który rozegrałem kilka sesji (o czym pisałem wcześniej), a który bardzo przypadł mi do gustu jest Fajerbol. Z drugiej strony nie polecałbym go początkującym, bo jest trochę jak dowcip o Heisenbergu zatrzymanym przez drogówkę i tłumaczącym się, że co prawda nie wie jak szybko jechał, ale za to wie gdzie się znajduje - jeśli nie wiesz nic o zasadzie nieoznaczoności (czy też o historii RPG), nie zrozumiesz dowcipu. Jest to gra, która streszcza epickie kampanie ciągnące się pół roku do wypełnionej śmiechem półtoragodzinnej sesji.

Jest jeszcze kilka innych pozycji jak Sword&Wizardry White Box edycja polska, Robotica RPG, Poza Czasem, Mechanika Uniwersalna, ale nie wiem czy jest sens do nich linkować. Darmowe pozycje mają to do siebie, że po jakimś czasie linki są nieaktywne. Wystarczy popytać w środowisku RPGowym na przykład na facebooku, na pewno ktoś ma i chętnie podeśle...

Podręcznik już jest. Co z resztą? Graczy można znaleźć poprzez portale społecznościowe, czy pytając w najbliższym sklepie z akcesoriami do grania. Miejsce do grania łatwo znaleźć - ciężko mi uwierzyć, że z pięciu graczy żaden nie będzie miał pokoju do przyjęcia gości. Ołówek, gumkę i kartkę papieru raczej każdy powinien mieć. Jak nie ma to niech idzie do IKEA albo Castoramy, tam dają ołówki za darmo. Wydrukowanie karty postaci to koszt rzędu kilkunastu groszy... A i tego kosztu można uniknąć, bo zazwyczaj któryś ze współgraczy ma kilka czystych egzemplarzy.

Kości... No to jest kilka złotych, które trzeba wyłożyć. Nie tyle co na podręcznik, ale jednak... Ewentualnie można "pożyczyć" z jakiejś planszówki. Myślę że każdy w domu ma "Chińczyka" albo "Eurobiznes"/"Monopoly". Jeśli nie, to można wspomóc się zwyczajną talią kart.

Wspomniałem o rozbieraniu gier, ale przecież zazwyczaj mają one tylko kości k6, jeśli gra się w coś innego niż "Oko Yrrhedesa", czy "Wiedźmin: Gra Wyobraźni" może stanowić to problem. Chyba, że potrafi się w miarę szybko liczyć. Już wyjaśniam:

  • żeby uzyskać k4 rzuć k6 ignorując wyniki 5 i 6
  • żeby uzyskać k6... rzuć k6 po prostu
  • żeby uzyskać k8 rzuć dwa razy k6 za pierwszym razem ignorując wyniki 5 i 6 (w razie konieczności przerzucając), za drugim - w przypadku liczby nieparzystej biorąc wynik z pierwszej kości, w przypadku parzystej dodając do wyniku z pierwszej kości 4
  • żeby uzyskać k10 rzuć dwa razy k6 za pierwszym razem ignorując wynik 6 (w razie konieczności przerzucając), za drugim - w przypadku liczby nieparzystej biorąc wynik z pierwszej kości, w przypadku parzystej dodając do wyniku z pierwszej kości 5
  • żeby uzyskać k12 rzuć dwa razy k6, za drugim razem - w przypadku liczby nieparzystej biorąc wynik z pierwszej kości, w przypadku parzystej dodając do wyniku z pierwszej kości 6
  • żeby uzyskać k20 rzuć trzy razy k6 za pierwszym razem ignorując wynik 6 (w razie konieczności przerzucając), za drugim - w przypadku liczby nieparzystej biorąc wynik z pierwszej kości, w przypadku parzystej dodając do wyniku z pierwszej kości 5, za trzecim - w przypadku nieparzystej pozostawiając uzyskany wynik, w przypadku parzystej dodając do niego 10
  • żeby uzyskać k100 rzuć dwa razy tak jak dla k10, ale zamiast 10 uzyskujesz 0, podwójne zero to wynik 100


Trzeba się namachać, wiem. Łatwiej wydać te 6-10zł na zestaw kości. Albo pożyczać od gracza siedzącego obok. Albo zainstalować aplikację do rzucania kośćmi na telefonie.

Jak widać koszty grania w RPG wcale nie przerażają. Da się grać mając zaledwie trochę drobnych na bilet w kieszeni (żeby dojechać na sesję).

sobota, 1 sierpnia 2015

Inicjatywa RPGaDAY 2015...

