Czyli ściany tekstu i relatywnie rudymentarna oprawa graficzna... Czyli ostatni kontakt z hobby statkującego się mężczyzny.


środa, 31 grudnia 2014

Czymże jest imię...

...bo czy to co zwiemy różą inaczej by pachniało pod innym mianem?

W zasadzie nie do końca. Jeśli założymy, że jest sobie kwiat, który od zawsze nazywa się różą, od zawsze ma ten słodki  i czarujący zapach, od zawsze był dawany kobietom - to nie ma żadnej dyskusji.

Ale jeśli przyjmiemy, że na to imię owa roślina ciężko zapracowała inspirując artystów, brylując na salonach, porastając w geometrycznych konstrukcjach francuskie ogrody i sprawiając, że słowo używane na jej nazwanie nabrało kulturowego znaczenia będąc pożądanym przez niewiasty...

Popłynąłem, co nie? Jadąc dzisiaj autobusem trawiłem jeden zapis z jakiejś starej edycji D&D, który utkwił mi w pamięci. Dotyczył czynności zdawałoby się niewartej uwagi - wypełnienia portretu postaci. Autor podręcznika sugerował by w przypadku braku umiejętności artystycznych naszkicować tam symbol czy znak kojarzący się z postacią. Twój bohater ma na imię Raven (Kruk)? Rysujesz tam czarne ptaszysko!

Potem przypomniały mi się słowa znajomego kiedy przygotowywał się do staroszkolnej sesji na TeamSpeak-u. Argumentował, że nie ma się co przyzwyczajać do postaci, a przed trzecim poziomem nie ma nawet sensu nadawać jej imienia. Gdybym zapytał go o portret postaci, pewnie by mnie wyśmiał i dał linka do wyników wyszukiwania "typowy poszukiwacz przygód" w Grafice Google.

W sumie ma to sens. Światy fantasy wzoruje się na średniowieczu i rzadko kiedy bohaterowie mają nazwiska. Zazwyczaj mają imię za którym jest nazwa miejscowości - jak na przykład "Jan z Kozich Dup". Z tym, że co druga wieś nazywa się Kozie Dupy, więc na dobrą sprawę takie imię i tak nie ma sensu. Tymczasem kiedy bohater osiągnie któryś już poziom z kolei, oznacza to, że ma przynajmniej jeden wyczyn, który można upamiętnić opowieściami w karczmach i przydomkiem przy imieniu.

Byłem niedawno na Nocnym Maratonie Filmowym "Hobbita" Petera Jacksona. Dyskusje na temat różnic pomiędzy ekranizacją, a "filmem na motywach" zostawmy na inny czas. Co mnie szczególnie urzekło to tło postaci Thorina Dębowej Tarczy. Jeden z krasnoludów opowiada o przydomku ich przywódcy i naszym oczom ukazuje się retrospekcja. Thorin ma już zginąć od potężnego ciosu orka, gdy jego po omacku szukająca ostatniej deski ratunku ręka natrafia na kawał dębowej kłody. Spada cios ciężkiego miecza, lecz dzielny potomek Króla Spod Góry zasłania się w porę. Świetny jest design postaci, gdy widzimy potem potężny kawał dechy wyrżnięty z tego pieńka wkomponowany w rękawicę/puklerz księcia krasnoludów.

Dlaczego nie możnaby tak w RPG? Wyobraźmy sobie Troka z Kozich Dup, który walcząc w podziemiach z hersztem orków łamie swój miecz. Herszt go wyśmiewa i odwraca się od niego koncentrując uwagę na towarzyszach Troka, którzy mają jeszcze czym walczyć. Ten, rozwścieczony po części zlekceważeniem, po części utratą "dziadusiowego" miecza chwyta za złoty świecznik i z furią wali orka w łeb z takim impetem, że temu lampki zgasły... Od tej pory zwan jest Trokiem Świecznikodzierżcą. To imię jest powodem jego dumy. Jego wyczynem. Jego chwilą chwały. Oczywiście że będzie się z tym obnosił. Oczywiście, że wymaluje na swym sztandarze i tarczy symbol świecznika. Wyobraźmy sobie budzącego strach i szacunek doświadczonego wojownika, u którego boku wisi nietypowy miecz - jego rękojeść i początek głowni miecza rozwidla się niczym złote gałęzie na których końcach są wprawione jarzące się magicznym blaskiem kamienie szlachetne.

