Czyli ściany tekstu i relatywnie rudymentarna oprawa graficzna... Czyli ostatni kontakt z hobby statkującego się mężczyzny.


wtorek, 5 lipca 2016

Ja, Mistrz Gry...

Dla kontekstu wypadałoby przytoczyć tekst Angry DM (Gniewnego Mistrza Podziemi?) zawierający jego Credo. Tekst ten zachęca Mistrzów Gry do skonstruowania własnego systemu wartości opisującego ich styl, ambicje, relacje z graczami, stosunek do gry i zasad. Przy czym nie po to by dawać graczom cyrograf z regulaminem przed każdą sesją - Credo ma być tylko i wyłącznie dla MG, ma mu służyć do jasnego określenia celów, oceny sesji i samodoskonalenia. Credo ma jasno określać priorytety, a szybki rzut oka przed sesją czy spotkaniem organizacyjnym pozwala ustalić z graczami wspólny język.
   
Pierwszy punkt Credo Angry DM brzmi "Jestem Mistrzem Podziemi". Dalej autor pisze, że to konkretne "przykazanie" ma dla niego szczególne i osobiste znaczenie. Nie ważne jaką grę prowadzi, nie ważne jak ta gra nazywa osobę prowadzącą i miotającą kostkami zza ekranu, nie ważne jak zwracają się do niego gracze - on jest Mistrzem Podziemi. Przypomina mi to pewien odcinek Batmana, w którym podstarzały Bruce tłumaczył Terry'emy jak nazywa siebie w myślach...
   
Dało mi to do myślenia i sam zacząłem się zastanawiać nad swoją tożsamością przy stole. Ku swojemu zaskoczeniu stwierdziłem, że nie jestem ani Mistrzem Podziemi, ani Bajarzem (mimo, że mój pierwszy własny podręcznik do RPG to właśnie "Wiedźmin: Gra Wyobraźni"), ani Narratorem, ani Mistrzem Ceremonii (co byłoby raczej problematyczne mając na względzie, że jeszcze nie miałem okazji prowadzić AW), ani Sędzią, ani Strażnikiem Tajemnic, ani Krupierem, ani Reżyserem, ani - o zgrozo - Mistrzem Gry!
   
Zadając sobie pytanie o "sens życia, wszechświat i wszystko inne" doszedłem w końcu do wniosku, że jestem Animatorem. Patrząc na swoje działania i postawę zauważam, jak drobne elementy składają się na całość mojej roli. Tyle samo satysfakcji daje mi zarządzanie grupą na Facebooku, co przeprowadzenie udanej sesji. Z równym zaangażowaniem udzielam rad czy to technicznych w stylu "w co klikać na roll20.net by poprowadzić sesję on-line", czy to dotyczących grywalności w stylu "Rudie, przejrzyj ten scenariusz, który chcę poprowadzić". Pomagam ludziom połączyć się w drużyny, kontaktując ze sobą graczy. Mobilizuję do działania i zachęcam do podnoszenia standardów, kiedy natrafię na jakąś raczkującą inicjatywę RPG-ową. Staram się, by moja krytyka była konstruktywna. Zachęcanie ludzi, by sięgali po nowe tytuły, poszerzali horyzonty czy wykorzystywali swój potencjał zdaje się być dla mnie ważniejsze niż sama gra... Ale przede wszystkim momentem który wskazał mi odpowiedź na to ważne pytanie była sytuacja w trakcie niedawno zakończonej kampanii.
   
To nie umiejętności operowania głosem, świetna znajomość zasad, autorytet przy stole, postarzany papier z narysowaną mapą, pomysłowe handouty, czy scenariusz godny ekranizacji pozwoliły zakończyć kampanię. Kiedy gracze się pożarli i jeden z nich opuścił sesję "z trzaskiem drzwi" sytuację dało się załagodzić jedynie poprzez komunikację i wzajemne zrozumienie. Wziąłem każdego na bok, zamieniłem kilka szczerych słów, poprosiłem o dystans i cierpliwość. Dojrzałość fochających graczy zostawiam bez komentarza, bo nikt na sesji nie lubi się czuć jakby karciła go przedszkolanka.
   
W tym momencie mogą pojawić się głosy cynizmu "no fajnie, przylepiłeś sobie etykietkę, wsadziłeś się do szufladki, nadałeś sobie nazwę gatunkową - jesteś z siebie dumny?". Tu nie o szufladkowanie się rozchodzi. Nie chodzi też o to, że "przecież każdy MG pogadałby w takiej sytuacji z graczami, o co chodzi?". Wnioski do których doszedłem wskazują kierunek przyszłych działań, pokazują mi na czym się skupiać, gdzie powinny leżeć moje priorytety, bym czerpał maksymalną satysfakcję z hobby.
   
Mówią mi KIM naprawdę jestem.

A Ty? KIM jesteś MG?



.