Na swoim blogu David Chapman opublikował zachętę do wzięcia udziału w wyzwaniu polegającym na tym, że gracze publikują w sieci odpowiedzi na pytania związane z RPG - codzienne przez miesiąc na jedno - i oznaczają je hashtagiem #RPGaDAY2015. Forma odpowiedzi jest dowolna. Youtuberzy będą pewnie kręcić videologi, bloggerzy pisać notki, instagramerzy wrzucać zdjęcia, niezrzeszeni skrobną dwa słowa na facebooku, gadu-gadu, albo wyślą SMSa do kumpla... Poniżej zamieszczam grafikę z listą tegorocznych pytań:



Dla nieogarniętych anglojęzycznie, a wiem że kilku takich zagląda na mojego bloga, zamieszczam spolszczenie:

  1. Jakiej nadchodzącej gry RPG oczekujesz najbardziej?
  2. Jaka gra RPG, którą wsparłeś na Kickstarterze (czy tam innych portalach crowdfundingowych, podejrzewam że w Polsce możemy napisać kilka słów o wspieram.to albo polakpotrafi.pl) sprawiła Ci najwięcej radości?
  3. Ulubiona nowa gra, którą poznałeś w ciągu ostatniego roku
  4. Najbardziej zaskakująca gra
  5. Ostatnia kupiona przez ciebie gra RPG
  6. Ostatnia gra, w którą grałeś
  7. Ulubione darmowe RPG
  8. Ulubione przedstawienie gier RPG w mediach
  9. Ulubione dzieła (filmy, książk, komiksy itd.), które widziałbyś jako RPG
  10. Ulubiony wydawca RPG
  11. Ulubiony autor RPG
  12. Ulubiona ilustracja z RPG
  13. Ulubiony podcast RPG
  14. Ulubiony gadżet do gier RPG
  15. Najdłuższa kampania, w którą grałeś
  16. Najdłuższa sesja, w którą grałeś
  17. Ulubione RPG: fantasy
  18. Ulubione RPG: SF
  19. Ulubione RPG: Superbohaterowie
  20. Ulubione RPG: Horror
  21. Ulubiony setting RPG
  22. Idealne warunki do gry
  23. Idealna gra dla ciebie
  24. Ulubiona zasada domowa (czyli własnoręczne grzebanie przy silniku istniejącej gry)
  25. Ulubiona rewolucyjna mechanika gry
  26. Ulubiona inspiracja dla twoich sesji
  27. Ulubiony pomysł na połączenie dwóch gier w jedną
  28. Ulubiona gra, w którą już nie grasz
  29. Ulubiona witryna RPGowa / blog RPGowy
  30. Ulubiony celebryta grający w RPG
  31. Najlepsza rzecz w życiu, która zdarzyła ci się dzięki RPG 

Dla leniwych estetów widziałem gdzieś polski wariant wyzwania w postaci grafiki...

Osobiście w wyzwaniu udziału nie wezmę. Mogę od czasu do czasu skrobnąć coś na któryś z 31 powyższych tematów, ale nawet nie wiem czy będę trzymał się daty. Po pierwsze jakiś czas temu czytałem krytykę blogerów biorących udział w takich wyzwaniach - że to niby powoduje sztuczny tłok na martwym blogu autora, który w zasadzie nie ma nic do powiedzenia, że niektórzy robią notki-konglomeraty wrzucając w jednym tekście seryjnie odpowiedź na kilka tematów na raz (co rzekomo przeczy idei wyzwania), że to skrajny populizm i podpinanie się pod panujący trend celem żebrania o wyświetlenia... Z drugiej strony nie wiem czy powinienem brać pod uwagę tekst który gdzieś-kiedyś-jakoś czytałem w świetle niedawnych przemyśleń Narmo, o tym, że otacza nas za dużo negatywizmu i krytykanctwa.

Po drugie (i to w zasadzie jest główny powód) nie czuję się kompetentny wypowiadać się na niektóre z proponowanych tematów. Moim zdaniem, kiedy nie ma się nic do powiedzenia, lepiej jest milczeć i sprawiać wrażenie idioty, niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości... Nie brałem udziału w żadnej kampanii crowdfundingowej, nie zwracam uwagi na nazwiska autorów czy ilustratorów gdy mam w rękach podręcznik, nie interesują mnie szczególnie nowości lub niektóre gatunki, a w RPG superbohaterskie grałem raz i to jeszcze na systemie uniwersalnym. Specyfika rynku RPGowego w Polsce praktycznie wyklucza kilka z przedstawionych w wyzwaniu zagadnień...

I tak, wiem że autor wyzwania zachęca do znalezienia tematu zastępczego w przypadku kiedy nie chce się lub nie może się odpowiedzieć na któreś z pytań. Tylko po co? Przecież to samo robię za każdym razem gdy wymyślam temat kolejnej notki na bloga. Skoro i tak bym to robił to jaki jest sens podpinać się pod #RPGaDAY2015?

Myślę, że sens i zamysł całej inicjatywy, polegały na tym, by zaakcentować obecność RPGowców i ich hobby w mediach społecznościowych. Miesięczne bombardowanie postami na ten temat sprawi, że być może hobby dotrze do ludzi, którzy nie mieli z nim styczności wcześniej. Załóżmy, że jestem laikiem i od miesiąca pojawiają się w moich aktualnościach na facebooku jakieś anegdoty czy zahashtagowane odpowiedzi na pytania dwóch czy trzech znajomych, bądź znajomych moich znajomych - raz czy dwa mogę zignorować, ale potem zainteresuje się tematem (chociażby, żeby dowiedzieć się co to za nowy trend, czy co to za nowy hashtag).

