Czyli ściany tekstu i relatywnie rudymentarna oprawa graficzna... Czyli ostatni kontakt z hobby statkującego się mężczyzny.


niedziela, 18 lutego 2018

Homoerotyczne elfy będą kryć nasze tyły...

W styczniu rozpocząłem nową kampanię piątej edycji Dungeons and Dragons na podstawie dostępnego w internecie (na Dungeon Masters Guild) scenariusza "Trader Pass" autorstwa Bena Hakera. W tym tygodniu poprowadziłem już drugą sesję. Raportu z pierwszej nigdy nie udało mi się napisać z braku czasu... Byłem zbyt zajęty wszczynaniem awantur w internecie (przepraszam Wojtek, już nie będę)...
   
Być może pokuszę się jeszcze o pełnoprawną recenzję, ale na chwilę obecną - w skali szkolnej daję temu scenariuszowi tróję na szynach. Kampania, która ma zaprowadzić bohaterów od pierwszego do szóstego poziomu jest pełna dziur - jak choćby list, który pojawia się w pierwszej scenie. Bohaterowie Graczy otrzymują zadanie dostarczenia go pewnemu kupcowi... Przez kolejne pięćdziesiąt-parę stron scenariusza ani słowem się o nim nie wspomina. Nie jest nawet słowem napomknięte co zawiera. Co więcej, nie jest powiedziane co drużyna ma z nim zrobić kiedy okazuje się, że nie można go dostarczyć ponieważ adresat... jest niedysponowany.
 
Nie wspominając o licznych miejscach "w tym miejscu drużyna musi zachować się tak i tak, żeby dalszy scenariusz miał sens"... Przepraszam uprzejmie - czy autor kiedykolwiek spotkał graczy? Tak na żywo? W sensie żeby pomacać ten egzotyczny gatunek i poznać jego zwyczaje? Gracze NIGDY nie robią tego, co założyło się, że zrobią - zwłaszcza jeśli od tego zależy wąskie gardło fabuły.
     
Zatem próbując łatać te dziury nagłowiłem się, wymyśliłem co w tych listach jest, zrobiłem handouty, przewiązałem czerwoną wstążką. Z namaszczeniem wręczyłem graczom odgrywając burmistrza. Co dalej? Czy otworzyli list? Nic z tych rzeczy! Gracz, który go wziął do ręki, stwierdził, że wylosowała mu się osobowość służbisty, więc on żadnego listu nie będzie otwierał, lecz wykazując się nawet większą sumiennością niż Poczta Polska - zwróci go do rąk własnych nadawcy.
     
Przygoda rozpoczyna się w malowniczym miasteczku Kupiecka Przełęcz otoczonym walącymi się i dziurawymi jak sito murami pod którymi mieści się niewielki garnizon. Miasto położone jest na głównym trakcie lądowym prowadzącym przez Góry Szare i jest ostatnim przystankiem przed ciężką przeprawą (stąd i jego nazwa) oraz ulokowane na brzegu rzeki Alory, która jest rzeką spławną. Wszystko to - w połączeniu z żyznymi glebami i kilkoma ranczami bydła - powoduje, że życie w dolinie jest spokojne i dostatnie.
   
Burmistrz wynajmuje bohaterów jako posłańców, którzy mieliby dogonić kupca Gradela i przekazać mu list. Tak samo robi czarodziej Orin, ponieważ wie, że Gradel spotka się z jego uczennicą w docelowym mieście. Karawana wyruszyła dzień wcześniej, ale zatrzyma się w gospodzie u stóp łańcucha górskiego, więc jest jeszcze czas na wykonanie zadania.
   
I to jest pierwszy punkt w którym przygoda się wysypała i musiałem rzeźbić na bieżąco. Według scenariusza karczmarz będzie nalegał "zostańcie na noc, Gradel na pewno przed przekroczeniem gór zatrzyma się w pobliskiej kapliczce zwyczajem kupców, więc nie ma pośpiechu". Ale moja drużyna była zdeterminowana. Było powiedziane, żeby go dogonić - to go dogonią! "No ale co tak będziecie po ciemnicy jeździć, jeszcze konie nogi połamią..." Ale moja drużyna przecież przyjęła zaliczkę za pośpiech, więc nie zanocuje. "No ale NALEGAM, dam wam zniżkę..." Heh... "Karczmarzu, na nic strzępić ozora i słów próżnych! Syna swojego nam daj, będzie przewodnikiem przez trakt!"
   
Jak łatwo się domyślić - kupiec nie żyje a listy to typowe McGuffiny, o których scenariusz zapomina. Opisałem scenę masakry nie szczędząc szczegółów by dodatkowo wiercić palcem w boku graczy, którzy wzięli ze sobą dziecko żeby było świadkiem tej rzezi. Na kamiennych płytach traktu krwią zabitych były wymazane tajemne znaki, ciała ułożone w narożnikach przecinających się trójkątów w sam środek wbita laska zwieńczona czaszką jakiejś rogacizny. Trauma na całe życie.
   
Dlaczego karczmarz tak nalegał? Żeby fabuła mogła toczyć się dalej bohaterowie powinni spędzić noc w gospodzie. W środku nocy mieli zostać zaskoczeni nagłym atakiem orków i wziąć udział w obronie karczmy. Scenariusz przewidywał którędy orcza banda wedrze się do budynku i kto jeszcze będzie bronił zajazdu. Ponieważ jednak jak wiemy - drużyna odmówiła spędzenia tam nocy - w drodze powrotnej zastali zabudowania w płomieniach i walkę już w toku. Konsekwencją ich wyborów było to, że nie zdołali ocalić gospodarza - w efekcie chłopiec który był ich przewodnikiem został sierotą. W tym miejscu zakończyła się pierwsza sesja.
     

...bitwa o karczemny kontuar...
   
Druga sesja w zasadzie polegała na wielkiej improwizacji przez większość czasu. Gracze wrócili na szyny scenariusza w ciągu ostatnich dziesięciu minut sesji, po czym jeden z nich oznajmił, że w zasadzie to on się umówił na kolację z żoną i musi kończyć...
   
Mini-kampania opiera się na założeniu, że gracze spędzili w Dolinie Alory trochę czasu, znają zatem miejsce i kilka głównych sił politycznych. Teoretycznie MG powinien odczytać dwie strony tekstu (str. 5-6) i przekazać graczom "lore". Zainspirowany nagraniem Matta Colville o tym, że łopatologiczne przekazywanie lore jest nudne, postanowiłem to odbrobinę zgamifikować. Podzieliłem tę ścianę tekstu na pojedyncze informacje przeplatając gdzieniegdzie informacjami o mniej lub bardziej kluczowych postaciach tła, nakleiłem na karty do pokera, przetasowałem i rozdałem graczom zależnie od ich bonusów do mądrości lub charyzmy.
   
Traf chciał, że jeden gracz wylosował znajomości w obu zwaśnionych ranczerskich rodach - Meffina Kalimara i Letycję Farin. Zdecydował, że zanim wrócą do Kupieckiej Przełęczy - odwiedzi obie farmy by uprzedzić swoich znajomych o grasujących w okolicy orkach.
   
Zatrzymując się po drodze w tawernie Derila na drugie śniadanie, byli świadkami, jak kilku wioskowych łobuzów zaczepia jego córkę (pracującą tu jako kelnerka). Po chwili draby przycisnęły staruszka zbierając haracz. Scenariusz przewidywał w tym miejscu walkę... Moi gracze... Cóż... stwierdzili, że zatrudnią tych łobuzów. W sumie wręczyli im pięćdziesiąt sztuk złota za to, że pół dnia się za nimi poszwędali. Przynajmniej wycisnęli z nich informację, że jakiś ork w śmiesznym płaszczu dał im sakiewkę złota w ramach zachęty do rozrabiania.
 
Spędzili kilka dni w mieście. Poinformowali burmistrza Sardola o orkowym ataku i skonsultowali się z czarodziejem Orinem na temat tajemniczego rytuału, który starano się przeprowadzić przy pomocy krwi kupca i jego obstawy. Przekonani o zagrożeniu jakie stanowi orkowy szaman postanowili zatrudnić kilku przybocznych. To był mniej więcej moment w którym absolutnie utraciłem wszelką kontrolę nad tym co się dzieje. Nim doszedłem do siebie - do drużyny jakimś cudem dołączyło sześciu półnagich homoerotycznych elfich wykidajłów i dwóch wieśniaków o imionach Olo i Bolo...
   
