Czyli ściany tekstu i relatywnie rudymentarna oprawa graficzna... Czyli ostatni kontakt z hobby statkującego się mężczyzny.


niedziela, 9 lipca 2017

Ile eRPeGa to za mało?

Jestem stary. Stanowczo za stary by jak za lat młodzieńczych studiować opasłe tomiszcza z zasadami. A świat nie zwalnia, goni coraz szybciej. Krzyczy z billboardów nowinkami technologicznymi, uśmiechnięte twarze pierwszych stron kolorowych czasopism nakazują być na czasie, być w formie, szczupły, zdrowy, wolny od glutenu. W tym owczym pędzie ciężko jest wyciąć choćby i piętnaście minut dziennie by poczytać i przyswoić sobie zasady nowej gry.
 
Myślę, że nie tylko ja mam z tym problem. Wydawane obecnie gry są coraz cieńsze, zeszyty w miękkich oprawach, czasem niemal broszurki. Wystarczy spojrzeć na "Adventurers!" czy "Beszamel".
   
Ostatnio kolega chciał coś poprowadzić. Celował w coś prostego i lekkiego. Ma na głowie szczyt sezonu w robocie, remont mieszkania ciągnący się od półtora roku, remont u rodziców, którym pomaga, skręcanie mebli i własny ślub nadchodzący wielkimi krokami... Ostatnio rozmawialiśmy o czymś w klimatach Gwiezdnych Wojen lub Fallouta. Kilka tygodni wcześniej wspominał o Shadowrunie. Przypomniałem sobie, że rzucił mi się kiedyś w oczy system na jednej kartce składany jak czteroskrzydłowa ulotka. Poleciłem mu "digital_shades". W pierwszej chwili dyskutowaliśmy o zamianie cyberwszczepów i "ulepszeń" na falloutowe "perki". Dałoby się to zrobić subtelnym zabiegiem jak tylko zmiana nazwy lub kombinując nieco bardziej przenosząc klasykę z gier i delikatnie modyfikując listę umiejętności. Potem zaczęliśmy rzucać pomysłami i tytułami gier w formacie pocketmod.
   
To skłoniło mnie do refleksji. Dawno temu pisałem już o RPG w dwustu słowach. Legendą obrosło "six world RPG". Pocketmod mieści całą zawartość na jednej stronie A4 (albo amerykańskiego formatu Letter) złożonej w małą książeczkę. Czy to wystarcza by stworzyć grywalną grę? Na pewno da się grać. Swego czasu, gdy serwer TS GFO działał prężniej, popularnością cieszyły się spontaniczne sesje "Obcych na Dzielni". Grałem też trzy sesje "MechaMyszy" krótko po przetłumaczeniu gry. Na YouTube można odsłuchać nagrania z całej kampanii w systemie "digital_shades".
   
Jak to jest, że istnieją gry będące w stanie przekazać wszystko co mają do zaoferowania w mniejszej ilości znaków niż pamiętny wstęp do D&D 3ed. porównujący RPG do "węży i drabin" tyle że bez węży i bez drabin? Jak to jest, że są grywalne produkty o mniejszej ilości znaków niż ta notka blogowa?
 
Ten fenomen częściowo zawdzięczamy prawdopodobnie wyrobionemu przez lata naszego hobby wspólnemu językowi. Nie dałoby się w sześciu słowach streścić idei części mainstreamowych gier gdyby nie fakt, że setki razy wałkowane w słowniczkach tych właśnie odchodzących do lamusa opasłych tomiszczy były pojęcia takie jak "MG", "BG" czy rozróżnienie poszczególnych wielobocznych kości. Na stałe zagościły one w naszym języku. Instynktownie rozumiemy że kości to nie zawsze te zabawne sześcianiki z kropkami od "Chińczyka". Jesteśmy w stanie odczytać intencję autora z przedstawionego szkieletu i ekstrapolować brakujące reguły. Z drugiej strony gdzie przebiega granica, po której przekroczeniu nie mamy już do czynienia z lakonicznym szkieletem zasad a zderzamy się z niekoherentnym i niezwerbalizowanym konceptem? Poniżej jakiej objętości mamy za mało gry w grze? Ile eRPeGa jest w eRPeGu?
   
Opisz bohatera. Rzuć kośćmi. MG decyduje.



.