Tym bardziej jaki jest sens w moim przypadku brać udział w wyzwaniu, kiedy mojego skromnego bloga czyta może z pięć osób, które w tematyce RPGów już na chwilę obecną są biegłe i może nawet niekiedy w niektórych zagadnieniach bardziej biegłe niż ja?


Informację o wyzwaniu wrzucam pierwszego sierpnia. Paradoksalnie do pierwszego dnia wyzwania przypisany jest temat ("Jakiej nadchodzącej gry RPG oczekujesz najbardziej?") na który nie miałem nic do powiedzenia... do wczoraj.

CD PROJEKT RED wydawca gry komputerowej "The Witcher" zapowiedział wydanie papierowego RPGa osadzonego w wiedźmińskim świecie. Gra ma być owocem współpracy z R.Talsorian Games, twórcami sukcesu Cyberpunka 2020. Premierę wstępnie zapowiedziano na połowę roku 2016. Oficjalną informację można znaleźć na stronie wydawcy. Na chwilę obecną informację tę znalazłem jedynie w języku angielskim, więc nie jestem pewien czy powstanie polskojęzyczna wersja podręcznika.

Z RPG "Wiedźmin Gra Wyobraźni" wiążę wiele miłych wspomnień. Był to jeden z moich pierwszych systemów i pierwszy posiadany podręcznik. Kupowałem dodatki do systemu - coś czego nie robiłem potem przy żadnej innej grze. Nota bene dowiedziałem się ostatnio od jednego z autorów - Macieja Nowak-Kreyera - że rzecz która interesowała mnie w tym systemie najbardziej (granie w nieco dzikszych czasach przed upadkiem wiedźmińskich kaerów) miała zostać opisana w dodatku, który był prawie gotowy, a nie wyszedł, bo linia wydawnicza została zawieszona. Z ciekawością przyjmowałem informacje o planach wydania drugiej edycji (do czego jak wiemy nie doszło). Na dzień dzisiejszy część materiałów przepadła, a część nigdy nie ujrzy światła dziennego ze względu na klauzulę poufności oraz kary umowne kontraktu autorów z wydawnictwem MAG...

WGW nie było oczywiście grą idealną. Gra miała swoje wady - jak na przykład bardzo słaby system magii, który sprawiał, że stworzenie postaci pokroju Triss Merigold czy Yennefer z Vengerbergu (w takiej formie w jakiej znamy je z sagi) było niemożliwe, a czarodziej musiał iść w kimono po rzuceniu jednego magicznego "Grotu" (taki odpowiednik Magicznego Pocisku). Było tam jednak kilka rozwiązań, które chętnie zobaczyłbym w planowanym RPGu - jak na przykład umieszczenie całej treści systemu w jednym podręczniku, czy cytaty z sagi nadające wrażenie, że całość opiera się na jakimś materiale źródłowym...

Nie wiem czy planowany RPG weźmie pod uwagę spuściznę swojego poprzednika - zwłaszcza, że nie mamy do czynienia z kontynuacją, czy drugą edycją, a nowość ma być oparta na mechanice Fuzion i tworzona przez zagranicznego autora.

Natomiast z całą pewnością nie można mi przypisać zarzutów wymienianych w złośliwie uszczypliwym tekście zamieszczonym na blogu GIT GAMES. Nie mam nic przeciwko Fuzion, co więcej jestem ciekaw jak system zostanie dopracowany i dostosowany do potrzeb świata wiedźmińskiego. Na pewno nie chciałbym wiedźmina na Savage Worlds - po pierwsze mam wrażenie, że ostatnio wszystko jest na Savage Worlds, nastąpił zachwyt tym systemem i wysyp implementacji porównywalny z nigdysiejdzą licencją D20 System, po drugie grałem trochę w SW i nie zachwyciła mnie ta mechanika, wydaje mi się że nie ma "mocy przerobowej" by oddać bogactwo świata planowanej gry. Na FATE (czy najnowszej edycji Fate) mogę sobie zrobić wiedźmina sam. Na Fajerbolu - bądźmy przez chwilę poważni...

Tak czy siak, jestem podekscytowany i zaintrygowany. Planowanego na 2016 "The Witcher Role Playing Game" na pewno kupię. Nawet jeśli nie będzie dostępny w polskiej wersji językowej...


.

środa, 29 lipca 2015

Problem z identyfikowaniem się...

Oglądam seriale. Chciałbym w tym momencie powiedzieć, że robię to dla poszukiwania jakiejś głębszej wartości, pomysłów na kampanie, czy coś... Uzasadniłbym w ten sposób pojawienie się z pozoru banalnego stwierdzenia na blogu traktującym głównie o RPGach. Prawda jest jednak brutalnie zwyczajna i przyziemna - oglądam je dla zabicia czasu. Czasu, którego i tak nie mam nota bene. A, że oglądam sporo to zaczynam dostrzegać pewne schematy i zagrywki twórców...

