Czyli ściany tekstu i relatywnie rudymentarna oprawa graficzna... Czyli ostatni kontakt z hobby statkującego się mężczyzny.


sobota, 22 listopada 2014

Sandbox - Swords&Wizardry i Bagna Pięciu Katedr #4

Post oryginalnie ukazał się na blogu Metalowe RPG 13 czerwca 2014. Sesje, o których mowa, odbywały się w lokalu dla graczy Hex na ulicy Dwernieckiego w Krakowie.

Ta notka będzie przygnębiająco krótka.
Mściwoj i Zbrozło mimo faktu iż każdy z nich miał po 1hp (jeden z urodzenia, drugi z wyboru) dotarli do wioski. Po drodze mijali majestatycznie pasące się pod lasem stada łosi, które nauczeni doświadczeniem obchodzili szerokim łukiem.

W wiosce nastąpiło chaotyczne uzupełnianie zapasów, targowanie się o zapłatę za różne artefakty ściągnięte z bagien wracanie do sił i próby przyłączenia do drużyny nowej postaci nowego gracza, które (oczywiście) wyszły sztucznie. Natomiast w drużynie pojawił się pierwszy magic-user. Był miejscowy, ale nikt go nie kojarzył, bo "mało wychodził z domu".

Kiedy drużyna odpoczęła te kilka dni kurując ciało i nerwy po traumatycznym spotkaniu z łosiem (jedząc zupę i grabiąc doszczętnie domostwo Dobrawy) po czym wyruszyli znowu na północ. Po drodze spotkali grupę poszukiwaczy katedr. I tu ciekawostka: tabelki spotkań losowych nakazują rzucić 2k6, a im więcej kości się rzuca tym bardziej rozkład wyników zbliża się do krzywej Gaussa (rozkład normalny), a zatem wyniki średnie (6,7,8) wypadają częściej niż wyniki skrajne (2, 12). W tabelce bagienny kraken wypadał dość często, co wynika z tego, że przypisano mu wartość 5 (nieco ponad 11% szansy). Żeby uniknąć kuriozalnych sytuacji że spotyka się go kilkanaście razy na sesję i drużyna cały czas ucieka postanowiłem dorobić dodatkową tabelkę "spotkania związane z krakenem" - gdzie szansa spotkania samego niesławnego mackowego potwora byłaby 1/6 zaś resztę wypełniałyby rzeczy takie jak grupa ludzi, która została przez niego zaatakowana, ślady jego bytności, ślady leża, zrzucone skóry (chitynowe pancerze?). Grupa którą spotkali gracze była właśnie taką poszkodowaną (zły dotyk macki boli przez całe życie?) przez krakena bandą poszukiwaczy katedr i kilku jaszczurzych niewolników (wioska mężczyzn - ile i kogo jest rzucałem z odpowiedniej tabelki pod tytułem "kto i ile"). BG postanowili wynegocjować wolność dla jaszczurek. Szczerze mówiąc, liczyłem że zabiorą ich ze sobą biorąc pod uwagę oldschool'ową potrzebę pomagierów i minionów, ale puścili ich wolno.

Pogoda była tak fatalna, że mimo, że byli na terenie który teoretycznie mieli naniesiony na mapę stwierdziłem "A co mi tam! Rzucę sobie na zgubienie się!" No i się zgubili. Odkryli przy tym cztery heksy nad tymi które już mieli naniesione, ale kiedy się odnaleźli nie przyszło im do głowy, żeby je opisać, więc i ja nie aktualizuję mapy.

Ostatecznie zawędrowali na cmentarz gdzie spotkali kilka wampirów (wampiry? w dzień?) i otworzyli kryptę, którą wcześniej bezskutecznie próbowała otworzyć Dobrawa. Wyważali, siłowali się, podważali włócznią i rzucali na siłę. Stopień trudności był 18 i nie udawało im się tego zdać przez kilka rund. W końcu się poddałem i powiedziałem wprost: "Słuchajcie! To jest oldschool. Przez to, że te zasady są takie skromne gra opiera się głównie na pomysłowości graczy. Możemy rzucać na siłę do usranej śmierci ale może zamiast tego pomyślicie i zrobicie to sposobem?" Po krótkiej dyskusji wzięli jakiś nagrobek czy płytę z innego grobu i wyważyli nim wejście niczym taranem krusząc kamienne wrota w drobny mak.

Zeszli po schodach w dół a ja wyciągnąłem mapkę z One Page Dungeon (taki konkurs na podziemia rozrysowane na jednej stronie, obadajcie to w necie). W pierwszym pomieszczeniu padł magic-user po tym jak włożył rękę w gniazdo jadowitych węży (save-or-die, rzut obronny przeciw śmierci). Dalej drużyna natrafiła na pomieszczenie z błękitną wodą i buchającym płomieniami korytarzem. Zorientowali się, że należy się wykąpać w tej wodzie by przejść bezpiecznie przez płomienie (zauważyli, że woda nie paruje w płomieniach).

W pomieszczeniu na końcu korytarza natrafili na Zmorę (Wight). Przez trzy rundy nikt nie zadał nikomu obrażeń (kiepskie rzuty). W czwartej Gniewkowi udało się zadać Zmorze cios, ale broń przeszła na wylot i nie zadał żadnych obrażeń (odporność na broń niemagiczną). Nie dało mu do myślenia, a nawet jeśli dało, to i tak było już za późno, bo bestia wyssała z niego poziom. A że miał tylko jeden, to sam zamienił się w Zmorę. Kojarzycie taki motyw, że pchniesz pierwszy klocek domina cała reszta się przewraca? W następnej turze było właśnie tak. Zmora-Gniewko trafił Mściwoja, Zmora-Mściwoj trafił Zbrozło. Zmora Zbrozło... nie trafił już nikogo.

Mam dla was trzy litery:
T, P i K