Trzeba było działać, żeby odzyskać kontrolę nad tym bajzlem zwanym sesją! Sardol wezwał bohaterów do siebie. Okazało się, że nie dalej jak dzień po ostrzegawczej wizycie Harkwooda na ranczo Kalimarów - jeden z wnuków nestora rodu został znaleziony martwy. Nikt nie potrafi zidentyfikować przyczyny śmierci, a stary konflikt o miedzę się zaognił i lada moment Kalimarowie i Farinowie skoczą sobie do gardeł...
   
Sesję zakończyliśmy na scenie oględzin zwłok przez drużynowego czarodzieja...
   
Jak wrażenia? Przede wszystkim wydarzenia z drugiego epizodu tej mini-kampanii pojawiły się na sesji w kompletnie odwrotnej kolejności niż powinny. Udało mi się utrzymać w ryzach chronologię - ale powiem szczerze - ledwie. Bohaterowie Graczy niczym koty łażą własnymi drogami, za żadne skarby świata nie chcą trzymać się szyn scenariusza i wszystko wywracają do góry nogami. Jeśli natomiast chodzi o Dolinę Alory, to z każdą sesją to miejsce zaczyna nabierać życia. Subtelne nici powiązań między bohaterami tła, stare rodzinne waśnie, pomniejsze lokacje - to wszystko dodaje dolinie kolorytu. Niemniej jednak z tego co widzę gracze mają momentami problem z obraniem kierunku. Nie jest dla nich jasne gdzie tkwi wątek główny i momentami mają problem z rozróżnieniem co jest kolorytem, a co główną linią fabularną...


.

sobota, 10 lutego 2018

Czas i szczerość w cyberpunkowej piaskownicy...

Niedawno Oel na facebookowej grupie poświęconej graniu w sandboksie poruszył temat cięcia scen i zarządzania czasem. Traf chciał, że zbiegło się to akurat z tragiczną siódmą sesją mojego eksperymentalnego cyberpunkowego sandboxa w MegaCity Blue. Problem, który poruszył, niemal położył kampanię...
   
Generalnie zagadnienie jest stare jak świat. Wiadomo, że w sanboksie i w staroszkolnym stylu gry Sędzia pilnuje czasu. Ma to znaczenie zwłaszcza w przypadku lochów, bo klasyczne D&D to gra o zasobach - z każdą przebytą kratką 10x10 stóp, z każdą rundą spędzoną na przeszukiwaniu pomieszczeń, z każdą turą walki należy kontrolować stan flaszek z oliwą do latarni, ile czasu palenia zostało dla pochodni, kiedy wygasną zaklęcia ochronne.
   
Z drugiej strony Skavenloft bodaj kiedyś stwierdził: "nie ma co odgrywać kupowania toporka +1". W tym stylu gry nie ma miejsca na odgrywanie klimatycznej pogaduchy w karczmie. Dla przykładu w staroszkolnej kampanii "Half-Tower" Bartosha gracze "przegadali" kilka pierwszych sesji. Marnowali czas na długie opisy i opowieści o własnej historii postaci "in-character" odgrywając aktorsko każde spotkanie z pomniejszymi NPCami. Używam w tym momencie ostrego słowa "marnowali" z pełną premedytacją. Ta gra nie nagradza odgrywania i wczuwania się w postaci - ta gra nagradza efekty. A żeby uzyskać efekty, trzeba podejmować działania. Kogo interesuje przydługa opowieść o budowaniu łodzi z ojcem (bo w rzucie na zawód wypadło "cieśla okrętowy"), historia postaci nie ma znaczenia bo jak twierdził Dziadzio Gygax - historia postaci to to co dzieje się między pierwszym a dziesiątym poziomem. Poza tym, po co emocjonalnie się zżywać z kolesiem, którego zaraz sprządnie losowe spotkanie na pierwszym heksie za wioską...
   
Kiedy zaczynałem kampanię MegaCityBlues próbowałem obficie opisywać wszystko. Godzina po godzicie pytanie do graczy "co robicie teraz?" w odpowiedzi opis choćby to były całkiem powszednie czynności. Prowadząc scenariusz wiesz co jest ważne - wtedy opisujesz to z odpowiednim namaszczeniem - a co jest pierdołą, którą można zbyć tekstem "typowy kamerdyner, stary, zgarbiony, jedziemy dalej...". Ponieważ w sandboksie wszystko jest równie ważne (czy w zasadzie równie nieważne) siliłem się na to, by opisywać wszystko, żeby sztucznie zaznaczyć "ten element jest elementem świata, a nie byle czym wylosowanym z tabelki", żeby gracze nie lekceważyli wyników z założeniem "to nic nie znaczy, bo to z tabelki". W efekcie przypadkowy przechodzień zaczepiony na ulicy otrzymywał opis analogicznej długości jak prezes korporacji co do której wiedziałem, że gracze mają plany.
   
To był błąd. Gracze nie mieli nic przeciwko temu by świat był z tabelek. Co więcej - czasami dorzucenie kolorytu w postaci "a rzucę sobie na taksówkarza w tabeli taksówkarzy" powodowało bardzo pozytywny odbiór - "ten Mario jest zajebisty, on teraz będzie nas woził, biorę od niego numer KiKKa..."
     
Oldchoolowe D&D jest grą o bogaceniu się. Jest to wpisane w mechanikę zdobywania poziomów. Z tym, że nie jest to do końca zgodne ani z mechaniką [digital_shades], ani koncepcją cyberpunka. Dlatego powiedziałem graczom przed rozpoczęciem kampani: "utrzymanie miesięcznie kosztuje tyle i tyle kredytów" (co oczywiście mogło być potem modyfikowane przez wydarzenia losowe - jak na przykład koszt żywności gdy w mieście panuje głód). Zwracam uwagę, że mierzymy już czas w miesiącach. Nie ma sensu odgrywać godzina po godzinie - a tak robiliśmy przez pierwsze siedem sesji zanim gracze nie przyszli do mnie z krytycznymi uwagami.
     
Uważni czytelnicy tego bloga, którzy śledzili poczynania drużyny w MegaCity, zauważyli zapewne, że nie opublikowałem jeszcze raportu z siódmej sesji tej kampanii. Tak po prawdzie niespecjalnie jest o czym pisać. Po zignorowaniu prób kontaktu ze strony korporacji LUCYA drużyna postanowiła podjąć wątek Donalda Smitha, który rzekomo molestował prostytutki. Praktycznie cała sesja zeszła na obserwacji ulicy... NA KTÓREJ NIC SIĘ NIE DZIAŁO. Kości były wybitnie na "nie".
 
Tu dochodzimy do drugiego wątku dzisiejszej notki. Pierwsze podejście do cyberpunkowego sandboxa zakończyło się kompletną porażką. Za drugim razem zaprosiłem do gry dobrych znajomych - ludzi co do których nie miałem wątpliwości, że mogę im zaufać. Ludzi, którzy tylko chcą spędzić czas w miłym towarzystwie i w coś zagrać - to, że akurat przymykają oko na moje maniakalne zapędy eksperymentatorskie to ich dobra wola. Idą mi na rękę. Liczyłem też, że są to ludzie, którzy jeśli zauważą, że coś jest nie tak to mi o tym powiedzą szczerze i bez ogródek. Szczera komunikacja ocaliła już wiele eRPeGowych kampanii... I tutaj się nie zawiodłem. Po ów feralnej sesji Furious wziął mnie na bok.
   
Furiousman podkreślał, że nie ma absolutnie nic przeciwko graniu w losowanym settingu, ale jest zdania, że tabelki zabijają tę kampanię. Gracze winili rzuty za marnotrawienie czasu sesji i chcieli żebym je ograniczył na rzecz podejmowania części decyzji samodzielnie. Sporą porcję pytań fabularnych zadawanych Kości Wyroczni można sobie darować, jeśli pierwsza odpowiedź która przyjdzie na myśl Sędziemu jest logiczna i popycha akcję do przodu. Jeśli drużyna i tak skończyła już rekonesans przed skokiem to można sobie darować rzuty na reakcję ochroniarza, którego wiecej nie spotkają. Zwłaszcza jeśli apatyczny koleś tłumaczący wzburzonej urzędniczce, że nikt jej nie macał po biuście tylko próbował wytrzeć rozlaną na bluzkę kawę bedzie ciekawszy niż random z tabelki.
   