Jednym z oglądanych przeze mnie seriali jest "Saving Hope", który możnaby określić jako "supernatural medical drama". Śledzimy losy chirurga ortopedy Charliego Harrisa, który w pierwszym odcinku w wyniku poważnego wypadku zapada w śpiączkę. Cynicznie sceptyczny lekarz odkrywa wtedy, że obok naszej rzeczywistości (tej materialnej) istnieje też rzeczywistość metafizyczna, świat zbłąkanych dusz, które nie wiedzą co ze sobą zrobić. W pierwszym sezonie jedynie pomaga im "przejść na drugą stronę", uspokaja, poznaje swoją rolę i zakres swoich nowych umiejętności... W drugim sezonie wybudza się ze śpiączki i odkrywa, że wciąż widzi zjawy. Z jednej strony ułatwia mu to pracę, bo jest w stanie zdiagnozować nieprzytomnego pacjenta, z drugiej strony musi uważać, by nie wyjść na wariata gadającego do siebie...

Ale w zasadzie nie o tym chciałem. Mamy głównego bohatera, wiemy co potrafi, wiemy jakie są główne założenia fabuły i stawiane przed nim wyzwania. Pojawia się także wątek romantyczny w postaci jego narzeczonej - młodziudkiej doktor Alex Reed, która zdaje się być osobą zbyt prostolinijnie dobrotliwą i naiwną w świecie ambitnych, zimnych i skupionych na karierze lekarzy. Żeby jednak sytuacja nie była taka jasna, trzeba trochę zamieszać i stworzyć trójkąt miłosny - emocje widzów na pewno wzburzy pojawienie się pod koniec pierwszego sezonu (czyli tuż przed przebudzeniem ze śpiączki głównego bohatera) pani doktor Dawn Bell - byłej żony Harrisa, kobiety zimnej, ambitnej, zmotywowanej i stanowczej.

I tu właśnie mam problem z tym serialem. Jakoś tak podprogowo twórcy starają się kierować sympatię widzów w stronę doktor Reed. Chcą żeby się z nią identyfikować. Tymczasem ja tej miągwy zdzierżyć nie mogę. Jak dla mnie to takie ciepłe kluchy bez wyrazu. Miała krótki romans z jednym takim nieodpowiedzialnym kobieciarzem, kiedy Harris spał i teraz nie może się zdecydować między jednym a drugim. Coś jak Bella w "Zmierzchu" wahająca się między Edwardem a Jacobem. Normalnie żyłka mi zaraz strzeli i krew mnie zaleje...

Zawsze, kiedy na ekranie pojawia się doktor Bell i Harris czuć między nimi chemię. Widać, że są byłym małżeństwem, parą która rozpadła się z wielkim hukiem, a odłamki zrujnowały ze trzy miasta. Dawn ma cięty język, jest stanowcza, zdecydowana, twarda, choć w kilku momentach serialu jej kobiecość i żal, że nie założyła rodziny także są zaakcentowane. Mimo to cały czas mam wrażenie, że twórcy wskazują na doktor Reed jako ostateczną wybrankę - kobietę, która sama nie wie czego chce, a jej bezradność wcale nie jest tak "słitaśna" jakby tego chcieli.

Oczywiście te ciągłe wahania "chcę-nie chcę" mają służyć utrzymania status quo, żeby wątki osobiste bohaterów za szybko nie biegły do przodu i żeby bohaterowie byli najbardziej zbliżeni charakterologicznie swoim wzorcom z pierwszego odcinka na początku każdego kolejnego opowiadającego historię nowych pacjentów, ale o tym też nie będę się rozpisywał...

No dobra - do rzeczy! Marudzę od sześciu akapitów zamiast wykrztusić w końcu z siebie o co mi chodzi. Rzecz odnosi się także do RPGów - serial i moje związane z nim emocje były jedynie ilustracją przykładu zjawiska, z którym się spotkałem u kilku Mistrzów Gry.

Mistrzowie - nigdy nie twórzcie NPCa, którego gracze "muszą pokochać"! Nie uzależniajcie fabuły swoich kampanii od sympatii graczy względem wybranego BNa! A już absolutnie w żadnym wypadku nie róbcie "postaci MG" - wychuchanej Mary Sue, dopieszczonej przez MG reprezentacji jego woli w świecie gry, którą będzie zachwycał się bardziej niż poczynaniami graczy...

...bo wtedy najprawdopodobniej możecie usłyszeć od swoich graczy, w jak lekkim poważaniu mają "waszą doktor Reed".

I zdaję sobie sprawę z tego, że łatwo jest mi to mówić, bo nigdy nie stworzyłem zapadającego w pamięć NPC. Nigdy nie starałem się, by gracze konkretnego BNa polubili. U mnie postacie tła były dokładnie tym - tłem - kartonowymi wycinankami podpartymi kijem od szczotki, w które nie wlewałem życia tak długo jak długo nie było to konieczne. Jeśli gracze zaczynali się nimi interesować, improwizowałem na bieżąco. Dostawali swoje motywacje, zmieniałem głos odgrywając także ich posturę czy gestykulację, dodałem kilka faktów z ich przeszłości. Ale gdyby dany NPC graczom się znudził i postanowili strzelić mu w łeb nie odczułbym straty... Sklepikarz też ma do opowiedzenia kilka z palca wyssanych historii o jego ciężkich relacjach z córką...

