Czyli ściany tekstu i relatywnie rudymentarna oprawa graficzna... Czyli ostatni kontakt z hobby statkującego się mężczyzny.


niedziela, 23 listopada 2014

Kawaii Krieg...

Ostatnio podzieliłem się swoją opinią na temat wybitnej prozy osadzonej w świecie Warhammera w czterdziestym millenium. Oczekując na drugą część cyklu "The Daughters of Apostasy" zapowiadaną przez autora postanowiłem dalej korzystać z zasobów fanfiction.net i iść za ciosem sięgając po dzieła w kategorii tematycznej Warhammera 40k. Jeśli mam być szczery, to liczyłem na to, że powtórzy się poprzedni sukces i znów trafię na coś dobrego do czytania. Tłumaczyłem sobie, że fani tego uniwersum - które jest przecież mroczne, brutalne, krwawe i niegościnne - są nieco bardziej dojrzali emocjonalnie i posiadają choć cień czarnego (w spektrum od fatalistycznego do maniakalno-sadystycznego) poczucia humoru. Tłumaczyłem sobie, że nie natrafię na dzieła zaślinionych mentalnych nastolatek przelewających na papier swoje fantazje erotyczne dotyczące Edwarda ze "Zmierzchu"...

Jakże się myliłem! Zrozumiałem, że trzeba się przekopać przez hałdy obornika, żeby natrafić na perełkę i wcześniej miałem po prostu szczęście. Ceną, jaką zapłaciłem za to przygnębiające odkrycie było przeczytanie pierwszego rozdziału podłej szmiry jaką jest "Living to die" autora o pseudonimie Vengeful Soldier i związany z tym trwały uraz mózgu.

Przeczytałem pierwszy rozdział i już skreślam całość? Gdzie moja recenzencka rzetelność? Gdzie moja dziennikarska etyka (swoją drogą - przy hecach jakie odwala ostatnio TVN termin "dziennikarska etyka" powoli staje się oksymoronem)? To w zasadzie jest mój pierwszy zarzut - autor musi się nauczyć dzielić tekst na rozdziały, albowiem ten pierwszy pod tytułem "The Beginning" ("Początek") ma ponad 32 tysiące słów. Dla tych którzy się nie orientują szybka kalkulacja - to jest jakieś 50 stron A4, czyli 107 stron A5. Jeśli wciąż trudno wam sobie wyobrazić tę ilość tekstu, to gdyby ten fanfic był dodatkiem do Neuroshimy (papier o formacie B5, dwie kolumny, licząc bez ilustracji) liczyłby 65 stron. Było w tekście kilka miejsc, gdzie aż prosił się o skończenie rozdziału i rozpoczęcie nowego - zwłaszcza że pojawiało się kilka skoków w czasie i miejscu akcji.