Zarzuty graczy jak najardziej słuszne - ale wskazany winowajca już niekoniecznie. Po części wynika to z niezrozumienia jak działa świat po drugiej stronie zasłonki. Furious miał odczucie, że jego rzuty nie mają znaczenia, bo co z tego, że wyrzuci sukces, skoro ja za chwilę rzucę sobie w tabelkach i wypadnie "a nie, jednak nie sukces". Mimo, że wyjaśniałem, że to nie tak działa, że ja rzucam najpierw, żeby określić czy to poprzez abstrakty czy inne tabele co do znalezienia w ogóle jest, a dopiero później następuje jego rzut. I choćby wyrzucił astronomiczne liczby - nie można znaleźć czegoś, czego nie ma. Nie odpalisz głowicy nuklearnej magnetowidem i nie shackujesz firewalla podłączając się do analogowej kamery - jeśli się czegoś nie da, to żadne rzuty nie pomogą. Post factum rozważam, czy w takim razie nie oddać graczom części kompetencji w światotworzeniu i pozwolić im dyktować jakie informacje znaleźli przy udanym rzucie...
   
Kolejna z rzeczy, które mu przeszkadzały to fakt, że pod nosem mamrotałem "to ja se rzucę na to czy w ogóle przyjdzie... o... no to se poczekacie". Pojawił się zarzut, że "przy scenariuszach tak nie robiłem". Brakuje mi wszechwiedzy, którą oferują scenariusze i zbyt ekscytuję się sekretami, które mam przed graczami. To bardziej świadczy o wadach mojego charakteru niż o samej kampanii, ale co począć... Jak zauważył Oel w ramach późniejszych dyskusji na ten temat - kiedy komentuję w trakcie sesji swoje tabelki i podkreślam jakie to wszystko losowe, gracze mogą mieć poczucie, że dobrze bawię się ich kosztem. Gdyby nie te głupie komentarze sesja pod względem narracji byłaby (moim zdaniem) nie do odróżnienia od standardowej liniówki. Graczy nie interesuje sesja "od kuchni", chcą jedynie wziąć udział w przygodzie.
   
W tym momencie wracamy do pierwotnego wątku dzisiejszego wpisu. Prawdziwym winowajcą (przynajmniej w moim mniemaniu) niezadowolenia graczy było nieumiejętne cięcie scen i brak kontroli czasu na sesji. Gracze odczuwali frustrację kiedy po kilku godzinach przygotowań - jak w przypadku na przykład próby otwarcia restauracji przez Kassiusa - natrafiają na ścianę, bo tak chciała tabelka. Tabela reakcji była bezlitosna - nope, kucharz się boi... Co więcej - zauważono, że w oldschoolowym fantasy sandboksie nie byłoby to problemem - miasto cię nienawidzi? Idziesz w dzicz coś zabić! Tutaj człowiek ograniczony jest miastem - w końcu MegaCity. Aż do końca dziewiątej sesji nie udało mi się rozwiązać problemu braku korelacji miasto-dzicz-loch w cyberpunku, ale nie uprzedzajmy zdarzeń.
   
Niemniej jednak porażka jest w takich wypadkach mniej dotkliwa, jeśli straci się na nią 15 sekund sesji zamiast trzech godzin. A niestety tak się stało, bo siedzenie na dachu rozgrywaliśmy godzina po godzinie. Zamiast tego należało wykonać kilka rzutów, żeby zobaczyć czy facet w ogóle się pojawi i sprowadzić to do jednego zdania - "spędzacie na dachu całą noc, nikt się nie pojawia". Nie liczymy flaszek oliwy - nie ta skala. Jak wspomniano wyżej - czas liczymy w miesiącach.
   
Cyberpunk ma też pewną specyfikę - żyjąc w dużym, nowoczesnym mieście gracze nie mają w zasadzie żadnych potrzeb (bo wszystkie da się zaspokoić na miejscu). Nie muszą kupować racji żywnościowych (nota bene i tak mają zapasy na 83 dni), nie muszą wychodzić na miasto po plotki bo telefon/internet. Czas staje się zasobem. Można powiedzieć "majsterkowanie przy tym sprzęcie zajmie Ci 3 dni" i gracz na to "ok" - przewijasz te trzy dni bez opisu. "Ding" nagle jest środa. Można też zapytać co inni robią w tym czasie. Wiadomo, że będą chcieli pozwolić drużynowemu hackerowi robić swoje, więc mogą określić jakieś typowe aktywności w wolnym czasie. Zazwyczaj Kassiuss szedł pomagać Terry'emu, a Ustri zacieśniała znajomości z NPCami i szukała informacji na temat ich następnego "celu". Zwłaszcza, że wcześniej też zaznaczyłem, że na podstawowe szukanie informacji w sieci nie będziemy robić rzutu na hackowanie bo to śmiech na sali - tylko, zależnie od ilości poświęconego czasu, Sędzia arbitralnie określi co udało się ustalić.
   
Stwierdziłem, że bardzo dobrą praktyką jest rozmawianie z graczami. Pytanie wprost "chcesz odegrać tę scenę czy przewijamy". Rzeczy ważne - dochodzenie detektywistyczne, czy nawiązywanie kontaktów z istotnymi NPCami zazwyczaj chcą odgrywać. Wyjście do baru, bo "chcę się wyszaleć", zapasy w pościeli, popijawa do lustra - zazwyczaj były przewijane z towarzyszącym sporadycznie rzutem dla sprawdzenia skali "dobrej zabawy". Czasem gracze dla klimatu i światotworzenia chcą coś odegrać, a czasami przewiajają, bo już czują akcję nosem i są spragnieni rozwałki. Teraz już nie obawiam się pytać wprost. W końcu drugą myślą przewodnią tego wpisu jest jak ważna jest szczera komunikacja z graczami poza fikcją.
   
A tak na marginesie - nagrania z pierwszej sesji cyberpunkowego sandboksa są już na kanale Poliwusa...



.

poniedziałek, 8 stycznia 2018

MegaCity Blues - coś się kończy, coś zaczyna...

Nigdy nie stosowałem podziału kampanii na "sezony". Pomysł wydaje się conajmniej ciekawy, lecz nigdy nie czułem żebym w trakcie sesji miał taką kontrolę nad czasem czy napięciem by z powodzeniem i premedytacją punktować kulminacje, ucinać cliffhangery i kończyć sezony. Kiedy jednak moi gracze po pięciu sesjach cyberpunkowego sandboksa wreszcie osiągnęli znaczący sukces po czym musiała nastąpić przerwa w grze - zaczęli określać te pierwsze pięć sesji właśnie mianem "pierwszego sezonu".
 
W nowym roku wznowiliśmy nasze spotkania i jeśli konsekwentnie kontynuować myśl moich graczy, to pierwsza sesja "drugiego sezonu" zburzyła wszystko co wiedzieli o świecie. W dużym skrócie możnaby nasze ostatnie spotkanie nazwać "sesją dopalającego się lontu". Nie pojawiły się żadne nowe wątki, lecz pewne wydarzenia, wpuszczone w ruch czasem nawet na samym początku wspólnej gry, niczym misterna konstrukcja z domina wróciły do drużyny dając o sobie znać.
 
Ten wpis można potraktować jako nieco rozszerzone "okiem sędziego", bo opisuje konsekwencje jednych z bardziej istotnych rzutów, decyzji i rozwiązań mechanicznych, które miały miejsce w tej kampanii i to już jakiś czas temu, lecz nie mogłem o nich mówić otwarcie ze względu na... cóż... spoilery.
 
Jednym z wątków, nad którym drużyna pracowała niemal od początku, było sprzedanie oprogramowania dla celownika optycznego. Ostatnio (bodajże na sesji czwartej?) udało im się spotkać z przedstawicielami korporacji zbrojeniowej i jedyne czego brakowało to ten ostateczny sukces poprawek w kodzie oprogramowania żeby sfinalizować transakcję. Sukces, który Nolan wyrzucił na kościach na ostatniej sesji po podniesieniu umiejętności. Czego gracze nie wiedzieli, to że w czasie gdy Nolan puszczał prezentację z rzutnika - ja rzuciłem sobie 2k6 na reakcję. I mimo wcześniej uzyskanego +1 za świetnie przygotowaną prezentację rzut wyszedł zaledwie 4 ("arogancja, intryganctwo"). A zatem kiedy zarząd działu R&D oferował współpracę i udział w zyskach - bezczelnie łgał mu w twarz. Już wtedy zdecydowali, że kiedy tylko dostarczy prototy, to za jego plecami go rozbiorą na części pierwsze próbując odtworzyć i ukraść technologię. Zarobiliby miliony na jego wynalazku rzucając mu jakieś ochłapy i kontrakt pełen kruczków prawnych.
   