...z drugiej strony u mnie to zawsze gracze decydowali, czy danego NPC polubią czy nie. I niezależnie od tego, czy przygotowujesz swoich NPC zza wczasu czy losujesz z tabelki w czasie sesji - pamiętaj by nie odbierać im tej wolności.


,

sobota, 18 lipca 2015

HabitRPG...

Prokrastynacja. Plaga XXI wieku... Jeszcze tylko jedna strona demotów, poczytam sobie tylko jednego tvtrope'a więcej, obejrzę filmik ulubionego youtubera.... I nagle robi się trzecia w nocy, a następnego dnia na szóstą do roboty. Nic się nie zrobiło, nic nie udało się osiągnąć, nic zmienić w swoim szarym, miernym życiu.

Mam problem z zarządzaniem czasem. Mam dziesiątki niedokończonych projektów, stos literatury fachowej do przeczytania, notatki do egzaminów zawodowych do wykucia na blachę. Hobbystycznie nie jest lepiej - tabelki do planowanego sandboxa same się nie napiszą, mam do wydrukowania kilka darmowych podręczników do RPG, kilka ilustracji na okładki fanowskich RPGów czeka na wyjście z limbo concept-artów... Leżą, kurzą się, mija półtora roku...

Jakiś czas temu na facebookowej grupie "Panie i Panowie, zagrajmy w RPG" ktoś wrzucił informację o HabitRPG. To dosyć prosta witryna internetowa utrzymana w pixel-artowej stylistyce oparta na genialnym pomyśle. Tworzysz bohatera, który zdobywa doświadczenie i złoto, co pozwala mu na wykupienie lepszego sprzętu i wejście na wyższe poziomy. Co w tym takiego oryginalnego? Otóż doświadczenie zdobywa się nie za fikcyjne osiągnięcia, durne questy w stylu "przynieś mi 100 kawałków sera polując przez bite siedem godzin na szczury w jaskini pod miastem" jak to zazwyczaj bywa w co drugim MMO, lecz za realne cele, które stawia sobie w życiu gracz.

Wyniosłeś śmieci, pozmywałeś naczynia, przeczytałeś 10 stron mądrej książki i do tego jeszcze znalazłeś czas na to by napisać coś na blogu? Właśnie wbiłeś poziom i znalazłeś jajo lisa, który będzie Twoim chowańcem... Wiem, że lisy nie wykluwają się z jaj... Just deal with it.

Jak to działa? Mamy trzy kategorie aktywności:

  • Nawyki - mogą być pozytywne jak i negatywne i nie ma ograniczenia co do tego ile razy dziennie można je kliknąć. Zapominasz gasić światło w łazience? Za każdym razem kiedy zostawisz zapalone klikasz minus, za każdym razem kiedy podejmiesz świadomy wysiłek, żeby je wyłączyć klikasz plus. Plus dodaje doświadczenie i złoto, minus odejmuje punkty życia. Rzucasz palenie? Zapominasz zamykać drzwi? Jesz za dużo fastfoodów? Ta kategoria pomaga wyrobić sobie stałe odruchy i przyzwyczajenia poprawiające ogólną jakość życia.
  • Codzienne - coś co musisz zrobić przynajmniej raz dziennie (lub w regularnych odstępach czasu, w opcjach można ustalić jakich dni tygodnia dane zadanie dotyczy) Załóżmy, że postanawiasz we wtorki i czwartki chodzić na basen, w piątki przygotowywać scenariusz do weekendowej sesji, a w niedzielę uczyć się obcego języka przerabiając conajmniej 50 nowych słówek. Tutaj już nie ma plusów i minusów - albo coś zrobisz, albo nie. Jak zrobisz - zyskujesz punkty doświadczenia i złoto, a zadanie znika do końca dnia. Jak nie zrobisz - z wybiciem północy automatycznie bohater traci punkty życia. Służy osiąganiu długofalowych celów poprzez regularną samodyscyplinę.
  • Do zrobienia - no tutaj nie trzeba chyba tłumaczyć. Wszelkiego rodzaju listy zakupów i rzeczy o których trzeba pamiętać. Nie traci się życia, a im więcej czasu zajmuje wykonanie danego zadania tym więcej złota i doświadczenia otrzymuje bohater. Klikasz raz, zadanie znika - w końcu jak coś jest do zrobienia i zostało zrobione, to już nie jest do zrobienia. Chyba logiczne? Służy... temu żeby takie nierozgarnięte sklerotyki jak ja pamiętały o różnych drobiazgach...
 
