Czyli ściany tekstu i relatywnie rudymentarna oprawa graficzna... Czyli ostatni kontakt z hobby statkującego się mężczyzny.


środa, 18 lutego 2015

Sługa Uniżony Mistrz...

W ostatnim czasie w kilku miejscach w Internecie pojawiły się symultanicznie dyskusje na temat roli MG. I choć nikt nie przyznaje tego wprost, to między wierszami można wyczytać, że w mentalności większości wypowiadających się RPGowców pokutuje pewien mit. Chodzi mi w tym momencie o przekonanie, że bycie MG jest trudne, że MG się cierpiętniczo poświęca, żeby inni mogli się dobrze bawić. Stek bzdur. Bycie MG nie jest trudne. Prawdą jest, że musi zapoznać się gruntownie z mechaniką danego systemu, ale to samo można powiedzieć o graczach - jeśli chcą stworzyć efektywne postaci i dobrze grać. Poświęca swój czas na przygotowanie scenariusza i organizację sesji - ale przecież gracze także w czasie pozasesyjnym snują plany na przyszłość swoich bohaterów, a w wysiłkach organizacyjnych mogą partycypować chociażby przynosząc  chipsy na sesję. Tak samo jak gracze siada do gry i choć ma do dyspozycji inne narzędzia, to też powinien się dobrze bawić. Nie przemawia do mnie argument, że skoro nie prowadzi bohatera, to traci całą przyjemność ze spotkania. W ramach analogii odsyłam do gier asymetrycznych (planszowych, abstrakcyjnych, taktycznych)...

Po niedawnej lekturze jednego z artykułów zinu "Spotkania Losowe" mam niejasne przeczucie, gdzie leżu źródło problemu, ale nie mam w tej chwili ochoty na analityczne rozbicie zagadnienia na części pierwsze. Kiedyś zapewne wrócę do tematu, natomiast dziś, żeby nabrać pewności, zapytałem o zdanie młodego MG z niespełna trzyletnim stażem. Teoretycznie - jeśli owe powtarzane nagminnie mity są prawdą - powinien w pocie czoła tyrać by braki w doświadczeniu nadrabiać ciężką pracą. Tymczasem twierdzi, że nie dość, że mistrzowanie nie jest trudne, to jeszcze sprawia mu przyjemność. Widocznie nie naczytał się jeszcze almanachów o tym jakie to ciężkie i niewdzięczne zadanie. Biedak jest czysty i niewinny jak tyłeczek elfiej panny...

Przyznaję, że wylewam dzisiaj z siebie sporo żółci. Musiałem odreagować po tym, jak wzbudziło mnie pewne ogłoszenie na RPGowej grupie na Facebooku. Laska szukała MG, który poprowadziłby jej tekstowe sesje Świata Mroku o konkretnej nocnej godzinie (bo oczywiście tylko wtedy jej pasuje) ponieważ chciała poodgrywać swoją postać i spotkania z NPCami między LARPami. Wymagania, wymagania, wymagania... Oczywiście w komentarzach same kpiny (nie żeby to dla tej grupy było jakkolwiek nietypowe). Najbardziej spodobała mi się następująca uwaga:
"Za to chyba warto normalnie brać kasę. Mogę wystawić fakturę."
Ktoś nawet się silił na merytoryczną wypowiedź i zauważył, że Mistrzowie zazwyczaj czerpią radość z twórczego wygrzewu więc mało kto będzie chciał prowadzić ustaloną fabułę w ustalonym settingu. Oddzielmy w tym momencie dwie rzeczy - jest zasadnicza różnica między znajomością preferencji swoich graczy i wplatania odpowiednich tematów we własny scenariusz, a prowadzeniem tak, by gracz mógł sobie poodgrywać uprawiając miłość własną nad swoim wyidealizowanym bohaterem.

Laska oczywiście problemu nie widziała. Nie była w stanie pojąć dlaczego chętni nie rzucają się jej pod nogi, do roszczeniowej postawy dołączył pretensjonalny ton. W związku z powyższym po raz drugi w życiu skorzystałem z opcji zablokowania użytkownika na fejsie - bo jak napisał jeden z komentujących: "użytkowników w tej grupie dzielimy na trolli i kretynów", a że jedna z podstawowych zasad trollingu brzmi "never go full retard", to... no właśnie.

Nie jest dobrze, jeśli Mistrzowie uważają, że prowadzenie wymaga poświęcenia. To wierutna bzdura, ale stosunkowo nieszkodliwa - co najwyżej będą mieli kompleks mesjański... Natomiast kiedy wieczni gracze zaczynają w to wierzyć i zachowują się adekwatnie do tej wiary... Czarno to widzę.