Na przestrzeni tych kilku sesji było też kilka rzutów tak/nie kością szcześciościenną. Czy Brian (kochanek Ustri) wie o intrydze? Gdzie leży jego lojalność? Czy zdradzi korpo? Czy wydaje mu się że Ustri go wykorzystuje? Ostatecznie (po kilku ciekawych wynikach wspomnianych rzutów) podjąłem decyzję i tak zapisałem w zeszycie na wieki wieków, że powie jej w ramach łóżkowych pogaduch jeśli do takowych dojdzie... Mimo kilku okazji - nie doszło. Akurat traf chciał, że poszła z nim do łóżka będąc w dobrym humorze na myśl o tej górze kredytów, którą zgarnie Nolan na dzień przed jego spotkaniem z przedstawicielami LUCYA celem przekazania prototypu... Wracając do domu nad ranem w bardzo dobrym humorze, przyniosła bardzo złe wieści...
 
I tu popełniłem błąd. Powinienem zakończyć sesję tym cliffhangerem i pozwolić graczom przez tydzień to przetrawić. Tymczasem ciągnąłem sesję o pół godziny za długo. Pół godziny dyskusji zrezygnowanych graczy, których to dobiło. Najbardziej wybrzmiały słowa Furiousmana: "no przecież nie dam rady w pojedynke z całym korpo..." Klimat cyberpunkowy aż się z niego wylewa...
   
Dla porządku i na zakończenie wypada wspomnieć o detalach, które gdzieś tam się przewinęły ale nie miały aż tak druzgoczącego wpływu na tę kampanię. Świat dalej żyje w swoim tempie i ignorowane przez graczy problemy rozwiązują się jakoby same. Dla przykładu - na tej sesji opisałem, że gdzieś w tle lecą wiadomości i reporter relacjonuje na żywo jak pewien dyrektor finansowy został odbity porywaczom z gangu Klaunów Kanibali. To była osoba, którą torturowali na gifach wysyłanych Nolanowi kiedy próbował z nimi negocjować "językiem memowym". Cały czas trwa kryzys żywnościowy - z jednej strony rozkwitają biznesy w stylu "kebab ze szczura", z drugiej ludzie utrzymujący się z niewielkich kramików z żarciem panicznie boją się podskakiwać korporacjom. Kassiusowi nie udało się namówić Terry'ego, żeby otworzył restaurację.
 
Ogólnie sesja zakończyła się dość depresyjnie, ale liczę na aktywność i inwencję graczy. Jakoś się wygrzebią z tego bagna - co do tego nie mam wątpliwości.


.

poniedziałek, 20 listopada 2017

MegaCity Blues - przywitaj się z moją grzmiącą pałą...

W ostatnim wpisie na temat mojej kampanii cyberpunkowego sandboxa obiecywałem rychłe i niechybne wyjawienie sekretów i machinacji "zza zasłonki", które w bliższej lub dalszej perspektywie będą miały ogromne znaczenie dla rozwoju akcji. Okazuje się, że mocno się przeliczyłem - gracze wykonali gwałtowny zwrot porzucając korporacyjne intrygi i zajęli się... kupowaniem konserw i przerabianiem drobnych lichwiarzy na sito. Nieświadomie doprowadziłem do cliffhangera, bo z przyczyn osobistych musiałem zawiesić sesje do stycznia.
 
Przyjęło się już, że poczynania drużyny śledzimy głównie oczyma Futu. Mimo, że zachęcam wszystkich do udziału, to nastąpił swego rodzaju podział ról - Furious zajął się dopieszczaniem wiki naszej kampanii, a Exozone... Nie wiem co on w zasadzie robi. Chyba głównie śmieszkuje.
   
Dramatis Personae:
BG:
Ustri "Licho" - Futu wcieliła się w kobietę wyzwoloną... od długów.
Kassius Steen - Exozone zagrał byłym żołnierzem korporacji gastronomicznej dzielnie broniącym tytułu rekordzisty w konkurencji rzutu kobietą z dzieckiem w dal...
Nolan Kingston - Furiousman zagrał hackerem, który (wciąż) snuje sny o wielkości i bogactwie próbując znaleźć błąd w kodzie swojego programu...
   
BN:
Brian Thomson - absztyfikant Ustri, z wyglądu niski acz muskularny mężczyzna o siwiejących blond włosach...
John Click - były lichwiarz, z wyglądu krwista papka...
Clyde Minton - były zakapior Clicka (ten mądrzejszy), z wyglądu mokra plama...
Victor DeShuel'etes - były zakapior Clicka (ten silniejszy), z wyglądu karmazynowa miazga...
Terry E. King - umięśniony latynos o dużych oczach, prowadzi knajpkę w swoim mieszkanku...
   


   
Drodzy czytelnicy magazynu „Kanał”,
żyjemy w ciekawych czasach, ale nadchodzą jeszcze ciekawsze. Ceny żywności z dnia na dzień osiągają nowy pułap. Ta metropolia popada w chorobę, która niedługo zbierze swoje żniwo. Podwyżki kosztów żywności są bardzo odczuwalne i przejawiają się na każdej płaszczyźnie miejskiego życia.
     
Posiedzenie z działem projektantów w firmie LUCYA skończyło się. Odetchnęliśmy z ulgą, gdy tylko zostaliśmy sami. Nadal jednak znajdowaliśmy się w świecie zupełnie obcym i wrogim. Nie pasowaliśmy tam. Nasz wygląd był wystarczającym powodem ostracyzmu i niechęci wśród pracowników.
   
Obecność tam była jednak umotywowana wolą zapewnienia sobie bytu, szczególnie, że przyszłość z dnia na dzień malowała się w odcieniach czerni. Nasze kolejne działania z resztą dokładnie obrazują jak silna jest nasza chęć przetrwania.
   
Po spotkaniu postanowiłam w pewien sposób podziękować Brianowi za możliwość wystąpienia przed działem projektantów i umówiłam się z nim po jego pracy. Kassius i Nolan natomiast wyrazili chęć zrobienia zakupów w sklepie militarnym, więc się rozdzieliliśmy.
 
Zakupy chłopaków przebiegły dość pomyślnie, ponieważ wyszli ze sklepu z czterema granatami, płachtą maskującą i kamizelką kuloodporną. Niestety – ceny zabawek dla prawdziwych mężczyzn ponad stokrotnie przekraczały nasze fundusze. CKM pozostaje na razie w sferze naszych marzeń.
 
W tym czasie Brian zabrał mnie dość popularnego pubu „Dub Culture”. Przed budynkiem stał spory ogonek ludzi, ale dzięki „przyjacielskiemu” uściskowi dłoni z ochroniarzami, którzy swoją drogą byli mocno podrasowani, udało nam się wejść od razu. Zazdrosne spojrzenia ludzi z kolejki odprowadziły nas do wejścia. W środku zwróciłam uwagę na nietypowe graffiti na ścianie, które dosłownie mignęło mi przed oczami. Kolejnym moim spostrzeżeniem było to, że na stolikach zabrakło orzeszków do piwa, a w moim martini imitacją oliwki była kostka lodu. Czas spędziliśmy bardzo miło, głównie na rozmowach. Udało mi się nawet dowiedzieć, że Brian posiada zniżkę pracowniczą na zakup militariów i chętnie mi jej użyczy. Do domu wróciłam dopiero w nocy.
   
Zmieniając temat, to pamiętacie Johna Clicka? Tak, to ten od długu. Decyzja o doposażeniu się w sklepie z bronią nie była przypadkowa. Było oczywistym, że nie zamierzamy oddawać tych pieniędzy, więc rozwiązanie problemu wydawało się tylko jedno – wysłanie tego nędznego lichwiarza na tamten świat. To jednak wymagało solidnego przygotowania się, ponieważ nie mieliśmy pojęcia, z kim tak naprawdę mamy do czynienia.
   
Jeszcze tego dnia Kassius udał się do kierownika budowy prac remontowych centrum rozrywki, żeby zawrzeć układ, który miał zapewnić możliwość przebywania na terenie budowy, co dawało dobrą widoczność na okolicę naszego zamieszkania. Nadzorujący zażądał w zamian trzech konserw, które pozwolą mu wykarmić rodzinę. Na szczęście Steen kojarzył miejsce, w którym jeszcze można było dość tanio kupić puszki z mięsem. W sklepie okazało się, że jest ich dość sporo i tak oto w naszym domu znalazło się ponad osiemdziesiąt kilogramowych opakowań z papką imitującą mięso. Przynajmniej nie umrzemy z głodu.
   
W międzyczasie Nolan próbował nawiązać współpracę z gangiem Klaunów Kanibali w celu uzyskania pomocy w zwalczeniu Clicka. Niestety nie uzyskaliśmy pozytywnego odzewu.
   