HabitRPG założyłem sobie ponad tydzień temu i już widzę poprawę w swojej samodyscyplinie. Zacząłem przygotowywać się regularnie do wspomnianych egzaminów, stos literatury fachowej do przeczytania kurczy się codziennie o conajmniej kilka stron. Zacząłem ćwiczyć i zdrowiej się odżywiać (choć przyznam się szczerze kilka razy musiałem kliknąć w minus za niezdrowe odżywianie)... Pamiętałem żeby zapłacić rachunek, wypoziomować pralkę, zrobić zakupy. Wszystko to w przeświadczeniu, że oto moje życie jest grą. I choć póki co mój bohater wygląda jak leszcz, to jestem zadowolony z tego jak panuję nad swoją prokrastynacją...
 

 
...do momentu w którym odkryłem system Gildii i Wyzwań i spędziłem resztę wieczoru siedząc na HabitRPG szukając ciekawych wyzwań, które mógłbym podjąć (skończyło się na codziennym braniu zimnego prysznica)
 
W chwili obecnej szukam chętnych do stworzenia drużyny co pozwoli na wzięcie udziału w części fabularnej gry. Oczywiście powodzenie w walce z potworami będzie zależeć w dużej mierze od aktywności w życiu. Jeśli zatem od dawna chcesz nauczyć się języka obcego, nie możesz znaleźć czasu na opanowanie jakiegoś programu, czy rozważasz wygospodarowanie czasu na hobby, to daj mi znać...


.

środa, 8 lipca 2015

Na co komu ta pogoda?

Od jakiegoś czasu przygotowuję się do poprowadzenia sandboxa. Tym razem jeszcze bardziej w stylu lat siedemdziesiątych, czyli - po swojemu. Nie dam sobie wmówić, że tak się nie gra w oldschool, bo w tedy każdy miał swoją własną szkołę. Guidelines not rules! Będę improwizował, hause-rule'ował i sam układał sobie tabelki...

Ach... Tabelki. Kiedy pierwszy raz prowadziłem piaskownicę w wydaniu Darcane ("Bagna Pięciu Katedr") na Swords and Wizardry Whitebox PL trzymałem się modułu co do litery - stosując każdy rzut i każdą tabelkę. Przygotowałem sobie nawet odpowiedni szablon, gdzie zaznaczałem czy bohaterowie jedli, pili i spali danego dnia.

Zaznaczałem też pogodę. Losowałem te k6+x dni do kolejnej zmiany, wyznaczałem sobie w tym szablonie kiedy pogoda się zmieni i na jaką. Tylko po co? Mechanicznie to, czy padał śnieg, lał deszcz, świeciło słońce czy nastąpiła anomalia pogodowa, nie miało żadnego znaczenia. Nie dawało żadnych minusów, żadnych plusów. Może gdyby jechali krytym wozem mógłbym narzucić modyfikator za grząski teren i tonięcie kół w błocie. Z tym, że nigdzie takich modyfikatorów nie było, a tabelka zasięgu ruchu w zależności od terenu nie uwzględniała warunków pogodowych.
 
Pogoda była dla mnie niewygodna. Zmarnowanie tych kilkunastu sekund na wybranie odpowiedniej kostki, rzut i skonsultowanie się z tabelką spowalniało grę i nijak nie przyczyniało się do poprawy doznań. Niezręcznie wplatałem w opis "eee... i słuchajcie właśnie zaczął padać deszcz..." albo "eee... i pogoda zmienia się na... a właściwie nie, nie zmienia się."

Dlatego układając tabele "po swojemu" zrezygnuję całkowicie z pogody. Zazwyczaj będzie świecić słońce, a jak ktoś będzie się za bardzo dopytywał o pogodę to spadnie deszcz. Bo tak.

sobota, 4 lipca 2015

Losowe spotkania...

Jak łatwo się domyślić notka będzie dotyczyć trzeciego numeru internetowego fanzinu "Spotkania Losowe", a przynajmniej jej początek, bo w rzeczywistości poświęcę mu tylko kilka słów. Trzeci numer na który przyszło nam długo czekać został udostępniony tutaj w zeszły piątek...

Fandom jest pełen idiotów, pieniaczy i zarozumialców. Oczywiście słowa te pisze zarozumialec, którego niektórzy mają za idiotę i wtedy właście zaczyna się pienić. Zawsze uważałem, że dzieje się tak dlatego, że RPGowcy to ludzie pełni pasji, fanatycznie wierzący w to, że ich słuszność jest słuszniejsza i gotowi tego bronić do ostatniej kropli krwi, potu i śliny obryzgującej monitor w czasie nocnych flamewarów. Dodatkowo jest mało obiektywnych prawd w RPG, bo większość to wypracowane w praktyce subiektywne preferencje. Czytając artykuły RPGowe, czy oglądając nagrań na YouTube nieraz ciężko uniknąć irytacji wywołanej arogancją autora wypowiadającego się z pozycji wszechwiedzącego autorytetu, kiedy zwyczajnie gada bzdury. Mając na uwadze powyższe bardzo cenię sobie "Spotkania Losowe" - teksty stoją na wysokim poziomie, a jednocześnie brakuje otaczającej całość aury nieskromnej nieomylności. Dodatkowo redaktor naczelny już we wstępniaku zaznacza:

 "[...] nie zgadzacie się, przedstawiacie swój punkt widzenia. To fajna rzecz. Każdy z autorów publikujących w „Spotkaniach Losowych” ma swoje zdanie [...]"