Drugi zarzut jest (moim osobistym zdaniem) wadą tak poważną, że aż przyczynił się do takiego a nie innego tytułu niniejszej notki. Całość jest zbyt "anime". I jakkolwiek nie mam nic przeciwko anime per se, tak krzyżówka z klimatami Imperium Człowieka w czterdziestym millenium (a w szczególności ponurymi korpusami z planety Krieg - Death Korps of Krieg) wypada nad wyraz kuriozalnie. Mamy tu do czynienia ze srebrnowłosymi lokajami i pokojówkami we francuskich fartuszkach, które w razie potrzeby mogą być uszczelnione niczym kombinezony HAZMAT. Nie przemawia do mnie wizja rodziny von Shreiderów (arystokratów z planety Krieg), którzy dla kaprysu modyfikują kod genetyczny swojej służby. Przede wszystkim zacznijmy od tego, że według kanonu ludzkość nie rozwija się już naukowo, a dążenia do zrozumienia technologii zostały zastąpione przez zabobony i rytuały. Kiedy chcesz zrobić pranie, to czytasz instrukcję obsługi pralki, kiedy Gwardzista Imperium chce zrobić pranie to odpala kadzidełko i mamrocząc litanie pod nosem odprawia "rytuał pobudzenia maszynowego ducha pralki". Mimo, że wykonuje te same ruchy co ty, to dla niego jest to pozbawione zrozumienia technologii mistyczne przeżycie. Zatem jeśli technologia modyfikacji genetycznych nie została zapomniana (a wiemy, że nie została, ponieważ Space Marines są w ten sposób "poprawiani", poza tym Krieg stosuje rozwiniętą technologię klonowania, gdyż ma najwyższy odsetek ofiar na wojnie) to jest ona zbyt droga i zbyt "święta" by być stosowana do czegoś tak trywialnego jak zaspokojenie kaprysu. Jeśli zaś chodzi o strój pokojówki, to choćby i nawet te pończochy były z gumy i na zamki błyskawiczne przyczepiane do spódniczki, to strój nie będzie funkcjonował jako szczelny. Stroje izolujące od środowiska są maksymalnie proste, pozbawione plisowań i zagięć, to niemal worki dopasowane do kształtu człowieka - jest tak dlatego, że im mniej zagięć czy doszywanych elementów tym łatwiej zredukować szanse na wystąpienie uszkodzenia. A czasem między życiem a śmiercią dzieli jedynie otwór wielkości szpilki - gazy nie potrzebują więcej. Zatem biorąc pod uwagę do podstawowe informacje proszę mi wyjaśnić jaki geniusz technologii wymyśliłby szczelny strój z fartuszkiem i falbankami, gdzie pod każdą z nich może się skryć niewykrywalne dla gołego oka uszkodzenie - i kiedy od śmierci dzielą cię sekundy, bo czujesz jak sączący się w stronę skóry gaz powoli wydziera z ciebie życie, to już widzę jak będziesz zadzierać kiecę i szukać uszkodzenia do zatamowania, by przeżyć.

Trzeci główny zarzut, to fakt, że Baron von Shreider jest irytującym Mary Sue (oh taki piękny, tak niezniszczalny, tak zdolny). Co więcej, nie jest on nawet głównym bohaterem, tylko gościem który ma gryźć piach, żeby jego syn (główny bohater) miał powód do zemsty będącej motorem wydarzeń w tej historii. Mimo to w pojedynkę powala z tuzin Eldarskich szermierzy, wyczyn którego wcześniej nie udało się dokonać małemu oddziałowi Space Marines (zakonu Czarnych Templariuszy). Powtórzę jeszcze raz ze szczegółami - facet idzie przez zrujnowane muzeum, nie mija po drodze ani jednego ciała Xeno, spostrzega oddział martwych Space Marines, którzy dali się zabić jak totalne lebiegi nie zabierając ze sobą nawet jednego z Eldarów, po czym identyfikuje gdzie się ukrywa przeciwnik i powala tuzin jego ludzi w pojedynkę... Wspomniałem że rozcina przy tym na pół kulę wystrzeloną w jego plecy w locie przy pomocy rodowego miecza? Całkowicie zburzyło to moje zawieszenie niewiary. Jeśli autor chciał pokazać iż baron jest kompetentnym strategiem, erudytą, poliglotą i mistrzem miecza dało się to pokazać inaczej, choćby w pojedynku z pojedynczym Eldarem, ale nie... bo Baron musiał stać na stosie trupów niczym Gaunt. Swoją drogą podobnie jak Dan Abnett, autor kreuje autorytet swojego bohatera poprzez obdarcie z kompetencji postaci drugoplanowych (w tym wypadku Space Marines).

Póki co jedyna rzecz, która mi się podobało to bardzo ładnie wyreżyserowane przejście między sceną w której młody lord ćwiczy walkę mieczem, a sceną w której Baron von Shreider rozcina mieczem heretyckie ścierwo. Jednak ten mały przebłysk warsztatu pisarskiego nie zrekompensuje faktu, że fanfic całkowicie obdziera z godności twardych i niewzruszonych Gwardzistów z planety Krieg zmieniając ich w płaczliwych dzieciaków gadających o tym jak bardzo, bardzo mocno  zakochani są w stajennej.

Stanowczo odradzam "Living to die" autora o pseudonimie Vengeful Soldier, chyba że chcecie złożyć swoją poczytalność w ofierze ku większej chwale Złotego Tronu Terry!