Następnego dnia rano nadszedł czas refleksji.
   
Kassius przypomniał sobie o Terrym, dochodząc do wniosku, że postąpił niewłaściwie pozostawiając go w potrzebie. Rezygnując z porannej dawki etanolu, ruszył do kucharza. Ten nieco zaskoczony pojawieniem się Steena wziął się za gotowanie, by za chwilę otworzyć interes. Na szczęście obecność byłego wojskowego wystarczyła, żeby powstrzymać rozróby wszczynane przez głodnych, zgorzkniałych bezdomnych.
 
W tym czasie wspólnie z Nolanem zjedliśmy śniadanie przygotowane z konserwy. Czekając na Kassiusa nasz programista zajął się kodowaniem, a ja odezwałam się do znajomych. Stacey sprzedała mi ciekawą plotkę na temat mężczyzny, który zamawiał jedzenie na wynos a potem wyruszał poza teren miasta w martwą pustkę. Postanowiłam poszukać jakichś informacji w sieci na ten temat, ale nie znalazłam nic, co potwierdzałoby tę pogłoskę.
   
Gdy już wszyscy znaleźliśmy się razem przystąpiliśmy do planowania zamachu na Clicka. Pierwotny plan Kassiusa zwyciężył i niemal od razu przystąpiliśmy do realizacji. Wysłałam Johnowi zdjęcie dania, które zamówiłam podczas kolacji z Brianem. Dodałam podpis: „za hajs Clicka baluj”. Zadziałało. Po wysłaniu wiadomości szybko zajęliśmy umówione pozycje. Ja na balkonie czekałam na znak, żeby w razie niepowodzenia zrzucić granat. Steen ukrył się w centrum rozrywki. Nolan zaczaił się na klatce schodowej naszego bloku. Plan miał jednak  jedną poważną wadę…
   
W ostatniej chwili Kassius zauważył, że Click zaparkował pod blokiem, w którym mieszkałam wcześniej. Lichwiarz wraz z dwoma ochroniarzami ruszyli na górę. Przegrupowaliśmy się. Nolan szybko podbiegł pod klatkę schodową, do której wbiegli mężczyźni. Ja natomiast postanowiłam przyłączyć się do akcji i przemieścić się do bloku, w którym wcześniej mieszkał Steen. Nie zdążyłam... W momencie jak przebiegałam przez skrzyżowanie, John wybiegł ze swoją obstawą z klatki. Zamarłam ze strachu. Padły strzały. Zdążyłam jedynie wymienić z Clickiem nienawistne spojrzenia zanim oberwał z obrzyna Nolana. Kolejne strzały posypały się z rusztowania centrum rozrywki. Przeciwnicy byli już martwi.
   
Nie tracąc czasu, Nolan szybko przeszukał Johna w celu znalezienia nadajnika z firmy ochroniarskiej. Niestety - był tam. Zapowiadały się kolejne kłopoty. Kingston kupił nam trochę czasu na działanie, hackując urządzenie. Następnie wykorzystał swój talent do wzbogacenia się. Włamał się do KIKKa lichwiarza, przelewając sobie wszystkie jego oszczędności. Staliśmy się bogatsi o dwadzieścia dwa tysiące.
 
Uznaliśmy, że trzeba czym prędzej pozbyć się ciał. Władowaliśmy je do samochodu. Po raz kolejny umiejętności Nolana okazały się zbawienne. Podłączył się do samochodu Clicka i przewiózł nim trupy pod tajemniczy biurowiec, gdzie nie wolno parkować. Tam nigdy nie stoi żaden samochód! Mieliśmy nadzieję, że chociaż coś spadnie z nieba i zmiażdży auto, ale z budynku wyszedł ochroniarz. Zajrzał do środka i chyba kogoś wezwał przez KIKKa.
   
Stwierdziliśmy, że to zbyt duże ryzyko zostawiać tam wóz, więc Nolan przemieścił je pod warsztat samochodowy i wybrał opcje „kasacja”. Chwilę potem bryznęła krew, a z ciał pozostała papka, która mam nadzieję nigdy nie trafi do konserw, które jemy.
   
Wróciliśmy do domu cali we krwi. Musiałam odreagować… Wraz z Kassiusem zalaliśmy się w trupa. Nolan zaś jak gdyby nigdy nic wrócił do kodowania.
   
Podsumowując - w ciągu tych dwóch dni osiągnęliśmy wiele, dzięki czemu przetrwamy. Po pierwsze umowa z firmą zapewni nam stabilność finansową. Po drugie zyskaliśmy zniżki na broń (tak długo, jak długo Brian mnie lubi). Po trzecie mamy zapas jedzenia na miesiąc. Ostatecznie pozbyliśmy się problemu, jakim był mój dług do spłacenia, prawdopodobnie uszczęśliwiając przy tym innych dłużników Clicka.
 
Pozdrawiam serdecznie,
Licho.
   
Od Futu:
Dalsze losy naszych przygód poznacie dopiero w styczniu, dlatego z tego miejsca życzę wszystkim czytelnikom bloga Wesołych Świąt!
   
Okiem sędziego:
Sandbox ma to do siebie, że gracze sami piszą swoją własną historię. Ja mogłem się spodziewać kontynuacji korporacyjnych wątków, oni natomiast spojrzeli w kalendarz i stwierdzili "ok, fajnie, z korpo jesteśmy już ugadani, teraz trzeba zrobić coś z Clickiem". Jako przykładni obywatele postanowili zwrócić dług, ale z powodu ograniczonej zasobności KIKKów - zdecydowali się na wymianę barterową... A konkretniej wypłacili mu w ołowiu. W bardzo dużych ilościach ołowiu w drobnych porcjach detalicznych.
 
Przy okazji dowiedziałem się, że walka w [digital_shades] jest bardzo szybka i bardzo śmiertelna. Warto wiedzieć na przyszłość.
   
Wspomniane wyżej KIKKi to rodzaj bransoletki z holograficznym wyświetlaczem. Skrót jest autodeskryptywny i opisuje funkcje urządzenia: KIKK - Komunikator, Identyfikator, Karta Kredytowa. Pomysł na urządzenie i nazwę ukradłem z kampanii The Fieldman Theory.
   
Posiedzenie rady nadzorczej rozegrano jako rzut na reakcję modyfikowany wcześniejszym sukcesem Nolana przy robieniu prezentacji (+1 do wyniku). Rada nadzorcza w porozumieniu z działem inżynierii i innowacji po dłuższej naradzie postanowiła nawiązać współpracę.
   
Miejsca odwiedzane na tej sesji wylosowano ze zbioru tabel "Augmented Reality". Cztery rzuty w tabelce ustawiły cały klub nocny w którym bawiła się Ustri. Budynek biurowy i warsztat samochodowy, to elementy bezpośredniego sąsiedztwa mieszkań bohaterów graczy wylosowane przeze mnie z tego samego dodatku przed rozpoczęciem kampanii. Stąd też wielka tajemnica pod tytułem "dlaczego pod biurowcem nikt nie parkuje". Gracze postanowili pozbyć się zwłok jednocześnie odkrywając ten sekret. Cieć wychodzący z budynku i pukający w szybkę, żeby poinformować kierowcę, że tu nie wolno parkować, trochę ich rozczarował... Przypisywali temu miejscu dużo bardziej złowieszczą aurę...
 
System przewiduje różne stopnie sukcesu. Cały plan bohaterów na sprzątnięcie Clicka opierał się na tym, że uda się im go sprowokować. Nie było łatwo - uznałem, że w związku z wcześniejszym wyskokiem Ustri i Kassiusa (strzelec na dachu) facet będzie ostrożny. Co więcej - gdyby było jakieś "ale" do udanego rzutu - przyjechałby z dodatkową obstawą. Jednak test został zdany bezbłędnie i to z nawiązką. Nie dość, że Click dał się sprowokować, to jeszcze się zapowiedział...


.

poniedziałek, 13 listopada 2017

MegaCity Blues - piwniczne pingwiny i rekiny biznesu...

W czasie pierwszego spotkania uprzedzałem swoich graczy, że sandbox rozkręca się wolno. Świat - niczym puste naczynie - napełnia się leniwie wątkami i bohaterami niezależnymi. Pustą przestrzeń "to jest miasto" wypełniają miejsca - kruszące się wieżowce, opuszczone piwnice i biurowce kryjące niepokojące tajemnice. Myślę, że czwarta sesja to był moment kiedy leniwy "symulator życia w cyberpunku" zaczął nabierać tempa. Nabierze tempa jeszcze bardziej, gdyż gracze uchylili już rąbka tajemnic, a pewien pendrive zdradził im brudny sekret tego świata - poza jest wszystkim, nie wszystko co usłyszysz jest prawdą...
   