Pochwały godna postawa. Tego typu otwartość na krytykę i polemikę buduje merytoryczne dyskusje pełne przemyślanych argumentów wykładanych na spokojnie. Dyskusje pełne informacji, przemyśleń i doświadczeń, które w typowych flamewarach niby się pojawiają, ale nikt nie odda im sprawiedliwości, bo zaślepia go gniew...

Marcin Segit napisał też inną mądrą (choć pozornie trywialną) rzecz we wstępniaku i to w zasadzie do niej chciałem się odnieść, bo zrobiła na mnie nawet większe wrażenie niż zachęta do dyskusji:

 "[...] Życie fana toczy się w czasie wolnym. Życie kilku współpracujących ze sobą fanów – tym bardziej. [...]"

Pamiętam jak kilka lat temu w ramach PBFowego forum RPGowego postanowiliśmy z kilkoma znajomymi napisać paragrafówkę. Były wakacje, mieliśmy czas, dużo zapału i pełno pomysłów. Całość - od rozpisania do składu - udało się zmieścić w dwa miesiące. I w sumie dobrze, bo z czasem ten zapał gdzieś wyparowywał. Gdy projekt był już zamknięty i kiedy po ostatnich testach wykryłem jakieś nieścisłości w logice przejść między paragrafami, to o korektę, czy dopisanie dwóch akapitów musiałem się prosić kilka dni. I to człowieka, który jeszcze miesiąc wcześniej tymi akapitami zasypywał mnie od rana do wieczora niemal bez opamiętania...

Mówi się "słomiany zapał", bo słoma płonie intensywnie, ale krótko. Jeśli komuś uda się wykorzystać ten ogień i "zmieścić się w czasie" to rzeczywiście powstanie coś ciekawego. Jeśli nie? Cóż... mam pół dysku porozpoczynanych projektów, których żal wyrzucić, ale pewnie nigdy do nich nie wrócę. W związku z tym, autorom "Spotkań Losowych" należy się kolejna pochwała. Nie skończyło się na obietnicach, nie skończyło się na machnięciu ręką, minął niemal rok - a my zobaczyliśmy kolejny numer. A bądźmy szczerzy - czas nie działał na korzyść redakcji.

Piszę o tym w kontekście innego spotkania, któremu poświęcona jest ta notka. Kilka dni temu skontaktował się ze mną znajomy z TeamSpeaka z zamierzchłej epoki kiedy jeszcze grywałem z Poliwusem. Akurat przejeżdżał przez Kraków i zastanawiał się czy nie mógłbym poświęcić mu popołudnia i pokazać kilku ciekawych miejsc. Włócząc się od zabytku do zabytku prowadziliśmy RPGowe dysputy i wspominaliśmy stare dzieje. W pewnym momencie ze skruchą mi wyznał:

- Wiesz Rudie, ja jednak nigdy nie skończyłem tej paragrafówki...
- No mnie to nie dziwi! - wypaliłem natychmiast jakbym stwierdzał oczywistość

Tak po prawdzie w pierwszej chwili nie pamiętałem nawet o czym mówił. Dopiero potem skojarzyłem, że coś kiedyś wysyłał, była jakaś apokalipsa zombie, jakaś autostrada z powywracanymi autami, trzy paragrafy na krzyż... Na moje słowa zareagował z wyrazem lekkiego szoku i zranionej dumy malującym się na twarzy. Prawda jest taka, że wcale nie chciałem go obrazić, po prostu bardziej byłbym zaskoczony, gdyby powiedział, że ją skończył. Wiem, jak ciężko było nam napisać marne 100 paragrafów w cztery osoby. Dodatkowo pisanie paragrafówki jest bardziej męczącym wyzwaniem niż napisanie książki, czy podręcznika do RPG - często poświęca się czas i energię na pisanie "tego idealnego opisu" w scenie, której gracz-czytelnik może nigdy nie zobaczyć. Sama tego świadomość jest niezwykle frustrująca i nie sprzyja utrzymaniu entuzjazmu przez cały czas pracy nad grą.

Jeśli już o paragrafówkach mowa, to wspomnę o spotkaniach, do których nie doszło. Od jakiegoś czasu współpracuję z serwisem paragrafka.pl... Chociaż może "współpracuję" to zbyt duże słowo, bardziej dzielę się swoimi przemyśleniami na temat przeczytanej paragrafówki, kiedy znajdę czas na skrobnięcie recenzji (o znajdywaniu czasu na czytanie nie wspomnę). W lutym odbył się w Krakowie Zjazd Miłośników Gier Książkowych na którym miałem się spotkać z Jakubem Jastrzębskim - założycielem wyżej wspomnianego serwisu. Niestety, rozłożyła mnie grypa, do spotkania nigdy nie doszło. Biorąc pod uwagę, że niedługo później zaczął się młyn w pracy i dawno nie podsyłałem żadnej recenzji, to z perspektywy osób trzecich zachowałem się jak ostatni niewdzięcznik...

