Czyli ściany tekstu i relatywnie rudymentarna oprawa graficzna... Czyli ostatni kontakt z hobby statkującego się mężczyzny.


sobota, 5 września 2015

Pozwólcie umrzeć geniuszowi...

W zeszłym tygodniu przeczytałem artykuł o krzykliwym, przewrotnym i przyciągającym wzrok tytule "Tolkien znów publikuje". Coś tu nie gra. Dla niezorientowanych szybkie przypomnienie - autor "Władcy Pierścieni", prekursor fantastyki baśniowej, profesor Oxfordu, brytyjski znawca literatury i mitologii zmarł 2 września 1973 roku... Jakim cudem może zatem publikować?

Wydana niedawno "The story of Kullervo" jest najmroczniejszym dziełem w dorobku pisarza. Powieść została zainspirowana fińskim poematem "Kalevala" i opowiada o losach chłopca trafiającego do niewoli czarnoksiężnika - mordercy rodziców bohatera. Jest to opowieść o żądzy zemsty i kazirodczym związku. Kullervo, niczym mitologiczny Edyp, w wyniku niefortunnego zbiegu okoliczności zakochuje się we własnej siostrze... Jest to pierwsza powieść pisarza spisana w 1915 roku.

I tu właśnie odczuwam swego rodzaju zgrzyt. Wielokrotnie spotykałem się ze stwierdeniami, że pisarze do wielkości (a czasem zaledwie do "wydawalności") dochodzą latami, że ćwiczą pióro, że pierwszą powieść (lub kilka pierwszych) pisze się do szuflady. Ktoś dobrał się do szuflady Tolkiena i stwierdził, że żerując na jego zdobytej przez lata sławie i znanym nazwisku nieźle zarobi... To, że reputacja pisarza może zostać nadszarpnięta, a fani miast "wszechogarniającego praojca fantastyki" zobaczą w Tolkienie ułomnego, raczkującego w narracji, początkującego pisarza jest już nieistotne. Martwy jest. Nie poskarży się.

Może się mylę... Chciałbym się mylić! Może Tolkien urodził się geniuszem i nigdy nie musiał ćwiczyć warsztatu pisarskiego. Ale z drugiej strony miał całe 58 lat by zanieść książkę do wydawcy. Nie wiadomo, czy tego przypadkiem nie zrobił i pozycja nie została z jakichś powodów odrzucona... A może nigdy tego nie zrobił, ponieważ dzieło nie spełniało jego oczekiwań, nie było ukończone, czy dopieszczone do satysfakcjonującego go standardu.

A'propos dzieł nieukończonych - "Korona Pasterza" Terry'ego Pratchetta zostanie wydana 10 września tego roku. Pisarz nie zdążył jej ukończyć przed śmiercią. Zdaniem jego sekretarza - książka jest kompletna w 90%. Staram się nie zdradzić wydarzeń, ale niedawno w jednym z wywiadów przyjaciel autora Neil Gaiman opisał scenę, którą Pratchett chciał umieścić w książce, ale nie zdążył: Śmierć przychodzi po jedną z ważniejszych postaci cyklu kiedy ta mówi "Odchodzę teraz, ale na własnych warunkach". Powieści Pratchetta cechuje subtelna satyra współczesności zawoalowanej w fantastyczną otoczkę fikcyjnej baśniowej rzeczywistości. Także i te słowa miały być ważną i bliską autorowi alegorią - ten bowiem cierpiąc od siedmiu lat na rzadką odmianę Alzheimera walczył o prawo do eutanazji.

Gaiman zdradził także, że jego przyjaciel chciał by cała nieukończona twórczość i komputery zostały rozjechane walcem na środku ulicy. Nie dość zatem, że wydano dzieło niekompletne, którego autor nie zdążył dopiąć na ostatni guzik, pozbawione najjaśniejszej iskry i ostatniej riposty autora to jeszcze pogwałcono jego ostatnią wolę. Martwy jest. Nie poskarży się. Ktoś zarobi.

Z lękiem czekam na dzień, w którym gruchnie wieść, że w czasie renowacji piwnicy kamienicy, w której onegdaj mieściła się ulubiona kawiarnia Edgara Allana Poe, odnaleziono brudną od kawy serwetkę zapisaną drobnym zawijastym pismem. Od razu znajdzie się wydawnictwo, które będzie chciało to wydać, od razu znajdą się ludzie wyciągający rękę po należny im spadek, czy znaleźne, od razu pojawią się artykuły o krzykliwym tytule "Edgar Allan Poe znów publikuje"... A na półce w księgarni pojawi się broszurka, gdzie w miejsce nazwiska autora zostanie wpisane: "Prawdopodobnie Edgar Allan Poe" a w miejsce tytułu "Częściowo odszyfrowane zapiski z brudnej serwetki znalezionej w zatęchłej piwnicy"...