Dramatis Personae:
BG:
Ustri "Licho" - Futu wcieliła się w wygadaną osóbkę z żyłką do interesów wychowaną w sierocińcu gdzie zamiast nazwisk, dzieciom nadawano numery...
Kassius Steen - Exozone zagrał byłym żołnierzem korporacji gastronomicznej wygryzionej z rynku przez budkę z hotdogami, który doprowadził do zamknięcia budy z rosołem...
Nolan Kingston - Furiousman zagrał hackerem, który snuje sny o wielkości i bogactwie próbując znaleźć błąd w kodzie swojego programu...
         
BN:
Brian Thomson - księgowy w korporacji zbrojeniowej LUCYA, niski, muskularny i dobrze zbudowany mężczyzna o siwiejących blond włosach...
Shawana R. Ireland - hebanowa piękność o kręconych, czarnych włosach i głębokich zielonych oczach, aktorka popularnej serii filmów o Jednorożcu i Tęczy...
Stacy Bennet - fixerka, była aktorka filmów dla dorosłych, wyrzucona z zakonu trafiła do gangu. Chwilowo próbuje uporządkować swoje życie sprzedając używane samochody. Z wyglądu drobna i krucha kobietka sprawiająca wrażenie chronicznie zmęczonej...
   
Poniższy raport autorstwa Futu.
   

   
Drodzy czytelnicy magazynu „Kanał”,
nad naszym miastem zaciążyła klątwa.  Podwyżki cen żywności wstrząsnęły mieszkańcami. Kolejny bolesny cios w tę niespokojną metropolię. Czy MegaCity Blues przetrwa, czy zamieni się w dżunglę ludzi walczących o każdy kęs pożywienia? Nie wiem, ale sytuacja jest dramatyczna.
   
Pierwszy przekonał się o tym Kassius, gdy chcąc zajść po rytualny rosołek i „setkę” do barku na jednym z pięter jego bloku, zastał zabite dechami okienko. Nie mógł pozostać obojętny wobec tego problemu, więc postanowił dowiedzieć się, czemu odebrano mu jedną z nieliczonych przyjemności życia. Terry King – właściciel – poinformował go, że przez podwyżki ludzie wszczęli mu rozróbę i nie chcąc narażać się na niebezpieczeństwo i straty postanowił zwinąć interes.
   
Jakby sytuacja nie była wystarczająco parszywa, to pogoda też dała w kość. Ucierpiał na tym najbardziej Nolan, gdy kałuże w jego piwnicy zamieniły się w lodowisko. Widząc jego trudne położenie, postanowiłam coś zaradzić. Niestety moje mieszkanie okazało się zbyt małe dla nas dwojga. Zaproponowałam więc wynajęcie jakiegoś lokum we troje. Pomysł spotkał się z uznaniem, zatem Kingston znalazł dogodne mieszkanko po nieboszczce. Wszystko było w porządku, więc podpisaliśmy umowę niemal od razu i przenieśliśmy najpotrzebniejsze rzeczy, bo już na szesnastą zaplanowaliśmy parapetówkę ze Stacey i Tęczą.
   
Punktualnie u naszych drzwi zabrzmiał dzwonek. Tęcza na wejściu zaczęła się kleić do Kassiusa. Nolan rozlewał drinki. Ja natomiast przeszłam do interesów ze Stacey. Przyniosła mi pendrive, na którym było nagrane zlecenie. Niestety, dane były dobrze zamaskowane, nawet głos był nie do zidentyfikowania, więc tożsamość zleceniodawcy pozostała zagadką. Zadanie miało polegać na porwaniu i przetrzymaniu Donalda Smitha, który prześladuje prostytutki w dolnej dzielnicy miasta. Sprawa jest bardzo tajemnicza, a w dodatku kwestia finansowa jest podejrzana, ponieważ w nagraniu była mowa o dziesięciu tysiącach kredytów zamrożonych na koncie fixerki, a Stacey mówi, że na jej kontro trafiło zaledwie tysiąc.
 
O dziewiętnastej podjechał Brian, żeby zabrać mnie na kolację. Musieliśmy się dostać do górnej dzielnicy. Dopiero gdy zasiedliśmy do stołu w luksusowej restauracji, zdałam sobie sprawę, co się wokół mnie dzieje. Mianowicie znalazłam się w środowisku, które mnie totalnie przerastało. Przepych tego miejsca otaczał z każdej strony. Objadałam się jedzeniem droższym od mojego kosztu miesięcznego utrzymania na rachunek kolesia, który był mi potrzebny wyłączenie do interesów.
     
W tym samym czasie żywność drożała i lada moment w mieście zapanuje głód, a wtedy ludzie wyjdą na ulice. Ja jednak wtedy o tym nie myślałam. W zasadzie z zachwytu przestałam myśleć i moja randka przedłużyła się do śniadania.
   
Z resztą nie tylko moje spotkanie się udało. Kassius i Tęcza też „stworzyli swój obraz”.
   
Następnego dnia Brian umówił nas na spotkanie z działem projektantów w swojej firmie. Posiedzenie odbyło się zgodnie z planem. Plenum było pod wrażeniem prezentacji Nolana i udało nam się nawiązać współpracę. Póki co zaproponowano nam pięć tysięcy kredytów, ale prawdopodobnie to tylko część tego, co zarobimy.
   
Podsumowując: sytuacja nie maluje się zbyt optymistycznie. Nadchodzą ciężkie czasy. Będziemy musieli się bardziej postarać, żeby się utrzymać. Jest za wcześnie, żeby cieszyć się sukcesami. Czuję jednak, że damy radę.
   
Trzymajcie się,
   
Licho
PS Czy tylko mi się wydaję, że to korporacje są odpowiedzialne za podwyżki?
     
Okiem sędziego:
Tym razem muszę powstrzymać się od komentarzy, choć aż mnie rozsadza by podzielić się każdym szczegółem. Gracze podjęli dużo działań, część z nich opłaciła się niesamowicie, część z nich prędzej czy później wpakuje ich w tarapaty - a wszystko za sprawą sandboksiarskich "rzutów za zasłonką". Zadanie, które gracze wyznaczyli sobie od początku doszło w końcu do kulminacyjnego momentu i jest lada moment od ukończenia. Kiedy wątek się zamknie zdradzę kilka niuansów...


.

niedziela, 29 października 2017

MegaCity Blues - nóż w kolano...

Po raz kolejny Futu przedstawia swój raport z sesji cyberpunkowego sandboxa. Tym, którzy przegapili poprzednią notkę przypominam - w trwającej obecnie kampanii gracze mają możliwość pod pretekstem pisania artykułów do gazety przez ich postaci, pisać raporty z sesji co pozwala ich postaciom zarobić kilka kredytów wierszówki, a mnie i pozostałym graczom przypomnieć co działo się na sesji.
   
Dramatis Personae:
BG:
Ustri "Licho" - Futu wcieliła się w wygadaną osóbkę z żyłką do interesów wychowaną w sierocińcu gdzie zamiast nazwisk, dzieciom nadawano numery...
Kassius Steen - Exozone zagrał byłym żołnierzem korporacji gastronomicznej wygryzionej z rynku przez budkę z hotdogami, całkowicie pozbawionym jakiegokolwiek zmysłu estetycznego jeśli chodzi o dobór odzienia...
Nolan Kingston - Furiousman zagrał hackerem, który snuje sny o wielkości i bogactwie próbując znaleźć błąd w kodzie swojego programu...
     
BN:
Russel A. Duffy - dziennikarz z dziurą w nodze pracujący dla niezależnego portalu informacyjnego, stanu wolnego, wysoki blondyn, siwiejący na skroniach, o bladej cerze i zielonych oczach...
Billie Ernot - piosenkarka, gwiazda jednej piosenki, o której słuch zaginął...
Aaron D. Howard - przypadkowo spotkany lekarz pozostający pod wrażeniem Ustri (drużyna jest przekonana, że jest kanibalem i chce ją schrupać)...

     

   
Czytelnicy pisma „Kanał”,
znacie to uczucie, kiedy zbliża się termin ważnego spotkania i należałoby wyglądać przyzwoicie, a Wasza szafa zionie pustką? Doznałam tego po powrocie z baru w sobotnią noc. Desperacja, panika i rezygnacja w jednym. Na szczęście pod moimi drzwiami zalęgła się ulotka, dzięki której czytacie ten artykuł a ja dostałam szansę na zarobienie paru kredytów na moją wymarzoną kreację.
   