W "Planescape: Torment" (zdaniem kolegi - najlepszy cRPG wszechczasów) spotykamy Dak'kona. Przez całą grę nie zmienia broni, co nie znaczy że jego arsenał nie jest potężniejszy z kolejnymi rozdziałami. Broń "poziomuje" wraz z postacią. Podobnie jest w "Etherlords" - szata i kostur mojej Vitalitki (Vitalki? Vitalisy?) zmieniały się by wyglądać coraz bardziej imponująco. Dlaczego nie pozwolić zatem graczowi prowadzącemu Troka, by swój złamany miecz przekuł na nowo wkomponowując elementy pamiętnego świecznika? Może zamiast dawać kolejne worki magicznych przedmiotów i mieczy z kolejnymi "+X do obrażeń" warto postawić na drodze bohatera maga, który w zamian za przysługę umagiczni broń; mistrzowskiego zbrojmistrza, który przekuje go w adamantium; złotnika który wprawi w "dziury na świeczki" rzadkie fluorescencyjne klejnoty z Khazalid-Ma. Gracz będzie zachwycony hodując swojego małego pokemona...

No tak, tylko że znów się zagalopowałem. Cały mój wywód oparł się na założeniu, że gracz będzie chciał użyć świecznika. Bardzo często nie będzie chciał - bo nie ma specjalnej umiejętności, bo kary za broń improwizowaną są masakryczne, bo MG powie "nie mam tabelki na obrażenia od świecznika, więc nie możesz tego zrobić"... Problem, który zresztą omawiał Yuri na swoim blogu. I choć jestem raczej zwolennikiem grania zgodnie z zasadami, to sam będąc uczestnikiem sesji chciałbym zobaczyć jak wielkiemu, zarozumiałemu orkowi przydzwoniono ze świecznika. Choćbym miał do tego użyć tabelki obrażeń od dwuręcznej maczugi, a świecznik traktować jako "broń drzewcowa - trójząb" byle nie było karnych modyfikatorów. Moi gracze nie wspominają sesji w których użyli do zabicia kamiennego golema łuków zamiast mieczy bo te pierwsze miało lepsze umagicznienia i +4 zamiast +2 tak jak miecze. Wspominają natomiast (i to często) walkę z bandytami, kiedy wyrzucali ich z balkonu na drugim piętrze portowej karczmy i rzucali mieczami przez okna. Nie kręciłem nosem, że nie mam wzoru na obliczenie prędkości spadania bandyty w zależności od intensywności jego wierzgania, czy tabelki na odległość rzutu mieczem w zależności od grubości szyby, a gracze byli szczęśliwi jak komisarz Ryba olewający paragrafy.



- Jak cię zwą poruczniku?
- Jam jest Rymwald Tłusty Czwartek.

Wszyscy zebrani na sali wybuchnęli śmiechem - szlachta chowana od narodzin w perfumowanych pieluchach, damy które najwięcej ze śmiercią miały do czynienia kiedy ich pudel upolował zaskrońca w dworskim ogrodzie. Wszyscy, prócz Rymwalda.

- A skąd taki niecodzienny przydomek? - zapytał gospodarz zanosząc się śmiechem
- W święto przesilenia zimowego kucharki nawarzyły na dworzu wielki garniec tłuszczu co by plebsu zwyczajem smażyć na nim pszenne placki chrustem zwane. Owego dnia pełniłem straż na bramie i ujrzałem jak mały oddział orkowych rozbójników wspinał się po murach chcąc nas wziąć z zaskoczenia. Miast użyć kija i spychać ścierwo na ziemię, pochwyciłem herszta za kołnierz wciągając go przez okno i impetem przerzucając na drugą stronę muru. Ten wpadł do kadzi wrzącego oleju i smażył się wrzeszcząc przeraźliwie. Jego flaki eksplodowały pod ciśnieniem pokrywając strzępami cały plac. Uniosła się woń palonych włosów, mięśni, tłuszczu mieszającego się z sadłem i zgnilizny. Orki, które zwykle nie mają nic przeciw woni smażonego mięsa, czując odór tak potworny odwróciły się i w panice zbiegły do lasu. Było to w czwartek przesilenia trzy zimy temu. Stąd Tłusty Czwartek, Panie.

Na sali panowała grobowa cisza przerywana momentami szelestem tkanin i głuchymi odgłosami upadającego ciała, gdy panny mdlały jedna po drugiej. Gospodarz już się nie śmiał, patrzył na swego nowego dowódcę straży oczyma pustymi zatopionymi głęboko w twarzy bladej jak pergamin...