Czyli ściany tekstu i relatywnie rudymentarna oprawa graficzna... Czyli ostatni kontakt z hobby statkującego się mężczyzny.


sobota, 26 września 2015

Najstarsza porada RPG-owa w życiu...

Myślę, że każdy kto gra w RPG od jakiegoś już czasu, lecz nie od zarania dziejów i początków tego hobby w Polsce - mógłby się podzielić podobną historią. No chyba, że miał bogatego wujka w Stanach, który przysłał mu podręcznik do pierwszej edycji D&D, lub grał na zasadach Jacka Ciesielskiego z magazynu "Razem" - wtedy nie ma o czym gadać...

Każdy RPGowiec ma we wspomnieniach jakiś jeden konkretny moment od którego liczy lata doświadczenia w graniu (bądź prowadzeniu) by z dumą większą niż z obronionego magistra porównywać się z innymi mierząc w ten sposób na metaforyczne parówy. Co więcej, w pewnym momencie niektórzy z nich orientują się, że z hobby mieli styczność nawet wcześniej - możliwe, że znajomy zapraszał na sesję, czy koledzy opowiadali o przygodach z ostatniej kampanii, nastoletni kuzyn prowadził sesję Oka Yrrhedesa nieopierzonym i niewinnym jak dzierlatka przed pierwszym okresem młodszym krewnym, czy (tak jak było to w moim przypadku) grali w PBeMa...

I wtedy można zachować się różnie. Można dla przykładu doliczyć sobie te lata do doświadczenia i twierdzić, że grało się w RPG "before it was cool"... Albo można podzielić się zabawną anegdotą.

PBeM, którego nazwy już nie pomnę ("Archipelag Ciemności" czy jakoś tak...) był osadzony w realiach Gwiezdnych Wojen. Słowa "RPG" czy "gra fabularna" w ogóle się tam nie pojawiały. Zresztą, nawet gdyby się pojawiły, to i tak nic by mi nie mówiły, bo to było w czasach kiedy odpalając "Baldur's Gate" i  widząc logo "Advanced Dungeons and Dragons" stwierdzałem "o! będą smoki... spoko." Kolega, który mnie w to wciągnął, wytłumaczył mi jedynie, że tworzę postać, piszę maile (i sam dostaję codziennie wiadra spamu, które czytałem z wypiekami na twarzy) i biorę udział w zbiorowym tworzeniu opowieści.

Szybko zorientowałem się, że rozgrywka ma ścisłą strukturę. Są reżyserzy snujący swoje wątki i aktorzy dający się prowadzić i zaskakiwać. Zgłosiłem się do moderatorów chcąc zostać Mistrzem Gry (o ironio - słowa te nic mi wówczas nie mówiły) i poprowadzić swoją przygodę tak by inni odkrywali jej tajemnice.

Pamiętam, że gracze spotkali się w gabinecie jakiegoś senatora na Coruscant. Ten zlecał im jakąś misję na zlecenie Nowej Republiki (akcja działa się mniej więcej w okresie początków inwazji Yuuzhan Vong), po czym na chwilę wyszedł po jakieś papiery. Wtedy opisałem graczom pomieszczenie zwracając uwagę na gigantyczny obraz wiszący na ścianie obok którego była klawiatura z numerami do wpisywania kodów. W kolejnych mailach zwrotnych nie dostałem informacji, żeby gracze się tym zainteresowali, grzecznie czekali na senatora. Napisałem jeszcze ze dwa albo trzy maile coraz mniej subtelnie sugerując, że obraz jest podejrzanie duży, a ściany w tym miejscu są dziwnie grube i zagięte pod dziwnymi kątami, poza tym kto montuje zamek kodowy obok obrazu. Fabuła intrygi, którą zaplanowałem była taka, że za obrazem był tajny pokój, gdzie były wskazówki jakoby senator miał nie do końca czyste intencje, a misja graczy była pułapką... BARDZO mi zależało na tym, żeby gracze się zainteresowali tym pomieszczeniem...

I wtedy właśnie moderator przerwał tę farsę wysyłając do mnie maila ze słowami, które wywarły na mnie tak mocne wrażenie, że pamiętam je do dziś: "...ty jesteś Mistrzem Gry, a nie niańką..."

Prowadzić graczy za rączkę i po sznurku za wszelką cenę ratując scenariusz oduczyłem się na trzy lata przed tym, jak zacząłem grać i prowadzić w RPG.

.