Postanowiłam podzielić się z Wami nową historią, bo po raz kolejny ukryte jest w niej przesłanie.
   
Na klatce schodowej do mojego mieszkania codziennie mijam chmarę głodnych bezdomnych, których los skrzywdził tak bardzo, że nie potrafili sobie poradzić z własnym życiem. Nie dostrzegam ich, bo myślę o tym, w co się ubrać na randkę z gościem, którego nawet nie lubię. To naprawdę smutne, że mogę podzielić ich los przez jedną drogą sukienkę. Świat jest niesprawiedliwy…
   
Wbrew instynktowi samozachowawczemu, postanowiłam wybrać się na zakupy następnego dnia. Zgarnęłam chłopaków na mały shopping i przygotowałam się na ubytek kredytów na koncie. W sklepie niemal od razu dokonałam wyboru. Nie mogłam się oprzeć pięknej, złotej sukni wieczorowej. Byłam zdecydowana i gotowa na poświęcenie. Przy kasie jednak zdarzył się cud! Okazało się, że jestem tysięcznym klientem i w ramach prezentu nie płacę za swoje zakupy. Dostałam też perfumy. Polecam ten sklep!
   
Pamiętajcie, nie tracie nadziei nawet w najgorszych chwilach. Gdy się czegoś bardzo pragnie, to wszystko jest możliwe!
   
Potem przyszła kolej na Kassiusa. Niestety nie miał tyle szczęścia co ja, ale jego nowy image jest wart ceny. Koszulka z napisem: „Trans to the core” znakomicie podkreśla jego mięśnie, a męskie bojówki dodają charakteru. Wisienką na torcie są neonowe, zielone okulary. Wykorzystując okazję, udało mi się za friko przekłuć język, co znowu dowodzi, że wszystko da się zrobić, trzeba tylko wiedzieć jak!
   
Odchodząc od wątku przewodniego, słyszeliście o tym, że po mieście grasuje android-uciekinier? Dzisiaj rano spotkałam łowców i wyraźnie byli zaniepokojeni tym faktem, co wykazali szaleńczą jazdą przez miasto, wysyłając w niebo mnóstwo amunicji.
 
Ich niepokój wyraźnie zakradł się w umysł Kassiusa, który wierny swojej paranoi zaatakował przed barem karaoke przypadkowego człowieka, myląc go z androidem. Wywiązała się bójka. Nasz towarzysz powalił nieznajomego. Świsnął nóż. Trysnęła krew. Ostrze wbiło się w tętnicę. Krzyknęłam po pomoc. Nolan wyciągał apteczkę. Przybiegł lekarz. Poczuliśmy zapach spalonego mięsa. Nieznajomy odpłynął.
   
Kassius był mocno zdezorientowany. Chyba nie spodziewał się, że ktoś może sam sobie wbić nóż w tętnicę udową. Gość wydawał mu się do tego stopnia podejrzany, że postanowił go pożyczyć i przesłuchać.
   
Był przerażony, ale udało się go trochę uspokoić. W końcu uratowaliśmy mu życie! Okazało się, że nazywa się Russell Duffy i jest dziennikarzem. Szukał informacji o wczorajszym incydencie z telebimami (odsyłam do poprzedniego artykułu). Niestety nie wiedział więcej, niż udało się Nolanowi wcześniej ustalić.
   
Nasz hackerman w międzyczasie próbował znowu wykorzystać automaty z pierwszą pomocą, ale tym razem zastawiono na niego sprytną pułapkę. W zasadzie musiał odpowiedzieć na jedno pytanie o samopoczucie żony prezesa firmy. Wolał nie ryzykować, więc się wycofał, żeby nie pozostawić zbędnych śladów w sieci.
   
Podsumowując, świat jest niesprawiedliwy, ale czasem i do Was może uśmiechnąć się los. Nie uciekajcie, gdy goni Was były żołnierz oraz nie odpowiadajcie, gdy nie znacie odpowiedzi.
   
Filozoficznie kończąc, mówi Wam „papa” Licho.
   
PS Wiecie, co się dzieje z Billie Ernot?
   
Okiem Sędziego:
Sesja należała do tych spokojniejszych - żaden z wyłowionych wątków nie został pociągnięty, gracze skupili się na tym, żeby kupić sobie ciuchy i przygotować się do spotkania z Brianem.
   
Ciągłość wątków pojawiła się gdzieś w tle - Russel Duffy węszy w sprawie hackowania przez Terminal Storm i ich konfliktu z Klaunami Kanibalami, przygotowania do transakcji z Brianem trwają, Ustri buduje relację z fixerką Stacy
   
Gracze się śmieją, że mam na wszystko tabelkę i że będę rzucał w tabelce na ubrania żeby stwierdzić czy Futu znajdzie odpowiednią kieckę. Podchwyciłem żart i rzuciłem na abstrakty: "rzemieślnik, darowizna, klub nocny, ekologia" - twierdziłem, że kiecka nadaje się do nocnego klubu, jest wystrzałowa, złota i dostała ją za darmo bo "tysięczny klient"... Heh...
   
Do najciekawszego fragmentu sesji doprowadził totalnie zawalony rzut na wypatrywanie. Wziąłem sobie do serca uwagi z ostatniej dyskusji na pewnej facebookowej grupie i zamiast traktować wynik "nie" jako "nic nie widzisz, wchodzisz w ścianę, a wódka jest fioletowa" zinterpretowałem go jako "widzieć widzisz, ale skupiasz się na szczególe, który nie dość, że zupełnie nie zgadza się z twoim zamierzeniem to jeszcze odwraca twoją uwagę od tego co istotne". BG szukał androida, a przez przypadek zwrócił uwagę na kogoś kto zasłania twarz i wymyka się tylnim wyjściem. Śledzili dziennikarza (człowieka z krwi i kości) któremu było po prostu zimno. Kolejna jedynka w czasie walki spowodowała, że facet sam sobie wbił nóż w udo i przeciął tętnicę.. Odratowali go, bo Ustri poderwała jakiegoś lekarza...

niedziela, 22 października 2017

MegaCity Blues - Dama z Łasiczką...

Świat oldschoolowych sandboxów często przełamywał czwartą ścianę - czasami było to lekkie puszczenie oka do odbiorcy w postaci załogi Enterprise z serialu "Star Trek" w podziemiach Zamku Greyhawk, czasami ostre nawiązanie do arbitralnej wartości na karcie postaci, kiedy poborca podatkowy inkasował w złocie "procent od xp". Mój pomysł, by w świecie gry pojawiło się pulpowe pisemko w stylu "Detektywa" albo "Trudnych Spraw", do którego bohaterowie będą mogli pisać opowiadania (będące w rzeczywistości raportami z sesji pisanymi przez graczy) dostając za to wierszówkę w kredytach, nie powinien budzić większych kontrowersji. 
    
...taki obrzydliwy inside joke z sesji, mniejsza z tym...
     
Poniższy raport z sesji w postaci listu do czasopisma powstał dzięki uprzejmości Futu.
     
Dramatis Personae:
Ustri "Licho" - Futu wcieliła się w trudniącą się drobnym dziennikarstwem i konkursami wokalnymi, wygadaną osóbkę z licznymi znajomościami (które jej nienawidzą)...
Kassius Steen - Exozone zagrał byłym żołnierzem korporacji gastronomicznej wygryzionej z rynku przez budkę z hotdogami, przeżywającym istne katharsis śpiewając piosenkę o narzeczonej tak grubej, że poci się majonezem...
Nolan Kingston - Furiousman zagrał hackerem, króry pół sesji wysyłał Klaunom memy, a drugie pół hackował automat z apteczkami...
    
Drodzy czytelnicy tygodnika „Kanał”,
   
historia, którą Wam przedstawię wydarzyła się naprawdę, a miała miejsce w sobotnie popołudnie. Zdesperowani i rozczarowani fiaskiem negocjacji z Clickiem postanowiliśmy odwiedzić siedzibę tajemniczych Klaunów Kanibali, jednak z powodu miernej wiarygodności znalezionych w sieci informacji (chyba nikt w tych czasach nie je ludzi!), postawiliśmy na ostrożność. Próba kontaktu z tymi szaleńcami doprowadziła do ciekawej wymiany memów! Jeśli jesteście ciekawi, wejdźcie sobie na ich stronę internetową („Kiedy robisz żart, ale policja nie rozumie”). Niestety, mimo zainteresowania z ich strony, nie udało nam się nawiązać współpracy handlowej z powodu braku porozumienia na płaszczyźnie czysto finansowej. Jednym słowem okazali się tanim plebsem. Później było to powodem do drwin całego miasta… ale o tym później. 
    