...tym czasem ze mną czy beze mnie serwis wciąż publikuje recenzje. Ostatnio (w tym miesiącu) pojawiły się teksty o ciekawostce wśród gier paragrafowych - grze erotycznej, która zależnie od tego w którą stronę się ją czyta pozwala wcielić się w mężczyznę, lub kobietę. Obie recenzje możecie przeczytać, ale uprzedzę fakty - zdaniem recenzentów te gry są słabe...

Osobiście nie czytałem gry książkowej "Behind Closed Doors", ale jestem w stanie uwierzyć autorom tekstów, bo recenzowana przeze mnie wcześniej "Night Class" też stała na bardzo niskim poziomie. Jakieś fatum musi ciążyć nad paragrafówkami o tej tematyce bo nie spotkałem się (inteligentne nawiązanie do tytułu notki) jeszcze ze zrobioną dobrze. Gdzieś, kiedyś na forum tematycznym ktoś proponował wspólną pracę nad projektem gry, w której sterowałoby się losami młodej kobiety (coś a'la Simsy), by zobaczyć "co z niej wyrośnie" i miał się tam pojawiać wątek romantyczno-erotyczny, ale pomysł - jak łatwo się domyślić biorąc pod uwagę moje wcześniejsze wynurzenia na temat pisania tego typu gier - szybko upadł i popadł w zapomnienie. W tych, które już ktoś napisał roi się od błędów - albo są słabe technicznie/mechanicznie (w końcu jakby nie patrzeć jest to GRA), albo śmieszne i naiwne, albo płytkie i opisujące losy bohaterów o osobowości złożonej jak budowa gwoździa...

Warto nadmienić, że problem dotyczy też RPGów. O erotyce na sesji nie będę się już rozpisywał, bo temat poruszałem wcześniej. Sam słyszałem o zaledwie kilku tytułach. Mamy zatem wzbudzającą swego czasu flamewary grę Aleksandry Sontowskiej i Kamila Węgrzynowicza pod tytułem "Bestia" (z drugiej strony czy jednoosobowe tekstowe RPG jest w rzeczywistości RPG czy może bardziej "writing challenge" albo eksperymentem psychologicznym?). Mamy "Bliss Stage" (mechy bojowe napędzane seksem ratują ludzkość - przyznacie, że ciężko traktować to poważnie...). Mamy "S/Lay w/Me", które choć epatuje golizną z każdej ilustracji, to w zasadach nie doczytałem się niczego wprost nawiązujacego do seksu (zatem wszelka erotyka na sesjach wynika z preferencji osobistych graczy i ich przekonania, że tak powinno się grać). Mamy FATAL, który podobno jest tak fatalnym systemem, że tworzenie postaci zajmuje więcej czasu niż gra - trochę jak u Pratchetta - (parafrazując) "...młodzieńcy chcą zgłębiać magię, by przywoływać chętne dziewice, ale kiedy już opanują tę magię są zbyt starzy i przesiąknięci rtęcią by pamiętać do czego właściwie te dziewice były im potrzebne..." Jest niesławna księga "Book of Erotic Fantasy" na otwartej licencji D20 (Spoony krztusił się ze śmiechu próbując to czytać). Jest gra "Big Breasts Small Waists" będąca parodią "Big Eyes Small Mouths" (a po parodii ciężko spodziewać się poważnego podejścia do tematu...). Jest hiszpańsko-języczny system "Libido" (a że nie znam hiszpańskiego to nie mam pojęcia jak to działa). Więcej nie znam, a boję się wpisywać w google w lęku przed tym jak mroczne zakątki internetu mogę odkryć...

Pomijając kwestie niezręczności i zakłopotania na sesji, czy kuriozalnych sytuacji wynikajacych "rzutu 3d20" na czas... ekhem... trwania, wychodzi na to, że kwestie seksualności ciężko ubrać w reguły. Wymyka się klasyfikacji, a próba tabelaryzacji wzbudza reakcje ze spektrum od uśmiechu politowania po załamanie nerwowe. Zasady nie trzymają się kupy, są nielogiczne lub zwyczajnie niegrywalne. Być może seks jest poezją, a nie rzemiosłem i nie da się go ująć w matematyczne formuły? Może seksualność jest strefą intymną, której nie powinno się dzielić w gronie mniej lub bardziej obcych graczy? Może jest to temat zbyt poważny by przerabiać go na rozrywkę dla ludu? Nie spotkałem się jeszcze z kimkolwiek, kto powiedziałby "hej, to jest gra RPG o seksie i jest mega dobra". Zazwyczaj jest dokładnie odwrotnie  ("obadaj jaka ta gra jest słaba, ja pier****")

I w zasadzie to by było tyle... Kilka losowych przemyśleń na temat różnego rodzaju spotkań...