Stwierdziłam, że jedynym lekarstwem na naszą bezradność na drodze po miliony jest karaoke.  Wieczorem wyciągnęłam chłopaków na miasto, żeby zmienić trochę smętny klimat i tak trafiliśmy do świetnej miejscówki. Polecam! 
   
W tym momencie zaczyna się właściwa historia o uratowanej przyjaźni sprzed lat.
   
Wchodząc do knajpy, mój wzrok natychmiast spoczął na niej. Stacey stała na scenie piękna, wolna a przede wszystkim totalnie pijana. W dodatku z jej ust wydobywały się niepokojące dźwięki imitujące śpiew w stylu „Amazing Grace” do syntetycznej muzyki wydzierającej się ze starych głośników. Nie była sama. Towarzyszyła jej grupka znajomych z branży porno, a dokładniej mówiąc z produkcji o jednorożcu i tęczy. 
  
Podeszliśmy do nich, chociaż czułam, że atmosfera może być nieco… ciężka. Przyczyna tego leżała po mojej stronie, a sięgała tak zwanych starych czasów. 
   
Pewnego razu, gdy karmiłam uzależnienie Stacey sprzedając jej dragi, przyłapały ją siostry zakonu, do którego należała. Wyleciała na bruk, a po tym chciała mnie już tylko zabić. 
   
Wracając do soboty, to Kassiusowi wpadła w oko Shawna (wcieliła się w jedną z głównych postaci pornola – Tęczę). Jedyne, co z tego wynikło to kieliszek rozlanego alkoholu na twarzy naszego amanta. Nie tracąc jednak ducha postanowił tym razem zaimponować Stacey, licząc na to, że może zainteresuje się wynalazkiem Nolana. Drąc się: „GRUBA kasa, GRUBA… GRUBA”, omyłkowo zgłosił się do konkursu wokalnego z piosenką „Moja gruba, gruba narzeczona”. Zmuszony przez małego, latającego droida, który za próbę oporu raził go prądem, wyszedł na scenę i zaczął swój występ, co chyba wywołało u niego serię nieszczęśliwych wspomnień, bo na jego twarzy zalśniła gruba łza.
  
W tym czasie Nolan pociągnął za język barmana. Okazało się, że na Uniwersytecie trwają nieetyczne próby filtrowania powietrza za pomocą mutantów (Uwierzycie?). 
   
Ja natomiast postanowiłam zabłysnąć swoim talentem wokalnym i zaśpiewać dedykowaną piosenkę dla mojej przyjaciółki. Mój głos sprawił, że znowu uwierzyła w przyjaźń, miłość, ludobójstwo i postanowiła mi wybaczyć! Brzmi to dla Was niewiarygodnie? To znaczy, że nie słyszeliście mojego fenomenalnego głosu! 
    
Najważniejsze w tej historii jest to, że udało nam się pogodzić i mamy szansę odbudować naszą relację. Mamy nawet plan, żeby wspólnie zarobić miliony, a żeby go omówić spotykamy się w poniedziałek!!! 
    
Jest jeszcze jedna rzecz, o której już wspomniałam. Klauni Kanibale zostali publicznie ośmieszeni na telebimach całego miasta, co zobaczyliśmy wracając do domów. Zaniepokojony Nolan postanowił dowiedzieć się, kto za tym stoi. Podłączył się do sieci i podjął cyfrowy trop sprawcy. Dzięki jego zdolnościom hackerskim dowiedzieliśmy, że to sprawka Terminal Strom oraz otrzymaliśmy po dwa zestawy ratunkowe. Jak? Lepiej nie pytajcie… 
    
Na koniec dodam, że warto próbować. Próbować śpiewać, hackować i ratować przyjaźnie. Tym optymistycznym akcentem żegnam się ja, czyli Licho.
    
Cześć!
   
PS Zainteresowanych kupnem nowych technologii informatycznych proszę o kontakt.
     
      
Okiem sędziego:
Druga sesja cierpiała na tę samą przypadłość co druga sesja wcześniej zaoranej kampanii. Rzuty po prostu nie szły. Kostka tak/nie była zdeterminowana, by na każde zadane jej pytanie odpowiedzieć "nope". Rzuty na reakcję napotkanych NPCów nie wspinały się nigdy powyżej "wrogość". W pewnych aspektach obecna drużyna miała dużo gorzej niż poprzednia - tam po umiarkowanej reakcji "egoizm" gracze się wycofywali - tu podjęli wszelkie możliwe starania (od nerd-rageowania do śpiewania na scenie) by zastany stan zmienić. Ostatecznie atmosferę udało się ocieplić, co pokazuje jak całokształt rozgrywki sandboxa zależy od przygotowań i ukształtowania sobie przez graczy okoliczności. Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz.
   
Zestaw tabel "Augmented Reality" jest świetny. Tutaj był odpowiedzialny za kilka kluczowych momentów sesji. Kiedy Nolan zapytał, czy w tym świecie jest jakiś odpowiednik Facebooka, rzut w tabeli "Social Media" ze strony 38 doprowadził do komunikowania się z gangiem poprzez memy i animowane gify. W momencie wejścia drużyny do baru karaoke rzut na tabelę "Sonic Youth" z tej samej strony wskazał na gatunek muzyczny (stąd "Amazing Grace" do podkładu z dubstepu - wyszło "maszynowy soul dub"). Kiedy vid-bill-boardy reklamowe w mieście zostały shackowane i Nolan, chcąc sprawdzić co się dzieje, szukał najbliższego punktu wpięcia do sieci - tabela "Hackable Assets" z tylnej okładki wskazała automat sprzedający kitle, apteczki i zestawy pierwszej pomocy ("Wearable Meds Dispenser"). Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że akcesoria odzieżowe o zastosowaniu medycznym to na przykład koszulka z monitorem serca, zegarek na rękę spawdzający poziom cukru, czy naszyjnik aplikujący nikotynę wspomagając rzucanie palenia, więc z lekkim zaskoczeniem stwierdziłem że to taki automat, gdzie zamiast Snickersów można kupić kitle lekarskie... Zaskakująco dobrze wpasowało się to w klimat miasta z powszechnym dostępem do broni i ciągłymi zamieszkami - to, że na co drugim narożniku jest automat wypluwający zestawy pierwszej pomocy ma po prostu sens.
     
Futu zdała test na kontakty, co oznaczało, że w barze pojawi się ktoś znajomy - stąd fixerka Stacy. Niestety sam fakt, że kogoś zna, nie znaczy, że ta osoba będzie chętna do pomocy. Reakcja wyszła niestety wroga. Zadałem sobie (a właściwie tabeli abstraktów) pytanie "za co ona jej tak nie cierpi?". Wyszło "złomiarz, modli się, uczelnia, wolność". Stacy miała wylosowaną dużo wcześniej z "Augmented Reality" przeszłość - była byłą gwiazdą porno, byłą zakonnicą, byłą gangerką, a obecnie sprzedaje używane samochody. Abstrakt pomógł mi ustalić od jak dawna Ustri zna Stacy i co stało się kością niezgody - to przez Ustri wyrzucili ją z zakonu. Resztę dopowiedziała Futu...
    
Wyłoniło się kilka wątków i choć gracze traktują sprzedaż oprogramowania jako swój flagowy projekt (cytując gracza: "wypadałoby ten quest zrobić na sześć gwiazdek"), to szukają też innych okazji do zarobku. Patrząc na raport można stwierdzić, że na sesji w zasadzie nic się nie działo i to prawda - drużyna rozegrała w zasadzie jedno popołudnie, które spędziła na przeglądaniu internetu i nasiadówce w barze - ale sam świat dużo zyskał na kolorycie i bogactwie - pojawili się nowi bohaterowie niezależni, frakcje, korporacje. Z rzutów wyszło, że bar karaoke to buda sklecona pod estakadą - a samo już istnienie estakady zwraca uwagę na wertykalność miasta - dół to slumsy, góra należy do wielkiego biznesu. Do tego krótka wizyta w cyberprzestrzeń. Coraz mocniej czuć klimaty cyberpunka i sesja przestaje przypominać genericowy modern.



Ilustracją do dzisiejszej notki jest obraz "Appropriation of Lady with an Ermine" (akryl), 
który możecie nabyć drogą kupna za kwotę 440 dolarów tutaj.